Spojrzał na patronusa Brenny, który przekazał mu informację. Drgnął nieznacznie i popędził do domu Laurenta. Wyłamane drzwi sprawiły, że jego serce na chwile zamarło, ale nie było śladów walki. Może już się przeniósł, może był już bezpieczny? W pierwszym odruchu chciał zabezpieczyć zwierzęta, ale to nie miało teraz znaczenia. Jeśli Śmierciożercy tu wpadną to nic mu nie pomoże, nic nie pomoże magicznym stworzeniom, które tu chronili, więc aportował się do Strażnicy jak nakazała Brenna.
Gdy wypadł w gęstwiny omal nie wpadł na Erika, ale zaczął sobie torować drogę w stronę wieży. Nie pamiętał ile razy tu był, czy kiedykolwiek był, ale na pewno był… tak? Spojrzał na Longbottoma i leciał dalej. Szybko przemierzając metr za metrem, aby dowiedzieć się tego ile osób przeżyło, ile osób było bezpiecznych i czy jego rodzina też tam była. Miał nadzieję, że Brenna ostrzegła Edwarda. Może powinien… nie Strażnica.
– Wszyscy są bezpieczni – zapewnił głośno. Nie wiedział, czy mówił to do Erika, czy chciał pocieszyć siebie. Oglądał się za siebie i dookoła, aby upewnić się, że nikt nie przeniósł się z nimi, czy może jeszcze gdzieś w gęstwinach nie zabłąkał się ktoś z ich bliskich, kto potrzebował pomocy.
Nigdy nie czuł takiego strachu jak teraz. Nie sądził, że przegrają. Nie, nie przegrali. Walka się jeszcze nie skończyła. Muszą się zgrupować i pokonać Śmierciożerców oraz Voldemorta. Muszą związać siły, obmyślić plan i znaleźć odpowiednio bezpieczne miejsce dla osób, które nie walczą i miejsce, w którym stoczą walkę. Ministerstwo padło, ale nie oznaczało to końca. Mieli Zakon, był jebanym mnichem stworzonym do walki, tak? Spojrzał na Erika jeszcze raz upewniając się, że był cały. Jeszcze trochę i dotrą do wieży, jeszcze trochę i będą bezpieczni.