17.02.2024, 08:47 ✶
Na zawsze to bardzo długo, ale w takich chwilach na zawsze wydawało się czymś za krótkim, szczególnie biorąc pod uwagę częstotliwość ich spotkań, kiedy ich na zawsze mogło wiązać się z tym, że będzie wciąż zachowywał się jak ćma lecąca do lampy. Przesypiał dzień znudzony mnogością otaczających go bodźców, bo każdy dzień był taki sam, polegał na tym samym, ale w nocy - kiedy tylko słońce schowało się za horyzontem - najjaśniejszym światłem była ona. Jasne, że mógłby jej o tym wszystkim opowiedzieć. O tym i o tym, z jaką zachłannością wpatrywał się w nią tego dnia, kiedy rozmawiali na tarasie Warowni Longbottomów, jak silne wrażenie to na nim wywarło i był generalnie rzecz ujmując człowiekiem szczerym i prostolinijnym, pozbawionym znamion fałszu w tym co mówił. Problem pojawiał się przy doborze słów, w próbie podjęcia się opisania tego, co się w nim kotłowało od początku marca. Jak? On tego takimi pięknymi określeniami podsumować zwyczajnie nie potrafił. Okazywał bezpośrednie zainteresowanie, ale nie było w tym żadnych głębokich, a już w szczególności poetyckich wyjaśnień. Były żarty. Były spojrzenia pełne miłości. Nie było żadnych wierszy, chociaż ona pewnie zasługiwała na wiersze.
Uśmiechnął się nieco szerzej, chociaż ten uśmiech miał w sobie sporo melancholii.
Gdyby spróbował poszukać tych słów w wierszach, prawdopodobnie nigdy by ich nie odnalazł pośród tekstów pisanych przez poetów szalonych od miłości, całkowicie jej posłusznych. Jego zauroczenie było żywe, miało skrzydła i zbliżało się niebezpiecznie blisko płomieni, ale to nie było szaleństwo, bezgraniczne oddanie - on należał do grona ludzi twardo stąpających po ziemi. Ludzi, którzy nie tylko potrafili zawieść - oni wielokrotnie już zawiedli i wcale nie zamierzali się zmieniać.
Moody obejmował kobietę mocno, jakby bardzo zależało mu na szczelnym ochronieniu jej przed wszystkim, co miało tę chwilę zrujnować - przed zimnym, kwietniowym wiatrem tańczącym w jej włosach, ale też przed rozmową, którą prędzej czy później musieli odbyć, chociaż oboje zdawali się jej za wszelką cenę unikać.
- Pytasz mnie, czy chcę być twoim brudnym sekretem? - To miało zabrzmieć jak dowcip, ale nie zabrzmiało. - Ze mną, Eden jest tak, że - puścił ją jedną ręką, żeby odpiąć swoją kurtkę, chwycić ją za dłoń i przycisnąć ją na moment do swojego walącego jak dzwon serca - jeżeli chcesz dać sobie ze mną spokój, żeby nie cierpieć, kiedy zorientujesz się, że mnie zraniłaś, to jest już trochę za późno, bo zacząłem już myśleć o tobie w określony sposób, ale... - Cóż, kiedyś musiał wreszcie przełamać tę zmowę milczenia. - To nie jest tak, że zapomniałem o istnieniu twojego męża. - Co prawda spychał świadomość jego istnienia na dalszy plan, ale pamiętał o nim. Nie przeszkodziło mu to ani trochę w bezczelnym wręcz flircie z jego żoną. - Nie cenię się nisko, ale też nie wydaje mi się, abym był tak idealny, za jakiego mnie mają, za jakiego masz mnie ty. - Miał nieodparte wrażenie, że ta rozmowa stawiała go w pozycji jakiejś ofiary, ale on był dorosłym człowiekiem świadomym konsekwencji własnych decyzji. I był człowiekiem dobrym, ale nie idealnym i nie miłym. Myślał już wcześniej o tym jak ta sytuacja była dla niego wygodna... Po głębszym przemyśleniu nie podzielał już tej myśli z dawnym sobą i czuł do samego siebie lekką odrazę, ale wciąż - daleko mu było do kogoś zwodzonego za nos.
Publicznie udawać miłość do kogoś innego. Czy było to tylko małżeństwo na pokaz? Chciałby wierzyć, że to drugie, ale nawet teraz, kiedy znamiona klątwy przeżarły mu mózg, wciąż pamiętał kolor jej aury. Z niechęcią musiał przyznać, że bladożółty kolor okalający jej osobę dosyć bezpośrednio sugerował, że naukowiec pokroju Williama Lestrange był kimś, do kogo powinno przyciągać kogoś zainteresowanego mądralińską paplaniną charakterystyczną dla ludzi głęboko zaczytanych w opasłych tomiskach dywagujących o losach świata i budującego go materii.
- Przyznam się tym do własnej zarozumiałości, ale myśl, że ze mną nie musisz niczego udawać, napełnia mnie całkiem sporą dawką ekscytacji.
Uśmiechnął się nieco szerzej, chociaż ten uśmiech miał w sobie sporo melancholii.
Gdyby spróbował poszukać tych słów w wierszach, prawdopodobnie nigdy by ich nie odnalazł pośród tekstów pisanych przez poetów szalonych od miłości, całkowicie jej posłusznych. Jego zauroczenie było żywe, miało skrzydła i zbliżało się niebezpiecznie blisko płomieni, ale to nie było szaleństwo, bezgraniczne oddanie - on należał do grona ludzi twardo stąpających po ziemi. Ludzi, którzy nie tylko potrafili zawieść - oni wielokrotnie już zawiedli i wcale nie zamierzali się zmieniać.
Moody obejmował kobietę mocno, jakby bardzo zależało mu na szczelnym ochronieniu jej przed wszystkim, co miało tę chwilę zrujnować - przed zimnym, kwietniowym wiatrem tańczącym w jej włosach, ale też przed rozmową, którą prędzej czy później musieli odbyć, chociaż oboje zdawali się jej za wszelką cenę unikać.
- Pytasz mnie, czy chcę być twoim brudnym sekretem? - To miało zabrzmieć jak dowcip, ale nie zabrzmiało. - Ze mną, Eden jest tak, że - puścił ją jedną ręką, żeby odpiąć swoją kurtkę, chwycić ją za dłoń i przycisnąć ją na moment do swojego walącego jak dzwon serca - jeżeli chcesz dać sobie ze mną spokój, żeby nie cierpieć, kiedy zorientujesz się, że mnie zraniłaś, to jest już trochę za późno, bo zacząłem już myśleć o tobie w określony sposób, ale... - Cóż, kiedyś musiał wreszcie przełamać tę zmowę milczenia. - To nie jest tak, że zapomniałem o istnieniu twojego męża. - Co prawda spychał świadomość jego istnienia na dalszy plan, ale pamiętał o nim. Nie przeszkodziło mu to ani trochę w bezczelnym wręcz flircie z jego żoną. - Nie cenię się nisko, ale też nie wydaje mi się, abym był tak idealny, za jakiego mnie mają, za jakiego masz mnie ty. - Miał nieodparte wrażenie, że ta rozmowa stawiała go w pozycji jakiejś ofiary, ale on był dorosłym człowiekiem świadomym konsekwencji własnych decyzji. I był człowiekiem dobrym, ale nie idealnym i nie miłym. Myślał już wcześniej o tym jak ta sytuacja była dla niego wygodna... Po głębszym przemyśleniu nie podzielał już tej myśli z dawnym sobą i czuł do samego siebie lekką odrazę, ale wciąż - daleko mu było do kogoś zwodzonego za nos.
Publicznie udawać miłość do kogoś innego. Czy było to tylko małżeństwo na pokaz? Chciałby wierzyć, że to drugie, ale nawet teraz, kiedy znamiona klątwy przeżarły mu mózg, wciąż pamiętał kolor jej aury. Z niechęcią musiał przyznać, że bladożółty kolor okalający jej osobę dosyć bezpośrednio sugerował, że naukowiec pokroju Williama Lestrange był kimś, do kogo powinno przyciągać kogoś zainteresowanego mądralińską paplaniną charakterystyczną dla ludzi głęboko zaczytanych w opasłych tomiskach dywagujących o losach świata i budującego go materii.
- Przyznam się tym do własnej zarozumiałości, ale myśl, że ze mną nie musisz niczego udawać, napełnia mnie całkiem sporą dawką ekscytacji.
fear is the mind-killer.