Zamilkła i odrzuciła głowę do tyłu, opierając o przyczepę, przy której siedziała, wpatrując się gdzieś między w brylanty gwiazd; ona się również uśmiechnęła – również nie do niego, jakby całokształt sytuacji zawierał znamiona tragikomizmu. Westchnięcie uleciało spomiędzy jej spętanych obietnicą warg, gdy ogniska ciemnych tęczówek przeniosła na niego, jakby nigdy nic; jakby ten moment intymności nie miał zupełnie miejsca. I przez moment zdawała się patrzeć na niego, jakby nie widząc jednak u meritum; jakby spozierała prosto w jego duszę, a przecież jedynie ślizgała się wzrokiem za tym obracającym się prędko nożem w jego ręce.
Mógłby zechcieć ją zranić. Czy Loretta w gruncie rzeczy bała się śmierci? Bardzo wątpliwe. Bała się bardzo wielu rzeczy, a szybowanie pośród chmur, jako transcendentna zjawa nie lękało jej w żadnej mierze.
– Wiem wiele rzeczy – rzekła w końcu, bo choć nie była koneserem ani mugolskiej, ani literatury, posiadała ogładę w świecie, która pozwalała jej na znajomość wielu dziedzin od podszewki.
– Twój portret pamięciowy? – parsknęła gwałtownie. – Tak, dostałam zlecenie z pentagonu aby cię wyeliminować. Wow, a myślałam, że to ja jestem odklejona – dodała po chwili, nie potrafiąc zmyć z ust absurdalnego uśmiechu, który zarysował się zmarszczkami w zewnętrznych kącikach oczu.
Brylanty nieba mrugały niepewnie, zupełnie jakby chciały się odkleić od czerni nieboskłonu i spalając żarliwy wodór dotrzeć do ziemi w postaci błysku komety. Jedno westchnięcie – całe ramiona wszechświata rozciągające swoje długie kończyny, ciepłym oddechem sunące w bezchmurną noc. Drugie westchnięcie – ogrom marzeń plecionych podniebnie ulegających spaleniu gwałtownemu, jak te noworoczne fajerwerki błyskające iskrami pod kopułą świata. Trzecie westchnięcie – miękkość trawy pod jej stopami, gdy usiłowała stanąć stabilnie na dwóch nogach, prędko się poddając.
– Możesz mnie podnieść – zawyrokowała po chwili.
Gotta admit, I'm a hypocrite
I like it way better than being on the side of it
I'm a psycho, loving it