25.02.2024, 14:07 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.03.2024, 01:07 przez Samuel McGonagall.)
Nie potrzebował wiele, więcej – nie myślał o tym, że potrzebuje czegokolwiek. Ale w chwili, gdy Erik się odezwał, zdał sobie sprawę z napięcia, które właśnie zniknęło, zeszło z ramion, zeszło przede wszystkim z głowy. Kiedy szybował jako krogulec, nie miał żadnych zmartwień, nie musiał nawet zastanawiać się zbytnio nad aerodynamiką swoich pustych kości, układu lotek, skrzydeł, wykorzystywania powietrznych prądów... to przychodziło naturalnie, pamięcią ciała, w które nauczył się ubierać.
Jako człowiek miał dużo rozmyślań, przebywanie wśród innych ludzi od maja tylko potęgowały ten stan. Cieszył się, że ma dużo roboty, gorzej kiedy jej nie miał. Dziś przyjdzie mu jednak spróbować czegoś nowego, a przynajmniej dawno nie smakowanego – relaksu i to w dziedzinie, na której się nie znał. Z mężczyzną, którego nie znał zbyt dobrze. Oczywiście to nie było tak, że towarzystwo zawsze było dla niego drażniące. Taki Ariel na przykład, przypominał mu krążącego bez celu motyla, który tylko czekał aby zagłębić swoją długą ssawkę w dowolnie znalezionym, co barwniejszym kwiecie. Nie sposób było się denerwować przy motylu, Samuel naturalnie zajmował pozycję obok i w ciszy obserwował jego chaotyczne piękno, tak jak czasem przyglądał się tym onirycznym wędrowcom, gdy był na wrzosowiskach.
Eric był inny. Zdecydowanie bardziej cielesny, namacalny. Opiekuńczy i rzeczywisty. Skupiający na sobie uwagę. Sam kierując się własnymi uprzedzeniami, nieuświadomionym poczuciem niższości i kompleksami zakopanymi prozą życia w piwnicy podświadomości (och, Perseus miałby bardzo dużo do powiedzenia n ten temat, jeśli tylko mu pozwolić), zakładał, że nie ma tu najmniejszych szans na komfort wspólnego przebywania.
Jak można było się tak pomylić?
Kucnął i entuzjastycznie przywitał się z Ponurakiem, nie przejmując się zupełnie futrem oblepionym śliną i kurzem pola. Jego płócienne, utrzymane w zszarzałym płowym beżu spodnie były długie do kostki – szorty były przywilejem bogaczy, którzy podczas roboty nie musieli zasłaniać wrażliwej skóry, bez względu na to czy chodziło o wyjście w pole, czy pływanie pośród wiórów. Druga para – cieplejsze, bardziej zwarte jeansy zostały w domu. Sam zdawał się być wypłowiały, zwłaszcza w cieple lipcowego słońca. Wraz z niebieską kratą zakrywającą jego plecy i ramiona, zupełnie nieświadomie przypominał w kolorach krogulczego samczyka, którego wysyłał od czasu do czasu ze swoją korespondencją. Kiełbasy z dzika czekały na swoją kolej tego wieczoru, obecnie bardzo intensywnie obwąchiwane przez psa.
– Hej, to na wieczór. Też dostaniesz Ponurak, nikt o Tobie nie zapomni.– podniósł się i pogładził go po głowie po raz z pewnością nie ostatni tego dnia, po czym przejął skrzynkę od Erika i ruszył za nim, nie pytając o nic. Lider znał przecież drogę.
– Nie narzekam. Latem zawsze jest dużo roboty, a poczta pantoflowa robi swoje. Stolarz z Doliny ma już swoje lata i dwie córki, a jego uczniowie pojechali do Londynu za lepszym życiem więc... Trafiłem chyba w dziurę na rynku. Lukę? – te słowa były nowe, podobnie jak zależności ekonomiczne, ale przebywając w kręgu rzemieślników miasteczka, przyjmował to słownictwo przez osmozę. – To zabawne, przez lata utrzymywaliśmy się ze sprzedaży darów Kniei, ale teraz widzę, że co drugi czarodziej, zwłaszcza tutaj, robi w surowcach do eliksirów. A strug dla wielu obcym narzędziem. Także tak... Czekam jeszcze na zbiory. Zapowiadają się bardziej niż obficie, na tyle na ile mogę Ci powiedzieć ze znaków na niebie i ziemi. Sady uginają się od młodych jabłek, nie mam pojęcia kto to przeje, ale może ktoś skusi się na produkcję dobrego, lokalnego cydru...– jak nie mógł znaleźć słow, tak teraz toczyły się swobodą górskiego strumienia.
– A Ty... czym właściwie zajmujesz się w Londynie? – zmarszczył nos, patrząc się cały czas przed siebie, nie mogąc sobie trochę wyobrazić swojego towarzysza w ramie znienawidzonego przez siebie miejsca.
Jako człowiek miał dużo rozmyślań, przebywanie wśród innych ludzi od maja tylko potęgowały ten stan. Cieszył się, że ma dużo roboty, gorzej kiedy jej nie miał. Dziś przyjdzie mu jednak spróbować czegoś nowego, a przynajmniej dawno nie smakowanego – relaksu i to w dziedzinie, na której się nie znał. Z mężczyzną, którego nie znał zbyt dobrze. Oczywiście to nie było tak, że towarzystwo zawsze było dla niego drażniące. Taki Ariel na przykład, przypominał mu krążącego bez celu motyla, który tylko czekał aby zagłębić swoją długą ssawkę w dowolnie znalezionym, co barwniejszym kwiecie. Nie sposób było się denerwować przy motylu, Samuel naturalnie zajmował pozycję obok i w ciszy obserwował jego chaotyczne piękno, tak jak czasem przyglądał się tym onirycznym wędrowcom, gdy był na wrzosowiskach.
Eric był inny. Zdecydowanie bardziej cielesny, namacalny. Opiekuńczy i rzeczywisty. Skupiający na sobie uwagę. Sam kierując się własnymi uprzedzeniami, nieuświadomionym poczuciem niższości i kompleksami zakopanymi prozą życia w piwnicy podświadomości (och, Perseus miałby bardzo dużo do powiedzenia n ten temat, jeśli tylko mu pozwolić), zakładał, że nie ma tu najmniejszych szans na komfort wspólnego przebywania.
Jak można było się tak pomylić?
Kucnął i entuzjastycznie przywitał się z Ponurakiem, nie przejmując się zupełnie futrem oblepionym śliną i kurzem pola. Jego płócienne, utrzymane w zszarzałym płowym beżu spodnie były długie do kostki – szorty były przywilejem bogaczy, którzy podczas roboty nie musieli zasłaniać wrażliwej skóry, bez względu na to czy chodziło o wyjście w pole, czy pływanie pośród wiórów. Druga para – cieplejsze, bardziej zwarte jeansy zostały w domu. Sam zdawał się być wypłowiały, zwłaszcza w cieple lipcowego słońca. Wraz z niebieską kratą zakrywającą jego plecy i ramiona, zupełnie nieświadomie przypominał w kolorach krogulczego samczyka, którego wysyłał od czasu do czasu ze swoją korespondencją. Kiełbasy z dzika czekały na swoją kolej tego wieczoru, obecnie bardzo intensywnie obwąchiwane przez psa.
– Hej, to na wieczór. Też dostaniesz Ponurak, nikt o Tobie nie zapomni.– podniósł się i pogładził go po głowie po raz z pewnością nie ostatni tego dnia, po czym przejął skrzynkę od Erika i ruszył za nim, nie pytając o nic. Lider znał przecież drogę.
– Nie narzekam. Latem zawsze jest dużo roboty, a poczta pantoflowa robi swoje. Stolarz z Doliny ma już swoje lata i dwie córki, a jego uczniowie pojechali do Londynu za lepszym życiem więc... Trafiłem chyba w dziurę na rynku. Lukę? – te słowa były nowe, podobnie jak zależności ekonomiczne, ale przebywając w kręgu rzemieślników miasteczka, przyjmował to słownictwo przez osmozę. – To zabawne, przez lata utrzymywaliśmy się ze sprzedaży darów Kniei, ale teraz widzę, że co drugi czarodziej, zwłaszcza tutaj, robi w surowcach do eliksirów. A strug dla wielu obcym narzędziem. Także tak... Czekam jeszcze na zbiory. Zapowiadają się bardziej niż obficie, na tyle na ile mogę Ci powiedzieć ze znaków na niebie i ziemi. Sady uginają się od młodych jabłek, nie mam pojęcia kto to przeje, ale może ktoś skusi się na produkcję dobrego, lokalnego cydru...– jak nie mógł znaleźć słow, tak teraz toczyły się swobodą górskiego strumienia.
– A Ty... czym właściwie zajmujesz się w Londynie? – zmarszczył nos, patrząc się cały czas przed siebie, nie mogąc sobie trochę wyobrazić swojego towarzysza w ramie znienawidzonego przez siebie miejsca.