02.03.2024, 03:47 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.03.2024, 03:50 przez Erik Longbottom.)
Uległ dotykowi swego kompana, nachylając się ku niemu, zadziwiony miękkością jego głosu. Nie sądził, że tak potrafił, a cichy głosik w głowie Erika podpowiadał mu, że Sam właśnie się przed nim... Odsłonił? Nie potrafił znaleźć na to lepszego słowa. Ludzie mieli warstwy tudzież maski, jak wolał je nazywać. W ciągu lat przywykł do tego, że socjeta miała najwięcej do ukrycia, żonglując tożsamościami z tą samą łatwością, z jaką klaun w cyrku Bellów podrzucał w powietrze wielokolorowe piłeczki.
Nie była to jednak zależność typowa tylko dla wyżej urodzonych. Każdy miał twarz, jakiej nie pokazywał na co dzień, błysk w oku zarezerwowany dla konkretnych osób, szczery uśmiech przywdziewany przy konkretnych tematach konserwacji lub właśnie głos zdradzający to, co czaiło się pod skorupą z ciała i kości. Sam mógł być na co dzień wycofany, a do niedawna i niezbyt ufny, ale był dobry. Nie dało się temu zaprzeczyć.
— Mhm. — Skinął spolegliwie głową, nie potrafiąc inaczej wyrazić potwierdzenia. — Przepraszam. To miał być nasz odpoczynek, a nie... mój monolog o Ministerstwie Magii.
Sam mógł mieć rację. Miał rację. Przez tyle lat pracy w Brygadzie, Erik przyzwyczaił się do tego, że praca stała się nieodzowną częścią jego życia. Jak mógł mówić o sobie, nie mówiąc o zawodzie i o szufladce, która została mu przydzielona jeszcze zanim Tiara Przydziału oznajmiła wszem wobec, że stanie się wychowankiem Gryffindoru? Po takim długim czasie wyzbył się żalu, jak zaplanowana była jego ścieżka zawodowa. Praca była bezpiecznym tematem, normalnym, takim, do którego mógł się odwołać w każdej chwili.
A teraz rysowano mu przed nosem linię i machano przed twarzą napisem STOP. Nie spodziewał się tego, ale może powinien? Wychował się w domu pełnym Brygadzistów, Aurorów i detektywów. Wszyscy wiedzieli, z czym wiązał się ten zawód, toteż rozmowy o Systemie przy obiedzie czy kolacji nie stanowiły wielkiego zaskoczenia. Przełknął głośno ślinę. Otwartość i zrozumienie oferowane przez Samuela poruszyło go na tyle, że na moment zapomniał oddychać, a obraz zafalował mu przed oczami.
— Kiedy indziej — powtórzył za nim bezwiednie, wygładzając poły koszuli, znajdując poniekąd w tym geście sposób na odzyskanie panowania nad sobą. — Czyli będzie następny raz? — Mimowolnie splótł dłonie za plecami, uśmiechając się nieśmiało. — Pochlebia mi to. Mało kto jest w stanie wytrzymać ze mną cały dzień. Twoje pokłady cierpliwości muszą być jak studnia bez dna.
Pochylił się, aby odłożyć na moment wędki na ziemię. Miał nie mówić o pracy, to nie będzie o niej wspominał. To było niesprawiedliwe, biorąc pod uwagę, że zaprosił tutaj Sama właśnie po to, aby lepiej go poznać, a zamiast tego skupił się na sobie. Bagaż zostanie tu w lesie, pośród drzew, krzewów i tego całego cholernego robactwa. Gdy na powrót się wyprostował, uderzył go zapach eliksiru, jakim wysmarował go Samuel.
— Nonsens. Nie uwierzę to, że mieszkanie w lesie sprawiło, że owady zwracają na ciebie teraz mniejszą uwagę — mruknął z zadziwiającą pewnością siebie, wyzwalając fiolkę z rąk Samuela. — Mhmm, nie mogę się wprost doczekać, aż zaatakują nas z zaskoczenia. — Skropił palce miksturą na bazie eukaliptusa i zaczął naznaczać strategiczne miejsca na szyi i szczęce mężczyzny. — Znając życie, przed zmrokiem te robale zawrą jeszcze sojusz z żabami i ptakami. Tak, żeby dać wyraźny sygnał, że to ich terytorium.
Nie był to żart najwyższych lotów, ale przynajmniej darował sobie wzmiankę o tym, że lokalne ptactwo mogło spróbować narobić im na głowy. Poza tym kompletnie zepsułoby to nastrój. Erik uśmiechnął się słabo pod nosem, kończąc ten mały zabieg kosmetyczny poprzez wmasowanie kilku kropel mikstury w okolice obojczyków Samuela. Może wykorzystał nieco zbyt dużo specyfiku, jednak... Przezorny zawsze ubezpieczony, czyż nie?
— Czy... Ty też zostawiasz tu jakiś bagaż? Zanim ruszymy dalej? — Ścisnął mocniej wędki, zerkając zaciekawiony na Sama.
Nie była to jednak zależność typowa tylko dla wyżej urodzonych. Każdy miał twarz, jakiej nie pokazywał na co dzień, błysk w oku zarezerwowany dla konkretnych osób, szczery uśmiech przywdziewany przy konkretnych tematach konserwacji lub właśnie głos zdradzający to, co czaiło się pod skorupą z ciała i kości. Sam mógł być na co dzień wycofany, a do niedawna i niezbyt ufny, ale był dobry. Nie dało się temu zaprzeczyć.
— Mhm. — Skinął spolegliwie głową, nie potrafiąc inaczej wyrazić potwierdzenia. — Przepraszam. To miał być nasz odpoczynek, a nie... mój monolog o Ministerstwie Magii.
Sam mógł mieć rację. Miał rację. Przez tyle lat pracy w Brygadzie, Erik przyzwyczaił się do tego, że praca stała się nieodzowną częścią jego życia. Jak mógł mówić o sobie, nie mówiąc o zawodzie i o szufladce, która została mu przydzielona jeszcze zanim Tiara Przydziału oznajmiła wszem wobec, że stanie się wychowankiem Gryffindoru? Po takim długim czasie wyzbył się żalu, jak zaplanowana była jego ścieżka zawodowa. Praca była bezpiecznym tematem, normalnym, takim, do którego mógł się odwołać w każdej chwili.
A teraz rysowano mu przed nosem linię i machano przed twarzą napisem STOP. Nie spodziewał się tego, ale może powinien? Wychował się w domu pełnym Brygadzistów, Aurorów i detektywów. Wszyscy wiedzieli, z czym wiązał się ten zawód, toteż rozmowy o Systemie przy obiedzie czy kolacji nie stanowiły wielkiego zaskoczenia. Przełknął głośno ślinę. Otwartość i zrozumienie oferowane przez Samuela poruszyło go na tyle, że na moment zapomniał oddychać, a obraz zafalował mu przed oczami.
— Kiedy indziej — powtórzył za nim bezwiednie, wygładzając poły koszuli, znajdując poniekąd w tym geście sposób na odzyskanie panowania nad sobą. — Czyli będzie następny raz? — Mimowolnie splótł dłonie za plecami, uśmiechając się nieśmiało. — Pochlebia mi to. Mało kto jest w stanie wytrzymać ze mną cały dzień. Twoje pokłady cierpliwości muszą być jak studnia bez dna.
Pochylił się, aby odłożyć na moment wędki na ziemię. Miał nie mówić o pracy, to nie będzie o niej wspominał. To było niesprawiedliwe, biorąc pod uwagę, że zaprosił tutaj Sama właśnie po to, aby lepiej go poznać, a zamiast tego skupił się na sobie. Bagaż zostanie tu w lesie, pośród drzew, krzewów i tego całego cholernego robactwa. Gdy na powrót się wyprostował, uderzył go zapach eliksiru, jakim wysmarował go Samuel.
— Nonsens. Nie uwierzę to, że mieszkanie w lesie sprawiło, że owady zwracają na ciebie teraz mniejszą uwagę — mruknął z zadziwiającą pewnością siebie, wyzwalając fiolkę z rąk Samuela. — Mhmm, nie mogę się wprost doczekać, aż zaatakują nas z zaskoczenia. — Skropił palce miksturą na bazie eukaliptusa i zaczął naznaczać strategiczne miejsca na szyi i szczęce mężczyzny. — Znając życie, przed zmrokiem te robale zawrą jeszcze sojusz z żabami i ptakami. Tak, żeby dać wyraźny sygnał, że to ich terytorium.
Nie był to żart najwyższych lotów, ale przynajmniej darował sobie wzmiankę o tym, że lokalne ptactwo mogło spróbować narobić im na głowy. Poza tym kompletnie zepsułoby to nastrój. Erik uśmiechnął się słabo pod nosem, kończąc ten mały zabieg kosmetyczny poprzez wmasowanie kilku kropel mikstury w okolice obojczyków Samuela. Może wykorzystał nieco zbyt dużo specyfiku, jednak... Przezorny zawsze ubezpieczony, czyż nie?
— Czy... Ty też zostawiasz tu jakiś bagaż? Zanim ruszymy dalej? — Ścisnął mocniej wędki, zerkając zaciekawiony na Sama.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞