26.02.2024, 00:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.02.2024, 00:48 przez Alexander Mulciber.)
Długie letnie dnie zlewały się ze sobą, od kiedy opuścił angielską ziemię: kolejny wschód, kolejny zachód, ciągle tylko to słońce, które wściekle oślepiało go swoim blaskiem - jego świetlisty żar skraplał się potem na ramionach Alexa oraz sprawiał, że lokalne wino zmieniało się w obrzydliwie ciepłą, sfermentowaną truciznę - i zbyt mało księżyca, bo nadnaturalnego światła miesiąca mógł doświadczyć tylko podczas tych krótkich godzin nocnych, kiedy najczęściej przewracał się z boku na bok na swoim łóżku - zbyt zajęty walką z pijackimi urojeniami i widziadłami utkanymi z niespełnionych marzeń i złych snów, jakże realnych w otaczających go ciemnościach.
Za dnia, był bowiem sam ze swoimi myślami, noce zaś, spędzali razem.
Kiedyś obruszał się, kiedy Ambrosia uparcie wyciągała mu w rozkładach Słońce, i konsekwentnie zabierał jej tę kartę - kwitując krótko, że no to jutro to na pewno będzie padał deszcz, jesteśmy w Anglii, McKinnon, zlituj się - tylko po to, by potem zaskoczyć kobietę Słońcami z pięciu różnych talii tarota (przez te nieustanne wymiany kart oboje mieli okropny bałagan w kartach), które wykładał przed nią powoli, jedno po drugim, z paskudnym uśmieszkiem satysfakcji czającym się w kącikach ust. On nigdy nie miał wątpliwości, że Słońce powinno należeć do niej. Ambrosia, kiedy akurat nie patrzyła na człowieka spode łba, rozzłoszczona, że znowu wyrwał jej z rąk Księżyc, potrafiła być niesłychanie charyzmatyczna. Nie było żadnego rozdźwięku między Rosie duszą towarzystwa, sypiącą żarcikami na prawo i na lewo, i czarującą zawadiackim uśmieszkiem, a Rosie zadumaną myślicielką, która długimi godzinami potrafiła wpatrywać się w magiczną kulę bez ruchu, albo zwinięta jak kot, leżeć na łóżku z książką; tak samo jak Słońce, choć miało poważną twarz, rozświetlało blaskiem swych promieni całą kartę. Tak jasne, tak piękne, że trudno było mu na nie patrzeć bez mrużenia oczu, a jego blask tak uzależniający, że nie sposób było odwrócić twarzy od padających nań promieni. Wypisz wymaluj cała McKinnon; nic się w niej nie zmieniło, nawet, kiedy objawiała mu się jako odrealniona zjawa.
Co takiego Rosie widziała w Alexie, że zawsze próbowała mu wcisnąć tę kartę - tego nie wiedział. A może nawet gdyby wiedział, nie potrafiłby zrozumieć.
Zawsze przerzucali się wzajemnie Słońcem, każde próbowało natomiast zagarnąć dla siebie Księżyc. Myślałem, że Arcykapłanka to taka sobie władczyni Księżyca, a ty przecież tak lubisz, kiedy przed tobą klękam, wyszeptał jej kiedyś do ucha, wtedy, kiedy nie mogła wyrwać się z jego objęć, i uciec bez słowa, jak to zwykła od czasu do czasu robić, choć dawno już opuścili szkolne mury, i przestali być dzieciakami, których frustrowało każde wypomnienie im ich bliskości. Axel lubił Księżyc, bo ten mówił o tym wszystkim, czego nie dało się ująć słowami. Chociaż zacna większość opracowań dotyczących tarota mówiła, że Księżyc oznacza życie w iluzji, kłamstwie; oszukiwanie samego siebie, jakieś wewnętrzne niepokoje, i, nade wszystko, złudzenia - tak jak człowiek zawsze skrywa przed innymi swoją prawdziwą twarz, tak samo zawsze widzimy tylko jedną stronę księżyca, przeczytał gdzieś Alex - tak dla Mulcibera symbolizował on tęsknotę za czymś nienazwanym, taką samą, która towarzyszyła mu całe życie; Księżyc był władcą wszystkich tajemnic, powiernikiem niewypowiedzianych wyznań, stróżem nocnych szeptów, królem autorefleksji... I choć to Pustelnik zdawał się uosobieniem wszystkich jego mistycznych dążeń jako jasnowidza, Księżyc pozostawał jednak jego ulubioną kartą.
Księżyc był ambiwalentny, niedoskonały, i mógł mówić "pomyśl, że to sen", wtedy, gdy Pustelnik - którego również przypisywała mu Ambrosia - uznałby to za absurdalne, a wręcz arcygłupie.
Czasem bowiem, intensywne spojrzenie Pustelnika stawało się wręcz nie do zniesienia.Tak samo, jak jego własne odbicie w lustrze.
Przez ostatnie tygodnie, kiedy niekończące się dnie zdawały mu się jeszcze większą torturą aniżeli niespokojne noce, wydawało mu się, że zrozumiał jednak, dlaczego Ambrosia przepychała zawsze Słońce w jego stronę.
Kiedy widział tę kartę, nigdy nie myślał o spierzchniętych wargach, bezlitosnych promieniach liżących spieczone karki wędrowców, ani o klęsce suszy. Choć sam zawsze chciał żyć pełnią życia, uparcie powtarzając, że destrukcja także jest jakąś formą kreacji, nie myślał nigdy o Słońcu jako o umierającej gwieździe; nie, dopóki sam nie poczuł, jak płoną mu żyły, kiedy pierwszy raz zażył; nie, dopóki się nie poparzył, czując, jak słońce wylewa się porami w jego skórze, bezlitośnie wypalając od środka wnętrzności żywym ogniem.
Czy właśnie takim widziała go McKinnon? Zemdliło go lekko na samą myśl.
Co takiego znowu zrobiłeś, że życie ma ci się poprawić?, droczyła się w liście Ambrosia. Coś, co powinien zrobić siedem lat temu, chciał napisać, ogarnięty dziwnym szałem: ekstatyczną wręcz radością, przemieszaną z panicznym lękiem, że traci zmysły. Proszę, powiedz mi, co się stało, szeptała zmysłowo Loretta, ale Alex nie chciał niczego wyjaśniać; chciał udawać, że nic się nie stało i zapomnieć o problemach w jej ramionach, dlatego odetchnął, kiedy ustąpiła mu wreszcie z cichym "nie będę pytać".
Dlaczego więc nie potrafił zapomnieć?
Dlaczego bez mrugnięcia okiem przyjmował kolejną misję z ramienia Śmierciożerców, zaś widok pogrążonego w magicznej śpiączce brata napawał go takim przerażeniem, że przez ostatnie tygodnie aż podskakiwał w miejscu, gdy ktoś wykonał przy nim gwałtowniejszy ruch? Dlaczego w pracy miał wrażenie, że zostawia na papierach krwawe odciski palców - czy ktoś rozlał czerwony atrament na stos dokumentów na swoim biurku, czy to zew jakiejś pradawnej klątwy, kara dla niedoszłego bratobójcy; widział to słowo wypisane czerwonym atramentem w nagłówku ostatniego raportu; a kiedy uciekł do łazienki, i zaczął kompulsyjnie myć ręce zachlapane wyimaginowaną posoką - dłonie miał teraz tak szorstkie i pozdzierane od szorowania twardym pumeksem, że rzeczywiście czasem aż krwawiły mu knykcie - kątem oka widział w lustrze śmiejącego się Donalda.
Po prostu musiał wyjechać.
Potrzebował Francji, bo tutaj czuł się najbardziej sobą. Tutaj czuł się bezpieczny... Jak w domu. Nie gościł tutaj od ponad trzech lat, zbyt zaaferowany swoim nowym życiem w Anglii, choć w momentach słabości marzył o powrocie na łono ojczyzny swojej matki, o powrocie do jedynego miejsca, gdzie mógł odnaleźć utracony spokój.
Czy Axel w ogóle miał zresztą inne miejsce, które mógłby nazwać prawdziwym domem? Nie była to przecież rodowa rezydencja w Yorkshire, gdzie spędził dziecinne lata, choć dalej z rozrzewnieniem wspominał otaczające ją lasy, pola i łąki; mieszkało tam zbyt dużo wspomnień: szalona matka, snująca się po zakurzonych korytarzach, i szepcząca swoje przepowiednie duchom Mulciberów, była żywym świadectwem tych najsmutniejszych. Nie było to mieszkanie na Horyzontalnej, jego główne lokum w Anglii od prawie dwudziestu lat, z którego chciał się wyprowadzić po tym jak rozstali się z Rosie - ale że akurat Eden przejęła kamienicę, gdzie urzędował, trochę przez przypadkowe zrządzenie losu, a trochę przez to, że nie potrafił ot tak porzucić wspomnień, zalegających w kątach jak koty z kurzu - zachował je jednak, jak na sentymentalnego głupca przystało. Nie było to mieszkanie Loretty na Pokątnej, zawalone sztalugami z obrazami na różnym etapie ukończenia, i najróżniejszej maści przyborami arystycznymi, choć przecież sypiał w jej łóżku częściej, niż we własnym. Nie była to nawet wystawna rezydencja Diany w Londynie, chociaż to tam zwykł koczować w ciągu tygodnia roboczego, bo było to jedyne miejsce, gdzie mógł znaleźć zarówno spokój, jak i nienachalne towarzystwo na poziomie, wtedy, kiedy potrzebował być samotnym z kimś.
To musiał był ten stary wóz, i francuskie pola wokoło.
To musiała być też Ambrosia, choć to, że kobieta pozostawsła w podświadomości Alexandra jego duchową przewodniczką, mężczyzna uważał za jedną ze swoich najpilniej strzeżonych tajemnic.
- Ty chciałaś? Pomóc-- mnie? - wycedził ostro Alexander, unosząc się na ramionach do pozycji siedzącej. Jego oczy błyszczały niezdrowo. To nie tak, że nie rozumiał, co się do niego mówiło. Może i był trochę napierdolony, ale większość swojego życia spędził pod wpływem, więc czasem nawet myślało mu się lepiej na wspomagaczach, aniżeli na trzeźwo. Zbliżył się do Ambrosii, mrużąc oczy przed słońcem.
- Powiem ci, co chciałem zrobić z twoją pomocą. Więc, Pustelnik - wyszarpnął kartę ponownie, jego ton ponownie zabrzmiał nieco bełkotliwie, ale zaraz znów zaczął cedzić gniewnie, poirytowany własnym splątaniem. - Ten jebany Pustelnik. Pustelnik jest... Nie, nie zrozumiesz.
Wziął głęboki oddech, jakby szykując się do wyznania.
- Chciałem go zgubić. - Słowa z trudem przebiły się przez zaciśniętą szczękę. - Prawie to zrobiłem. Chciałem go zgubić, rozumiesz? Myślałem, a może wrzucić go do Loary? - mówił gorączkowo, coraz szybciej, jakby próbował desperacko uchwycić jakąś myśl, kiedy nie dostał od niej odpowiedniej reakcji. - Do kanału w Tuluzie? Czy poczekać, i oddać go morskim falom? Bo myślałem: jakbym go zgubił - zniżył głos, i niebezpieczny ogień znów zapłonął w jego oczach. - Nawiedzałabyś mnie - zakończył, niemal miękko. - Nawet w limbo.
Powiedział to. Tak, powiedział to. Przyznanie się do tego nawet przed samym sobą było trudne. Przyznanie się przed nią - niemożliwe. Ale teraz fantazjował o rozmowach, które nigdy nie miały prawa się odbyć, bo on był we Francji, a ona w Anglii, on - żonaty, a ona w związku, on istniał tylko w przeszłości, a ona... Ona wciąż miała przyszłość.
- Ale ty, Rosie... Ty zasługujesz na coś więcej niż paryski ściek. - Głos mu się załamał. - Urwałbym ręce każdemu, kto śmiałby dotknąć cię brudnymi łapami, chociaż sam mam ręce uwalane krwią - a może właśnie dlatego.
Urwał nagle, skupiając się na dłoni Ambrosii, która nerwowo bawiła się naszyjnikiem. Wydawała się taka prawdziwa, choć nie pachniała teraz kadzidłami Ataraxii. Złapał jej rękę, tak jak zawsze, kiedy robił to, by powstrzymać ich nerwowe drżenie, i odciągnął ją od szyi: oddał Ambrosii kartę, nakrywając przy tym jej dłoń swoją. Przytrzymał. Musiała przyjąć Pustelnika z powrotem.
- Naprawdę chciałbym być tym mężczyzną, którego w nim widzisz - powiedział cicho - ale im bardziej próbuję... Widzisz, nigdy na niego nie zasługiwałem, i wiedziałem o tym, gdzieś głęboko. Ale kiedy mi go dawałaś, myślałem sobie też, że-- - pokręcił gwałtownie głową. Pierdolił od rzeczy. Widział twarze ludzi, których nie było obok niego. Gadał z duchami, jak matka. Cokolwiek by nie powiedział, jakkolwiek by nie usprawiedliwił się w swojej głowie, nic nie zmieniłoby błędów przeszłości. Prawdziwa Ambrosia miałaby pełne prawo wyśmiać go teraz, choć nie przypuszczał, by było jej do śmiechu; zawsze za bardzo przejmowała się jego losem, i prędzej uroniłaby nad nim łzę, chociaż wcale na to nie zasługiwał, i wcale tego nie chciał.
Alex sam nie wiedział, czego właściwie chciał. Może po prostu chciał najebać się tak, że zapomniałby, jak się nazywa. A może przyjechał tu, bo chciał oszaleć do reszty? Może tak byłoby łatwiej? Sięgnął drugą dłonią do naszyjnika zawieszonego na szyi Ambrosii. Po chuj ci srebrny naszyjnik, zaraz będą gadali, że Mulciberowie są biedni, żartował, kiedy narzekała potem, że nie kupił jej wisiorka z księżycem, tylko ten złoty, z zawieszką ze słońcem. Pamiętał ją z takimi szczegółami... Ale nie spodziewał się, że poczuje nawet ciepło jej ciała.
- Mógłbym się do tego przyzwyczaić. Do szaleństwa. Kiedy tak na ciebie patrzę - to trochę chciałbym, żeby to było szaleństwo. Wtedy mógłbym ślepo wierzyć, że to naprawdę. Wydajesz się taka... realna. - Oczy Mulcibera cały czas przesuwały się leniwie po twarzy kobiety. Kiedyś, kiedy tak na nią patrzył, udawała, że go nie dostrzega, a kiedy nie mogła już dłużej się powstrzymywać i łapała jego wzrok, odwracała się, spłoszona, i odchodziła, jakby uraził jej dumę. Co zrobiłaby teraz?
Za dnia, był bowiem sam ze swoimi myślami, noce zaś, spędzali razem.
Kiedyś obruszał się, kiedy Ambrosia uparcie wyciągała mu w rozkładach Słońce, i konsekwentnie zabierał jej tę kartę - kwitując krótko, że no to jutro to na pewno będzie padał deszcz, jesteśmy w Anglii, McKinnon, zlituj się - tylko po to, by potem zaskoczyć kobietę Słońcami z pięciu różnych talii tarota (przez te nieustanne wymiany kart oboje mieli okropny bałagan w kartach), które wykładał przed nią powoli, jedno po drugim, z paskudnym uśmieszkiem satysfakcji czającym się w kącikach ust. On nigdy nie miał wątpliwości, że Słońce powinno należeć do niej. Ambrosia, kiedy akurat nie patrzyła na człowieka spode łba, rozzłoszczona, że znowu wyrwał jej z rąk Księżyc, potrafiła być niesłychanie charyzmatyczna. Nie było żadnego rozdźwięku między Rosie duszą towarzystwa, sypiącą żarcikami na prawo i na lewo, i czarującą zawadiackim uśmieszkiem, a Rosie zadumaną myślicielką, która długimi godzinami potrafiła wpatrywać się w magiczną kulę bez ruchu, albo zwinięta jak kot, leżeć na łóżku z książką; tak samo jak Słońce, choć miało poważną twarz, rozświetlało blaskiem swych promieni całą kartę. Tak jasne, tak piękne, że trudno było mu na nie patrzeć bez mrużenia oczu, a jego blask tak uzależniający, że nie sposób było odwrócić twarzy od padających nań promieni. Wypisz wymaluj cała McKinnon; nic się w niej nie zmieniło, nawet, kiedy objawiała mu się jako odrealniona zjawa.
Co takiego Rosie widziała w Alexie, że zawsze próbowała mu wcisnąć tę kartę - tego nie wiedział. A może nawet gdyby wiedział, nie potrafiłby zrozumieć.
Zawsze przerzucali się wzajemnie Słońcem, każde próbowało natomiast zagarnąć dla siebie Księżyc. Myślałem, że Arcykapłanka to taka sobie władczyni Księżyca, a ty przecież tak lubisz, kiedy przed tobą klękam, wyszeptał jej kiedyś do ucha, wtedy, kiedy nie mogła wyrwać się z jego objęć, i uciec bez słowa, jak to zwykła od czasu do czasu robić, choć dawno już opuścili szkolne mury, i przestali być dzieciakami, których frustrowało każde wypomnienie im ich bliskości. Axel lubił Księżyc, bo ten mówił o tym wszystkim, czego nie dało się ująć słowami. Chociaż zacna większość opracowań dotyczących tarota mówiła, że Księżyc oznacza życie w iluzji, kłamstwie; oszukiwanie samego siebie, jakieś wewnętrzne niepokoje, i, nade wszystko, złudzenia - tak jak człowiek zawsze skrywa przed innymi swoją prawdziwą twarz, tak samo zawsze widzimy tylko jedną stronę księżyca, przeczytał gdzieś Alex - tak dla Mulcibera symbolizował on tęsknotę za czymś nienazwanym, taką samą, która towarzyszyła mu całe życie; Księżyc był władcą wszystkich tajemnic, powiernikiem niewypowiedzianych wyznań, stróżem nocnych szeptów, królem autorefleksji... I choć to Pustelnik zdawał się uosobieniem wszystkich jego mistycznych dążeń jako jasnowidza, Księżyc pozostawał jednak jego ulubioną kartą.
Księżyc był ambiwalentny, niedoskonały, i mógł mówić "pomyśl, że to sen", wtedy, gdy Pustelnik - którego również przypisywała mu Ambrosia - uznałby to za absurdalne, a wręcz arcygłupie.
Czasem bowiem, intensywne spojrzenie Pustelnika stawało się wręcz nie do zniesienia.Tak samo, jak jego własne odbicie w lustrze.
Przez ostatnie tygodnie, kiedy niekończące się dnie zdawały mu się jeszcze większą torturą aniżeli niespokojne noce, wydawało mu się, że zrozumiał jednak, dlaczego Ambrosia przepychała zawsze Słońce w jego stronę.
Kiedy widział tę kartę, nigdy nie myślał o spierzchniętych wargach, bezlitosnych promieniach liżących spieczone karki wędrowców, ani o klęsce suszy. Choć sam zawsze chciał żyć pełnią życia, uparcie powtarzając, że destrukcja także jest jakąś formą kreacji, nie myślał nigdy o Słońcu jako o umierającej gwieździe; nie, dopóki sam nie poczuł, jak płoną mu żyły, kiedy pierwszy raz zażył; nie, dopóki się nie poparzył, czując, jak słońce wylewa się porami w jego skórze, bezlitośnie wypalając od środka wnętrzności żywym ogniem.
Czy właśnie takim widziała go McKinnon? Zemdliło go lekko na samą myśl.
Co takiego znowu zrobiłeś, że życie ma ci się poprawić?, droczyła się w liście Ambrosia. Coś, co powinien zrobić siedem lat temu, chciał napisać, ogarnięty dziwnym szałem: ekstatyczną wręcz radością, przemieszaną z panicznym lękiem, że traci zmysły. Proszę, powiedz mi, co się stało, szeptała zmysłowo Loretta, ale Alex nie chciał niczego wyjaśniać; chciał udawać, że nic się nie stało i zapomnieć o problemach w jej ramionach, dlatego odetchnął, kiedy ustąpiła mu wreszcie z cichym "nie będę pytać".
Dlaczego więc nie potrafił zapomnieć?
Dlaczego bez mrugnięcia okiem przyjmował kolejną misję z ramienia Śmierciożerców, zaś widok pogrążonego w magicznej śpiączce brata napawał go takim przerażeniem, że przez ostatnie tygodnie aż podskakiwał w miejscu, gdy ktoś wykonał przy nim gwałtowniejszy ruch? Dlaczego w pracy miał wrażenie, że zostawia na papierach krwawe odciski palców - czy ktoś rozlał czerwony atrament na stos dokumentów na swoim biurku, czy to zew jakiejś pradawnej klątwy, kara dla niedoszłego bratobójcy; widział to słowo wypisane czerwonym atramentem w nagłówku ostatniego raportu; a kiedy uciekł do łazienki, i zaczął kompulsyjnie myć ręce zachlapane wyimaginowaną posoką - dłonie miał teraz tak szorstkie i pozdzierane od szorowania twardym pumeksem, że rzeczywiście czasem aż krwawiły mu knykcie - kątem oka widział w lustrze śmiejącego się Donalda.
Po prostu musiał wyjechać.
Potrzebował Francji, bo tutaj czuł się najbardziej sobą. Tutaj czuł się bezpieczny... Jak w domu. Nie gościł tutaj od ponad trzech lat, zbyt zaaferowany swoim nowym życiem w Anglii, choć w momentach słabości marzył o powrocie na łono ojczyzny swojej matki, o powrocie do jedynego miejsca, gdzie mógł odnaleźć utracony spokój.
Czy Axel w ogóle miał zresztą inne miejsce, które mógłby nazwać prawdziwym domem? Nie była to przecież rodowa rezydencja w Yorkshire, gdzie spędził dziecinne lata, choć dalej z rozrzewnieniem wspominał otaczające ją lasy, pola i łąki; mieszkało tam zbyt dużo wspomnień: szalona matka, snująca się po zakurzonych korytarzach, i szepcząca swoje przepowiednie duchom Mulciberów, była żywym świadectwem tych najsmutniejszych. Nie było to mieszkanie na Horyzontalnej, jego główne lokum w Anglii od prawie dwudziestu lat, z którego chciał się wyprowadzić po tym jak rozstali się z Rosie - ale że akurat Eden przejęła kamienicę, gdzie urzędował, trochę przez przypadkowe zrządzenie losu, a trochę przez to, że nie potrafił ot tak porzucić wspomnień, zalegających w kątach jak koty z kurzu - zachował je jednak, jak na sentymentalnego głupca przystało. Nie było to mieszkanie Loretty na Pokątnej, zawalone sztalugami z obrazami na różnym etapie ukończenia, i najróżniejszej maści przyborami arystycznymi, choć przecież sypiał w jej łóżku częściej, niż we własnym. Nie była to nawet wystawna rezydencja Diany w Londynie, chociaż to tam zwykł koczować w ciągu tygodnia roboczego, bo było to jedyne miejsce, gdzie mógł znaleźć zarówno spokój, jak i nienachalne towarzystwo na poziomie, wtedy, kiedy potrzebował być samotnym z kimś.
To musiał był ten stary wóz, i francuskie pola wokoło.
To musiała być też Ambrosia, choć to, że kobieta pozostawsła w podświadomości Alexandra jego duchową przewodniczką, mężczyzna uważał za jedną ze swoich najpilniej strzeżonych tajemnic.
- Ty chciałaś? Pomóc-- mnie? - wycedził ostro Alexander, unosząc się na ramionach do pozycji siedzącej. Jego oczy błyszczały niezdrowo. To nie tak, że nie rozumiał, co się do niego mówiło. Może i był trochę napierdolony, ale większość swojego życia spędził pod wpływem, więc czasem nawet myślało mu się lepiej na wspomagaczach, aniżeli na trzeźwo. Zbliżył się do Ambrosii, mrużąc oczy przed słońcem.
- Powiem ci, co chciałem zrobić z twoją pomocą. Więc, Pustelnik - wyszarpnął kartę ponownie, jego ton ponownie zabrzmiał nieco bełkotliwie, ale zaraz znów zaczął cedzić gniewnie, poirytowany własnym splątaniem. - Ten jebany Pustelnik. Pustelnik jest... Nie, nie zrozumiesz.
Wziął głęboki oddech, jakby szykując się do wyznania.
- Chciałem go zgubić. - Słowa z trudem przebiły się przez zaciśniętą szczękę. - Prawie to zrobiłem. Chciałem go zgubić, rozumiesz? Myślałem, a może wrzucić go do Loary? - mówił gorączkowo, coraz szybciej, jakby próbował desperacko uchwycić jakąś myśl, kiedy nie dostał od niej odpowiedniej reakcji. - Do kanału w Tuluzie? Czy poczekać, i oddać go morskim falom? Bo myślałem: jakbym go zgubił - zniżył głos, i niebezpieczny ogień znów zapłonął w jego oczach. - Nawiedzałabyś mnie - zakończył, niemal miękko. - Nawet w limbo.
Powiedział to. Tak, powiedział to. Przyznanie się do tego nawet przed samym sobą było trudne. Przyznanie się przed nią - niemożliwe. Ale teraz fantazjował o rozmowach, które nigdy nie miały prawa się odbyć, bo on był we Francji, a ona w Anglii, on - żonaty, a ona w związku, on istniał tylko w przeszłości, a ona... Ona wciąż miała przyszłość.
- Ale ty, Rosie... Ty zasługujesz na coś więcej niż paryski ściek. - Głos mu się załamał. - Urwałbym ręce każdemu, kto śmiałby dotknąć cię brudnymi łapami, chociaż sam mam ręce uwalane krwią - a może właśnie dlatego.
Urwał nagle, skupiając się na dłoni Ambrosii, która nerwowo bawiła się naszyjnikiem. Wydawała się taka prawdziwa, choć nie pachniała teraz kadzidłami Ataraxii. Złapał jej rękę, tak jak zawsze, kiedy robił to, by powstrzymać ich nerwowe drżenie, i odciągnął ją od szyi: oddał Ambrosii kartę, nakrywając przy tym jej dłoń swoją. Przytrzymał. Musiała przyjąć Pustelnika z powrotem.
- Naprawdę chciałbym być tym mężczyzną, którego w nim widzisz - powiedział cicho - ale im bardziej próbuję... Widzisz, nigdy na niego nie zasługiwałem, i wiedziałem o tym, gdzieś głęboko. Ale kiedy mi go dawałaś, myślałem sobie też, że-- - pokręcił gwałtownie głową. Pierdolił od rzeczy. Widział twarze ludzi, których nie było obok niego. Gadał z duchami, jak matka. Cokolwiek by nie powiedział, jakkolwiek by nie usprawiedliwił się w swojej głowie, nic nie zmieniłoby błędów przeszłości. Prawdziwa Ambrosia miałaby pełne prawo wyśmiać go teraz, choć nie przypuszczał, by było jej do śmiechu; zawsze za bardzo przejmowała się jego losem, i prędzej uroniłaby nad nim łzę, chociaż wcale na to nie zasługiwał, i wcale tego nie chciał.
Alex sam nie wiedział, czego właściwie chciał. Może po prostu chciał najebać się tak, że zapomniałby, jak się nazywa. A może przyjechał tu, bo chciał oszaleć do reszty? Może tak byłoby łatwiej? Sięgnął drugą dłonią do naszyjnika zawieszonego na szyi Ambrosii. Po chuj ci srebrny naszyjnik, zaraz będą gadali, że Mulciberowie są biedni, żartował, kiedy narzekała potem, że nie kupił jej wisiorka z księżycem, tylko ten złoty, z zawieszką ze słońcem. Pamiętał ją z takimi szczegółami... Ale nie spodziewał się, że poczuje nawet ciepło jej ciała.
- Mógłbym się do tego przyzwyczaić. Do szaleństwa. Kiedy tak na ciebie patrzę - to trochę chciałbym, żeby to było szaleństwo. Wtedy mógłbym ślepo wierzyć, że to naprawdę. Wydajesz się taka... realna. - Oczy Mulcibera cały czas przesuwały się leniwie po twarzy kobiety. Kiedyś, kiedy tak na nią patrzył, udawała, że go nie dostrzega, a kiedy nie mogła już dłużej się powstrzymywać i łapała jego wzrok, odwracała się, spłoszona, i odchodziła, jakby uraził jej dumę. Co zrobiłaby teraz?
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat