Biegła, ile miała sił w nogach. Minęła ojca, musiała dowiedzieć się, co właściwie się dzieje, gdzie są wszyscy, co się stało na Wyspie, czy w ogóle wrócili z tej wyspy? Dlaczego nie mogła sobie tego przypomnieć? Nie składało się to pannie Wood w całość, zupełnie.
Nie znosiła niepewności, coś musiało sobie z niej robić żarty, mieszać w jej głowie, że też była taka zaślepiona pragnieniem pozbycia się klątwy, że od razu tego nie zobaczyła, ale ten dzień zapowiadał się tak idealnie.
Jedyną znajomą osobą, która dostrzegła w tłumie była Doradlatego też to właśnie ją zawołała, i ona była z nią na tej nieszczęsnej wyspie. Może razem dojdą do tego, co się tam wydarzyło.
Kamień spadł jej z serca, gdy dziewczyna praktycznie rzuciła się jej na szyję, czyli ona także tutaj była? Poczuła ją. Musiała tutaj być. - Umrzemy? - Nie brzmiało to specjalnie kolorowo. Nie tego się spodziewała, miał być ślub i wesele też, a skończą na śmierci. Co za niefart.
Najważniejszym było nie panikować, tak na pewno zrobiłaby Brenna, której tutaj nie było. Musiała się skupić znaleźć jakieś rozwiązanie, bo na pewno nie zamierzała tutaj zginąć i nie pozwoliłaby aby przydarzyło się to również Dorze.
Odsunęła się od Dory i dostrzegła te kwiaty, które porosły dosłownie wszystko. O co chodziło? Co się właściwie tutaj działo. To musiała być wina tej przeklętej wyspy, ten duch szeptał jej do ucha, żeby zawracała, Salt mówił, że marzenia mogą ją zgubić. - Spróbuję czegoś. Zrobiła to, co wydawało jej się słuszne, sięgnęła po różdżkę, chciała rozproszyć iluzję, bo to musiała być iluzja, to nie mógł być prawdziwy świat. Ktoś rzucił jakiś czar, bawił się z nimi.
Akcja nieudana