23.02.2024, 12:36 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.03.2024, 14:52 przez Millie Moody.)
Czerń
To nie była złowieszcza czerń, lepka, zaborcza, niosąca ze sobą odór śmierci. Nie. Ta czerń to były oczy, które nic nie widzą. Uszy, które nic nie słyszą. Język i nos, które nie są w stanie wyłapać żadnego zapachu. Nic. Ciało? Czym było? Jak się je czuło? To nie był dryf przez kosmos. Świadomość – ostatni bastion istnienia otulony sensoryczną deprywacją – czuła brak czucia, brak sygnałów płynących z ciała. Brak ciała. Brak przeszłości i przyszłości. Tylko myśl i wiszące w przestrzeni pytania:
Tak, czy nie? Czego chcesz, mając nic?
Atawistyczna, zakotwiczona w Mildþryþ Moody wola przeżycia była tą iskrą, pachnącą ozonem i spaloną skórą, rozchodzącą się od lewego barku promieniście wzorem noszącym nazwisko niemieckiego fizyka, złodzieja niewysłowionego, elektrycznego piękna natury. Piorun drugi raz wraził się w jej ciało, tym razem fantomowym bólem, słodkim bólem przypominającym, że cierpienie jest esencją życia.
Szarość
Śmierć jest tylko przejściem. Zmianą, między jednym a drugim stanem. Limbo więc, domena śmierci, była w rozumieniu Mille szarym przystankiem, kolejową stacją pełną szarych, niezrozumiałych znaków, pięter i schodów, jednakowych peronów przy widocznym fragmentem torów, ginącym po obu stronach w mlecznej, nieprzebytej mgle. W niezrozumiałych okresach wagony ciągnięte przez bezkształtne czarne, przelewające się cielska o milionie rąk łapiących i przyciągających się bez wytchnienia po metalicznej drodze, przybywały i odchodziły w nieznane.
Ostatnia Stacja Rezygnacja
Umysł podsuwał wizję, którą niegdyś w bezsenną noc obracała w swojej głowie – wyobrażenie tego jak wygląda coś, czego żaden z żywych nie powinien podglądać. Istota będąca kiedyś siostrą, przyjaciółką, wrogiem, szukającym, palaczką, magiem, gliną... Istota nie miała rozeznania, czy to sen, czy rzeczywistość. Mimo panującej wszędzie ciszy, przetkanej tylko głuchym poszumem zimowego wiatru, otumaniona była ilością Innych, którzy niczym mrówki przemieszczali się ku swoim peronom, najwidoczniej o dziwo wiedząc dokąd, kiedy i po co. Zszarzałe dusze, na półcielesne, pozbawione twarzy i – co nagle stało się tak istotne – bagażu wymijały ją i parły przed siebie. Ona jednak chciała dostać bilet w bardzo konkretne miejsce. Chciała wrócić. Plecy nieprzerwanie paliły ją, pchały do działania. Nie była szara, nie była jak inni, nie bała się przemierzać tłum pod prąd. Bez względu na to kto usiądzie do stołu, z kim będzie musiała zagrać o swoje życie...
Kształtując, pragnąc, przemierzając ten pusty tłumem świat, nie postąpiła kroku, lecz momentalnie znalazła się przed matową bielą stołu. Jej milczący rozmówca, był odzianą w czarń osobą o białej skórze i błyszczących galaktyką oczach. Wpatrywała się w nią intensywnie, jakby w samym spojrzeniu zaszyła swoją ofertę. Nie wypowiedzieli ani słowa. Millie skinęła głową. Nie miała chwili na reakcję, wbita w siedzenie, kiedy rozległy, złowieszczy wiecznością uśmiech zniknął, a kredowe wargi dmuchnęły w nią kryształowym pyłem martwych gwiazd...
Biel
Oddech.
Chciała krzyczeć podczas tych ponownych narodzin, z ulgi, ze strachu i szczęścia, ale ciało, to prawdziwe ciało, jej codzienny garnitur życia, odmówiło. A więc tylko powieki, wytrzeszczone, zapatrzone w biel fałszywego nieboskłonu. Sufit – jakaś jej część, dziwnie spokojna, podsunęła życzliwie słowo. Nie mogła się poruszać, sparaliżowana. Nie mogła nawet zapłakać. Głosy wkoło zdawały się narastać, choć pozostawały niezrozumiałym, przytłumionym bełkotem. Sufit zaczął opadać, bez wątpienia perspektywa zmieniała się i jego płaszczyzna była coraz niżej. Ciało łaskawie nawet nie wpadło w panikę, w przeciwieństwie do istnienia znajdującego się w nim. Koniec czasów, to co odzyskane umrze. Tak to jest robić pakty z diabłem. Wewnętrzny krzyk umilkł w słodkiej nieświadomości na moment przed tym jak biel zetknęła się z miejscem, w którym powinien być jej nos.
Czas istniał, ale nie potrafiła oceniać jego przepływu. Kiedy się budziła, czuła, że czerń, w której się znajduje tu i teraz, nie jest wszechogarniającą pustką, a zwyczajną ciemnością... Czasem, gdy był dzień, mogła dostrzec czerwień światła przechodzącego przez cienką warstwę powiek. Czasem miała siłę, by te powieki otworzyć, by wstać, by spróbować dać znać tym, którzy bablali wkoło niej, żeby nie zakopywali ciała, że żyje, że kiedyś znajdzie sposób. Prędzej czy później jej rozpaczliwe próby przerywane były
...w dłoni trzymała nożyczki. Wiedziała, że dłoń pragnie zemścić się na oczach, które nie widziały dostatecznie dobrze. Cała energia nagle przeniosła się na tę dłoń, aby nie ruszyła z całą mocą ku twarzy. Lubię swoje oczy myślała rozpaczliwie, lecz mordercza ręka uznała, że skoro coś się lubi, to należy to zjeść...
To było męczące. W pewnej chwili, pomimo wielkiego pragnienia powrotu, pomimo wszystkich skarbów, siostrzeństwa, przyjaźni, zemsty, adrenaliny, sensualnych wrażeń, magii i dumy... Pomimo całego bagażu poprzedniego życia, zaczęła tracić nadzieję.
...znów biel tym razem to była Ściana. Zobaczyła jednak na jej środku Czerń. Tę Czerń. Im dłużej się w nią wpatrywała, tym bardziej rozlewała się, pochłaniając wszystko niczym czarna dziura. Musiała ostrzec kogoś, musiała uciec, musiała... lecz trwała w zamrożeniu, póki znów nie zgasła...
Przestała otwierać oczy. Wstawać. Szarpać się. Nigdy niczego się nie bała, ale teraz otaczające ją koszmary były wymyślną torturą zbyt skuteczną w tym dziwacznym lochu, w jej mięsnym, otoczonym białą skórą więzieniu. Bo kiedy czyniła nic, nie trzeba było walczyć. Spokój, równowaga wreszcie... Mogłaby wrócić do Szarości. Mogłaby przestać lękać się Czerni. Mogłaby przestać...
Słowo
– Pójdę za tobą; z piekła niebo zrobię, – Słowa, pierwsze słowa, które nie były jej własnymi, zacisnęły przestrzeń wątłej klatki piersiowej, wytrącając jej samobójczym myślom oręż z ręki. Pośród bieli pełnej mar i ułud, głos był tak rzeczywisty, że ćma jej życia mknęła do niego, choćby miał ją spalić całą w jednej chwili. – Choć ukochana dłoń zamknie mnie w grobie. – głos dokończył zdanie, a w niej pojawił się bunt. Podobnie jak piorun wcześniej, tak teraz rozchodziła się po jej ciele niezgoda, na to by odchodził, by ktokolwiek zamknął go w grobie, tak jak wcześniej nieudolnie próbowała walczyć samą siebie.
Czas nagle był bardziej rzeczywisty. Słowa tkane, znajomym głosem, zmęczonym, ale wciąż próbującym podbić znaczenie dziwacznych ażurowych tkanek opowieści pozbawionej kontekstu, przyniosły ze sobą też świadomość woni, prostej, na wskroś znanej, szarego mydła i zmęczenia całym dniem. Żadnej zieleni, kwiatów, czy kadzidlanych tonów domu. Dom... Pod powiekami zebrały się upragnione, niemożliwe do osiągnięcia wcześniej łzy. I choć tęsknota nie potrafiła znaleźć rozluźnienia w skamlącym spaźmie, to ta słonawa wilgoć była więcej warta, była jak zdrój ostatniej, lśniącej nadziei, która, wbrew jej oszalałym w zamknięciu przypuszczeniom, nie umarła.
–Wszystko będzie znowu, jak było... – Jej palce zadrżały, wargi rozchyliły się w drżeniu. Kropla uciekła, zdobiąc biały policzek niewidzialnym szlakiem poczucia winy i niemocy. Na poły nieświadomie, wzruszona pierś przyspieszyła swój oddech, miękkie mury kruszały, zwalczane nie rozumem, a sercem ukrytym w kościanym żebrowaniu.