03.03.2024, 18:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.03.2024, 20:59 przez Samuel McGonagall.)
Fuknął lekko zirytowany, gdy tylko jego rozmówca zaczął przepraszać.
– Nie przepraszaj. Jak mówiłem... chcę o tym posłuchać, o wszystkim, co będziesz chciał mi powiedzieć oraz wsłuchać się w ciszę tych wszystkich spraw, które chcesz i które musisz pozostawić dla siebie... – domyślał się, że takich opowieści do przemilczenia też jest niemało. Wyczuwał te momenty w rozmowach ze swoją przyjaciółką, gdzie zbliżali się do ściany, ochronnej ściany treści, które nie były przeznaczone dla jego uszu. Ale nie przeszkadzało mu to wtedy i teraz też deklarował się w tym szczerze. Jego motorem napędowym nie była bowiem ciekawość wtryniająca nos w cudze życia, a zwyczajna troska i świadomość tego, jak czasem gniecione w sobie sekrety, potrafiły zjadać człowieka od środka.
Szewc chodził bez butów, Samuel przecież doskonale wypierał samoświadomość o tym, jak jego sekrety odciskały swoje piętno na codzienności. Przecież obiecał. A jednak chciałby kiedyś móc powiedzieć komuś, że obiecał i pomilczeć tę opowieść bez lęku, że druga osoba będzie myśleć o nim gorzej, że to zaważy na zaufaniu, którego coraz rozleglejsze korzenie odkrywał w sobie z pewnym zaskoczeniem i niepokojem.
Z tych myśli wyrwał go ruch, Erik odłożył wędki i zabrał mu olejek. To było... dziwne. Zazwyczaj bowiem to Sam robił rzeczy. Roztaczał opiekę, nad zwierzętami, ale nawet teraz pośród ludzi... To on naprawiał dach. Naprawiał przestrzeń tym, którzy sami nie wiedzieli, jak to zrobić. Brał na swoje barki pełnię odpowiedzialności nawet jeśli nie był stróżem, a dobrym duchem, który wchodził do cudzego mieszkania i wychodził, pozostawiające je lepszym miejscem. Milszym. Funkcjonalniejszym. Nawet w tych nielicznych relacjach, które posiadał – to on niósł ten ciężar opieki. Wyjątkiem była młodsza siostra Longbottoma, której energia czyniła go z kolei znów bardzo wrażliwym, podatnym, potrzebującym przewodnika czternastolatkiem.
Teraz było inaczej.
Samuel bowiem nie był ani w czerni, ani bieli, nie był opiekunem, ani dzieckiem, którym trzeba było się zaopiekować. Ten prosty gest, tarcie skóry o skórę, ziołowa woń uderzająca w nozdrza, sprawiająca, że i jeleń i niedźwiedź spotkali się u wodopoju bez strachu i szkody dla siebie. Miał poczucie, jakby to właśnie była ta szara strefa, nieustającej wymiany drobnych przysług, równości między nimi we wzajemnym zakładaniu i przekazywaniu sobie roli, a może właśnie unikaniu jej w ogólnym rozrachunku. Może niepotrzebowaniu jej wcale.
– Nie wiem, jak ktokolwiek mógłby mieć problem, by spędzić z Tobą dzień. – przyznał od razu, nie mówiąc dalej o tym co myślał, o tygodniach, dniach i latach. Nie rozumiał tej łatwości, z jaką Erik wszedł w jego życie, nie rozumiał tego, jak bardzo pożądał tej zmiany i jak bał się jej z coraz większą mocą.
Oddychanie. Oddychanie było ważne.
Przejechał językiem po zaschniętych wargach, patrząc jak towarzyszący mu mężczyzna, pochyla się po pozostawione wędki.
– Tak, też zostawię tu swój ból – powiedział cicho, bardzo poważnie, czując w sobie wzbierające wzruszenie, ciężar opowieści, która zalęgła mu się w głowie tu, na rozstaju, na skrzyżowaniu wyznaczonym własną piętą. – Pozostawię tu Knieję, i wszystkich, których mi zabrała, wszystkich, których dla niej poświęciłem. – prawie szeptał, ale wiedział, że jest tak blisko, że Erik będzie to słyszał. Czuł na sobie jego uwagę, czuł, że myśl swobodnie przepływa między nimi tak, jakby była to najnaturalniejsza rzecz na świecie. – I przyjdzie taki dzień, przyjdzie taka noc, że pójdziemy w moje miejsce, a nie Twoje. Pójdziemy w bezksiężycową noc, na ruiny otoczone dusznym fioletem wrzosu z tym co teraz tu zostawiamy. Wezmę ze sobą miód i usiądziemy na kamieniach, których historii nikt już nie pamięta, by powiedzieć i pomilczeć nasze historie. I to będzie dobry czas i dobre miejsce, aby mówić o rzeczach ważnych i ciężkich, choć codziennych. – Twardo przełknął ślinę, pochylając gwałtownie głowę, zawstydzony, bo przecież może tylko on to tak czuł, może to naiwne wierzyć, że...
– A dziś wielka bitwa z komarami, które zawarły sojusz z żabami i mewami, przeciwko nam, strudzonym wędkarzom. – powiedział nazbyt gwałtownie, prostując się z nowym zastrzykiem energii, zaciągając się mocno powietrzem, wciągając je tak głośno, jakby miał przed sobą nazbyt dużą porcję tabaki. Od razu też rozejrzał się za Ponurakiem, poprawiając parcianą torbę na ramieniu. – Zgłodniałem od tego marszu. Może weźmiemy już jedną kiełbasę na pół? Najlepsza z dzika w tej okolicy.
– Nie przepraszaj. Jak mówiłem... chcę o tym posłuchać, o wszystkim, co będziesz chciał mi powiedzieć oraz wsłuchać się w ciszę tych wszystkich spraw, które chcesz i które musisz pozostawić dla siebie... – domyślał się, że takich opowieści do przemilczenia też jest niemało. Wyczuwał te momenty w rozmowach ze swoją przyjaciółką, gdzie zbliżali się do ściany, ochronnej ściany treści, które nie były przeznaczone dla jego uszu. Ale nie przeszkadzało mu to wtedy i teraz też deklarował się w tym szczerze. Jego motorem napędowym nie była bowiem ciekawość wtryniająca nos w cudze życia, a zwyczajna troska i świadomość tego, jak czasem gniecione w sobie sekrety, potrafiły zjadać człowieka od środka.
Szewc chodził bez butów, Samuel przecież doskonale wypierał samoświadomość o tym, jak jego sekrety odciskały swoje piętno na codzienności. Przecież obiecał. A jednak chciałby kiedyś móc powiedzieć komuś, że obiecał i pomilczeć tę opowieść bez lęku, że druga osoba będzie myśleć o nim gorzej, że to zaważy na zaufaniu, którego coraz rozleglejsze korzenie odkrywał w sobie z pewnym zaskoczeniem i niepokojem.
Z tych myśli wyrwał go ruch, Erik odłożył wędki i zabrał mu olejek. To było... dziwne. Zazwyczaj bowiem to Sam robił rzeczy. Roztaczał opiekę, nad zwierzętami, ale nawet teraz pośród ludzi... To on naprawiał dach. Naprawiał przestrzeń tym, którzy sami nie wiedzieli, jak to zrobić. Brał na swoje barki pełnię odpowiedzialności nawet jeśli nie był stróżem, a dobrym duchem, który wchodził do cudzego mieszkania i wychodził, pozostawiające je lepszym miejscem. Milszym. Funkcjonalniejszym. Nawet w tych nielicznych relacjach, które posiadał – to on niósł ten ciężar opieki. Wyjątkiem była młodsza siostra Longbottoma, której energia czyniła go z kolei znów bardzo wrażliwym, podatnym, potrzebującym przewodnika czternastolatkiem.
Teraz było inaczej.
Samuel bowiem nie był ani w czerni, ani bieli, nie był opiekunem, ani dzieckiem, którym trzeba było się zaopiekować. Ten prosty gest, tarcie skóry o skórę, ziołowa woń uderzająca w nozdrza, sprawiająca, że i jeleń i niedźwiedź spotkali się u wodopoju bez strachu i szkody dla siebie. Miał poczucie, jakby to właśnie była ta szara strefa, nieustającej wymiany drobnych przysług, równości między nimi we wzajemnym zakładaniu i przekazywaniu sobie roli, a może właśnie unikaniu jej w ogólnym rozrachunku. Może niepotrzebowaniu jej wcale.
– Nie wiem, jak ktokolwiek mógłby mieć problem, by spędzić z Tobą dzień. – przyznał od razu, nie mówiąc dalej o tym co myślał, o tygodniach, dniach i latach. Nie rozumiał tej łatwości, z jaką Erik wszedł w jego życie, nie rozumiał tego, jak bardzo pożądał tej zmiany i jak bał się jej z coraz większą mocą.
Oddychanie. Oddychanie było ważne.
Przejechał językiem po zaschniętych wargach, patrząc jak towarzyszący mu mężczyzna, pochyla się po pozostawione wędki.
– Tak, też zostawię tu swój ból – powiedział cicho, bardzo poważnie, czując w sobie wzbierające wzruszenie, ciężar opowieści, która zalęgła mu się w głowie tu, na rozstaju, na skrzyżowaniu wyznaczonym własną piętą. – Pozostawię tu Knieję, i wszystkich, których mi zabrała, wszystkich, których dla niej poświęciłem. – prawie szeptał, ale wiedział, że jest tak blisko, że Erik będzie to słyszał. Czuł na sobie jego uwagę, czuł, że myśl swobodnie przepływa między nimi tak, jakby była to najnaturalniejsza rzecz na świecie. – I przyjdzie taki dzień, przyjdzie taka noc, że pójdziemy w moje miejsce, a nie Twoje. Pójdziemy w bezksiężycową noc, na ruiny otoczone dusznym fioletem wrzosu z tym co teraz tu zostawiamy. Wezmę ze sobą miód i usiądziemy na kamieniach, których historii nikt już nie pamięta, by powiedzieć i pomilczeć nasze historie. I to będzie dobry czas i dobre miejsce, aby mówić o rzeczach ważnych i ciężkich, choć codziennych. – Twardo przełknął ślinę, pochylając gwałtownie głowę, zawstydzony, bo przecież może tylko on to tak czuł, może to naiwne wierzyć, że...
– A dziś wielka bitwa z komarami, które zawarły sojusz z żabami i mewami, przeciwko nam, strudzonym wędkarzom. – powiedział nazbyt gwałtownie, prostując się z nowym zastrzykiem energii, zaciągając się mocno powietrzem, wciągając je tak głośno, jakby miał przed sobą nazbyt dużą porcję tabaki. Od razu też rozejrzał się za Ponurakiem, poprawiając parcianą torbę na ramieniu. – Zgłodniałem od tego marszu. Może weźmiemy już jedną kiełbasę na pół? Najlepsza z dzika w tej okolicy.