Jeśli spojrzeć na sprawę pod odpowiednim katem, to Laurent nadal korzystał z okazji. Okazji tego, że była w Europie, że wiedział jak się z nią skontaktować i że dątąd nie odmówiła mu żadnego spotkania, gdy tylko poczuł, że chce się z nią zobaczyć czy porozmawiać. Wiele zależało od punktu, z którego patrzyło się na sytuację i tutaj również nie było wyjątków, zaś Guinevere bardzo chętnie wizje okazji roztoczyła nad Laurentem, by ten mógł z nich korzystać dowoli. Ba, wszak nawet zaprosiła go, gdyby potrzebował w nocy towarzystwa i nadal bał się zostać sam. Widziała to, że po ich ostatnim spotkaniu ewidentnie mu się polepszył humor i wręcz promieniał. Nie była tak zarozumiała, by to sobie przypisywać całą zasługę za to, ale nie uszło jej uwadze, że gdy do niej przyszedł, to był rozkojarzony, przyklapnięty i myślami gdzieś daleko, a gdy go od siebie wypuszczała, to się wręcz uśmiechał i nie wyglądał jak takie spłoszone zwierzątko.
Było jej miło, że mężczyzna docenił je ubiór i zresztą sam doczekał się reakcji na siebie. Bo i jej się podobał dobór garderoby Laurenta, zaś jej wyczucie co do mugolskiego szyku i mody było… cóż. Starała się, posiadała wiedzę o świecie, o mugolskich zwyczajach również, ale Anglii ciągle się jeszcze uczyła. Nadal jednak nie udało im się wtopić w tłum i McGonagall wolała udawać przed nie magami, że dokładnie taki był ich zamiar.
– W tym wypadku cel jest dla mnie drugorzędny. Bardziej liczy się dla mnie towarzystwo – bo samej pewnie by jej się nie chciało tutaj w ogóle przybywać i się gubić, a z nim… Dlaczego by nie? W tak doborowym towarzystwie było raźniej i o wiele milej i chętniej było się zgubić. Może faktycznie po to, by móc się odnaleźć? – Najczęściej tak. Ulotność chwili. Bardzo dosłownie, bo często maluję obrazy z moich snów. Potrafią być bardzo sugestywnie symboliczne – dosłownie. Dosłownie symboliczne. Nie chodziło wcale o to, że śniła jej się jakaś scena na łące, a nad nią słońce i słońce było tym symbolem; po prostu widziała te symbole… w innych miejscach, po tym odróżniała te sny od czegokolwiek innego. Inna sprawa była taka, że ze snów też można było wróżyć, choć nie dosłownie tak, jak o tym w danej chwili myślała Ginny. Ale takie mniej symboliczne obrazy ze snów też przenosiła na papier. Nie czuła się przy tym artystką, nigdy nie planowała sprzedawać swoich… „gryzmołów”, nie wystawiłaby się z nimi też nigdy w żadnej galerii. Miała zapytać do czego byłaby chętna, bo Laurent (chyba) kontynuował temat i nagle urwał – ale sama też nie podjęła pytania, zapatrzywszy się na scenkę przed nimi.
Płynnie posługiwała się dwoma kompletnie odmiennymi od siebie językami, ale chiński to był dla niej tylko zlepek śpiewnego „cing cing ciang”, a niziutki (zwłaszcza jak dla niej, wysokiej kobiety) chińczyk z wąsem był dla niej tak absurdalnym widokiem, że aż zapomniała o czym w ogóle sekundę temu rozmawiali. Była przyzwyczajona do tego, że ludzie ze swoich sklepików wypadali na ulice i bardzo gwałtowanie darli się do siebie i gestykulowali, w Egipcie to było na porządku dziennym, ale widząc podobne zachowanie w Anglii i nie rozumiejąc ani słowa to było… nowe doświadczenie.
– Tak… – tylko tyle zdołała mu odpowiedzieć, nim uwaga obcego skupiła się właśnie na nich. Nietrudno było ich zauważyć, zwłaszcza prze nią, dzielnie dotrzymująca kroku Laurentowi, o ciemniejszej skórze kobiecie. Ale szybko zostali zatrzymani, zanim w ogóle zdążyli nieco zmienić trajektorię tego leniwego spacerku. Nic nie powiedziała na tę uwagę mężczyzny, gdy nazwał ich parą. Prawdę mówiąc, to osobiście puściłaby to mimo uszu, ani nie potwierdzając, ani nie wyprowadzając gościa z błędu – w końcu to był tylko mugol, z którym nic ich nie łączyło, ale Laurent już wyrwał, by sprostować sytuację. Ginny uśmiechnęła się leciutko w odpowiedzi, raczej było jej dość niezręcznie, bo gość zaczął ich tu bajerować o tatuażach takich, siakich, a jak tylko usłyszał, że jednak nie są parą, to zwrócił się bezpośrednio do niej.
– Emm… – i jak normalnie była wygadana i trudno było sprawić, by się ot tak zamknęła, to absurd sytuacji jakoś mocno ją dotknął; to była dla niej zupełna nowość. – Obawiam się, że jaskółka nie jest dla mnie odpowiednim wyborem – potrzebowała kilku sekund, by odzyskać rezon. Zresztą decyzji o tatuażu nie podjęłaby pod wpływem chwili, a do tej pory o żadnym nawet nie myślała. Zerknęła kątem oka na Laurenta. – Myślałam, że trzeba się najpierw zapisać i ze z ulicy się tak nikogo nie bierze – dodała jeszcze, zagadując faceta z typowym dla siebie uśmiechem. Nie bała się popełnić gafy, bo zawsze mogła zagrać kartą obcokrajowca, nawet nie musiała się do tego zbytnio wysilać, akcent ją zdradzał.