04.03.2024, 21:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.03.2024, 21:14 przez Erik Longbottom.)
Zaufanie było jego największą siłą, ale przy tym i słabością, która miała potencjał na to, aby wpędzić go do grobu w nadchodzących latach. Nie bał się pokazywać swoich ran, nawet gdy nie było to mądre. Gdyby nie widmo zagrożenia ze strony zwolenników Czarnego Pana, byłby nawet w stanie uwierzyć, że na świecie nie ma ludzi z natury złych, a jedynie zagubieni, przestraszeni i złamani przez otaczającą ich rzeczywistość. To nie pierwszy przystanek na drodze zwanej życiem nakreślał bieg historii, a to, co się działo podczas trasy. A Erik chciał ufać, bo chciałby, żeby i jemu ufano.
Ostatnie lata zmusiły go do lekkich zmian w tej kwestii, jednak i teraz miał w sobie więcej prostolinijnej wiary w ludzką dobroć niż większość członków rodziny. Może dlatego tak łatwo przychodziła mu akceptacja roztaczanej przez Samuela perspektywy? Bądź co bądź, była to oferta zrozumienia, bezpiecznej przestrzeni, w której prawda stałaby się nadrzędna. Bezpieczny azyl dwóch umysłów w świecie pędzącym na złamanie karku.
— Brzmisz trochę jak poeta, wiesz? — skomentował nieoczekiwanie, mrużąc w zaciekawieniu oczy. — Ale masz rację. Są sprawy, o których chciałbym porozmawiać. Są sprawy, o których nie chcę rozmawiać, ale powinienem. I są też takie, które najchętniej wyrzuciłbym z pamięci i żył dalej. Na każdą z nich przyjdzie czas. Dostanie swój dzień, zyska swój głos albo zamilknie. — Złapał na moment spojrzenie Samuela. — Podobnie będzie w twoim przypadku.
Czy faktycznie było to takie dziwne? Strażnik. Opiekun. Protektor. Erik przywykł do tego, że musiał zajmować się innymi. Za młodu zerkał na Brennę, Danielle, Mavelel czy Lucy, a później i Norę z Mabel. Nawet coś tak prozaicznego, jak to, że grał na stanowisku obrońcy w szkolnej drużynie, zdawało się podkreślać funkcję jaką nadało mu życie. Nie wspominając nawet o tym, że wepchał się do formacji, w której praktycznie co drugi dzień wiązał się z tym, aby walczyć o bezpieczeństwo innych ludzi.
Nawet w pracy miał jednak inne podejście od swych współpracowników, czy nawet siostry. Tam, gdzie jego siostra rozwiązywała problemy praktycznymi rozwiązaniami, wychodząc wyzwaniom życie naprzeciw, Erik koił nerwy bliskich rozmową, zrozumieniem i empatią, która pozwalała mu postawić się na miejscu drugiej osoby. Ubierał w słowa to, czego oni nie potrafili lub nie chcieli. Starał się jednak nie popychać ludzi w konkretnym kierunku. Mógł wskazać potencjalną ścieżkę, ale nie mógł wybierać za nich. Za duża odpowiedzialność.
— Jeszcze zobaczymy — odparł, a pojedyncze błazeńskie nuty rozbrzmiały łagodnie w jego głosie. — Na koniec dnia ocenisz. — Uśmiechnął się półgębkiem. — Przyjmę każdą prawdę. Nawet taką baardzo szczerą.
Ścisnął lekko ramię Sama, aby zaraz sięgnąć po wędki. Już miał kontynuować żart, jednak wtedy jego towarzysz zaczął mówić. A Erik zrobił to, co potrafił robić najlepiej, czyli zaczął słuchać. Jego słowa były wyraziste, niemalże namacalne, tkając w jego głowie obraz dnia, który jeszcze nie nadszedł. Kolejna obietnica bezpieczeństwa i zrozumienia. Niech nawet nie próbuje mi wmawiać, że nie potrafi operować słowem, pomyślał z przekąsem. To zdecydowanie było... niespodziewane. Najwyraźniej w stolarzu z Kniei było coś więcej niż zręczne dłonie i wiedza na temat rzemiosła.
— Kiedy będziesz gotów, będę tam — zapowiedział tym samym mocnym głosem, jakim przed paroma dniami zobowiązał się do włączenia Sama w odbicie Kniei, gdy przyjdzie na to czas. Uśmiechnął się, jedną dłonią mocniej chwytając wędki, a drugą klepiąc Samuela po plecach. — I naprawdę brzmisz jak poeta.
Ponurak nie był zbytnio zainteresowany słuchaniem ich wymiany zdań, znalazł sobie bowiem górę ziemi, w którą próbował się wkopać, korzystając z nieco przydługiego postoju dwójki mężczyzn. Wyczuwając, że nadszedł czas na ruszenie w dalszą drogę, przebiegł między Erikiem a Samem, szczekając ponaglająco parę razy. Otrzepał się też parę razy z kurzu i grudek ziemi, które opadły na jego sierść.
— No przecież idziemy, idziemy — odpowiedział Erik niewinnym głosem, jakby pies wcale nie miał za co go ochrzaniać. Obiecał mu jezioro, a zamiast tego tkwili w lesie. Taki to z niego był dobry pan i opiekun, ot co! — Jasne.
Skinął głową, przystając na propozycję Sama. Nie czuł się specjalnie głodny, ale... Nie mógł obiecać kompanowi, że wieczorem najedzą się do syta. Wszystko zależało od kaprysu losu i tego, czy ryby będą brać. Czasem można było wrócić stąd z wiadrem pełnym ryb, a czasem z niczym. Longbottom modlił się w duchu, żeby tym razem mieli szczęście. Chciał dobrze wypaść po tym, jak okazało się, że jednak nie ma naturalnego drygu do stolarstwa.
Erik nie kłamał, jezioro było już blisko. Po kilku minutach marszu, przeszli przez mostek nad wysuszonym strumieniem, a zaraz potem, wydostawszy się z gęstwiny, ujrzeli dziką plażę. Większość jej powierzchni porastała trawa, ale im bliżej wody, tym piasek zyskiwał większą przewagę. To jednak jezioro było prawdziwym cudem. Był środek lata, a słońce w zenicie odbijało się od spokojnej tafli, nadając jej wręcz nieziemskiego blasku.
— Mówiłem, że szybko dojdziemy. — Uśmiechnął się na widok rozpościerającego się przed nimi, aby zaraz zerknąć na Sama, ciekawy jego reakcji.
Ostatnie lata zmusiły go do lekkich zmian w tej kwestii, jednak i teraz miał w sobie więcej prostolinijnej wiary w ludzką dobroć niż większość członków rodziny. Może dlatego tak łatwo przychodziła mu akceptacja roztaczanej przez Samuela perspektywy? Bądź co bądź, była to oferta zrozumienia, bezpiecznej przestrzeni, w której prawda stałaby się nadrzędna. Bezpieczny azyl dwóch umysłów w świecie pędzącym na złamanie karku.
— Brzmisz trochę jak poeta, wiesz? — skomentował nieoczekiwanie, mrużąc w zaciekawieniu oczy. — Ale masz rację. Są sprawy, o których chciałbym porozmawiać. Są sprawy, o których nie chcę rozmawiać, ale powinienem. I są też takie, które najchętniej wyrzuciłbym z pamięci i żył dalej. Na każdą z nich przyjdzie czas. Dostanie swój dzień, zyska swój głos albo zamilknie. — Złapał na moment spojrzenie Samuela. — Podobnie będzie w twoim przypadku.
Czy faktycznie było to takie dziwne? Strażnik. Opiekun. Protektor. Erik przywykł do tego, że musiał zajmować się innymi. Za młodu zerkał na Brennę, Danielle, Mavelel czy Lucy, a później i Norę z Mabel. Nawet coś tak prozaicznego, jak to, że grał na stanowisku obrońcy w szkolnej drużynie, zdawało się podkreślać funkcję jaką nadało mu życie. Nie wspominając nawet o tym, że wepchał się do formacji, w której praktycznie co drugi dzień wiązał się z tym, aby walczyć o bezpieczeństwo innych ludzi.
Nawet w pracy miał jednak inne podejście od swych współpracowników, czy nawet siostry. Tam, gdzie jego siostra rozwiązywała problemy praktycznymi rozwiązaniami, wychodząc wyzwaniom życie naprzeciw, Erik koił nerwy bliskich rozmową, zrozumieniem i empatią, która pozwalała mu postawić się na miejscu drugiej osoby. Ubierał w słowa to, czego oni nie potrafili lub nie chcieli. Starał się jednak nie popychać ludzi w konkretnym kierunku. Mógł wskazać potencjalną ścieżkę, ale nie mógł wybierać za nich. Za duża odpowiedzialność.
— Jeszcze zobaczymy — odparł, a pojedyncze błazeńskie nuty rozbrzmiały łagodnie w jego głosie. — Na koniec dnia ocenisz. — Uśmiechnął się półgębkiem. — Przyjmę każdą prawdę. Nawet taką baardzo szczerą.
Ścisnął lekko ramię Sama, aby zaraz sięgnąć po wędki. Już miał kontynuować żart, jednak wtedy jego towarzysz zaczął mówić. A Erik zrobił to, co potrafił robić najlepiej, czyli zaczął słuchać. Jego słowa były wyraziste, niemalże namacalne, tkając w jego głowie obraz dnia, który jeszcze nie nadszedł. Kolejna obietnica bezpieczeństwa i zrozumienia. Niech nawet nie próbuje mi wmawiać, że nie potrafi operować słowem, pomyślał z przekąsem. To zdecydowanie było... niespodziewane. Najwyraźniej w stolarzu z Kniei było coś więcej niż zręczne dłonie i wiedza na temat rzemiosła.
— Kiedy będziesz gotów, będę tam — zapowiedział tym samym mocnym głosem, jakim przed paroma dniami zobowiązał się do włączenia Sama w odbicie Kniei, gdy przyjdzie na to czas. Uśmiechnął się, jedną dłonią mocniej chwytając wędki, a drugą klepiąc Samuela po plecach. — I naprawdę brzmisz jak poeta.
Ponurak nie był zbytnio zainteresowany słuchaniem ich wymiany zdań, znalazł sobie bowiem górę ziemi, w którą próbował się wkopać, korzystając z nieco przydługiego postoju dwójki mężczyzn. Wyczuwając, że nadszedł czas na ruszenie w dalszą drogę, przebiegł między Erikiem a Samem, szczekając ponaglająco parę razy. Otrzepał się też parę razy z kurzu i grudek ziemi, które opadły na jego sierść.
— No przecież idziemy, idziemy — odpowiedział Erik niewinnym głosem, jakby pies wcale nie miał za co go ochrzaniać. Obiecał mu jezioro, a zamiast tego tkwili w lesie. Taki to z niego był dobry pan i opiekun, ot co! — Jasne.
Skinął głową, przystając na propozycję Sama. Nie czuł się specjalnie głodny, ale... Nie mógł obiecać kompanowi, że wieczorem najedzą się do syta. Wszystko zależało od kaprysu losu i tego, czy ryby będą brać. Czasem można było wrócić stąd z wiadrem pełnym ryb, a czasem z niczym. Longbottom modlił się w duchu, żeby tym razem mieli szczęście. Chciał dobrze wypaść po tym, jak okazało się, że jednak nie ma naturalnego drygu do stolarstwa.
Erik nie kłamał, jezioro było już blisko. Po kilku minutach marszu, przeszli przez mostek nad wysuszonym strumieniem, a zaraz potem, wydostawszy się z gęstwiny, ujrzeli dziką plażę. Większość jej powierzchni porastała trawa, ale im bliżej wody, tym piasek zyskiwał większą przewagę. To jednak jezioro było prawdziwym cudem. Był środek lata, a słońce w zenicie odbijało się od spokojnej tafli, nadając jej wręcz nieziemskiego blasku.
— Mówiłem, że szybko dojdziemy. — Uśmiechnął się na widok rozpościerającego się przed nimi, aby zaraz zerknąć na Sama, ciekawy jego reakcji.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞