Moprheus nie oczekiwał pośpiechu w sprawie, co więcej, nie zależało mu na syrenie, jeśli tam była. Znaczenie dla niego miało bezpieczeństwo tego miejsca dla społeczności Doliny, aby kolejne pokolenia tworzyły swoje wspomnienia okraszone słodkimi pocałunkami beztroskiego lata i czasu, gdy każda godzina dnia była złotą, nie jedynie chwile poranka i zmierzchu.
— Wystarczająco, panie Samuelu. Jeśli dowiem się czegoś w Departamencie Tajemnic, co może pomóc w sprawie i będę mógł się tym podzielić, będzie pan pierwszym adresatem tej sprawy.
Tak bardzo przyjazny uśmiech Morpheusa i deklaracja musiały stanowić klin w paradygmat życia leśniczego. Prośba o pomoc oraz deklaracja odwzajemnienia, na ile okoliczności mu na to pozwolą. Życie w stadzie, gdzie wszystkie istnienia są powiązane ze sobą, trwają w zależnościach, pozwalających na kwitnącą egzystencję. Musiał to przecież obserwować w kniei, uczyć się o tym, jako samozwańczy opiekun tego miejsca. O tym, że wilki wyznaczają tempo marszu watahy według najstarszych osobników, młode są chronione przez wadery, a najsilniejsza para kroczy z tyłu, aby nikt nie został porzucony. Knieja mogła zostać zaatakowana, ale otworzyła mu nową ścieżkę, cierniste gałęzie pokazały starą furtkę do domostwa Longbottoma. Przecież Samuel mógł uwiesić się białych chmur i frunąć ponad lasy i domostwa, daleko z Doliny Godryka, ale pozostał.
Tego wszystkiego oczywiście nie wiedział sam wieszcz. Chociaż lubił udawać, że dzięki darowi prekognicji wie wszystko, brakowało mu wielu informacji, nawet o samym sobie.
— Powodzenia, panie Samuelu, proszę później dać znać, jakie są efekty pana pracy, z syreną. Jestem ciekaw, czy to rzeczywiście było to — powiedział na pożegnanie, wrócił do swoich butów i zniknął, trzymając je w dłoni, nawet ich nie zakładając na powrót na stopy. I tak wracał do domu, coś, czego Samuel McGonagall nie mógł powiedzieć od dłuższego czasu.