16.02.2024, 06:50 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.02.2024, 06:51 przez Umbriel Degenhardt.)
Musiała wiedzieć co ją tutaj czekało, po tym jak jego twarz ozdobiła ministerialne listy gończe.
Oh nie, nie chodzi mi o to, że powinna czuć się tutaj niebezpiecznie - była idealnie bezpieczna, tak bezpieczna jak tylko mogła być, o ile się nie weźmie pod uwagę stałego na Ścieżkach ryzyka rychłego zawalenia się sklepienia. Degenhardt był szalony, ale nie dotykał zabawek swojego brata. Nikt mu też nigdy nie dał zlecenia na żadną czystokrwistą głowę z oczywistych względów, chociaż od dłuższego czasu podejrzewał, że Louvain prędzej czy później zacznie torować sobie drogę do prawicy Czarnego Pana poprzez ból i udrękę innych jego popleczników. Lorraine to jednak nie dotyczyło. Poza tym, chociaż nigdy do końca nie rozumiał fascynacji Otto w otaczaniu się tak dużą ilością ludzi, panna Malfoy stanowiła jakiś most porozumienia pomiędzy nimi - mógł się ślicznie uśmiechać i skrywać wiele tajemnic za kurtyną czarnych rzęs, natura nie poskąpiła mu też inteligencji, ale urodził się z wielkim grzechem, jakiego nie dało się zmyć żadną ilością mydła i wody święconej - urodził się mężczyzną i lubował się w kobietach, a wiły miały to do siebie, iż absolutnie każdy taki mężczyzna prędzej czy później zaczynał wierzyć w bajkę o tym, że żona mu wybaczy. Oczywiście - to była ich mysia magia - ale cóż mu było bliższe niż manipulacja ludzkim umysłem? Chyba tylko śmierć, ale jakby się uprzeć, temu też było Malfoyównie bardzo po drodze.
Życie w ciemnościach Ścieżek wydawało mu się teraz nieco puste. Nie mógł stąd wyjść, więc ściany będące niegdyś takimi ścianami jak wszędzie, teraz wydawały się być więzieniem. Na przeczekanie najgorszego okresu miał do wyboru albo to, albo siedzenie w jakiejś chacie na skraju absolutnie niczego i z dwojga złego wolał wdychać względnie niebezpieczne opary katakumb, niż wpatrywać się w jakąś łąkę i rozmyślać o nicości. No i co? Postawili mu tutaj ten fortepian, bo lubił grać na fortepianie. Przynieśli mu tutaj stos niesamowicie nudnych książek, ale ile można czytać? Ile można się upijać, ile razy dziennie można z nudów parzyć herbatę? Jego chory umysł zaczął tworzyć kolejne szaleńcze plany, jakie mógłby przedstawić rodzeństwu Lestrange, sporządził nawet kilkanaście stron obszernych notatek zamkniętych teraz w opasłym dzienniku, ale i to w pełni go nie zajmowało, bo nigdy nie był typem samotnika. Potrzebował towarzystwa, ale jego bliscy nie pojawiali się tu, wszak byli dla Biura Aurorów najłatwiejszym, najbardziej oczywistym tropem...
Powinien żałować? Zniszczenia swojego życia, zaprzepaszczenia tych wszystkich szans, jakie dał mu los?
Nie żałował ani chwili. Denerwowało go tylko to, że sufit był trochę krzywy i walczył ze sobą, aby co chwilę nie kurwić kiedy tylko sobie o tym przypomniał. Godzinę temu rzucił sam na siebie zaklęcie, które miało go uspokoić - uniemożliwić spoglądanie w tamtym kierunku, ale ono nigdy nie będzie trwałe - zaraz minie, a Lorraine być może przekona się, dlaczego czasami twój mąż niemogący wrócić do domu nie jest najgorszym, co cię spotkało, bo uwalniało cię to od ciężaru towarzyszenia mu w niedoli bycia tak znerwicowanym, porywczym i upartym, jakim to tylko Umbriel Degenhardt potrafił być. Wcale nie potrzebował wiele, aby pokazać, w jaki sposób wzbudzić lęk nawet bez naciskania kościstymi palcami klawiszy fortepianu.
Teraz jednak wydawał się być spokojny.
Jego spokój był tylko pozorny. To była maska, to było głębokie znudzenie odbijające się echem po jego ciele, tak jak huk obijał się o ściany jaskini i budynków. W środku Degenhardt wrzał, bo siedząc z Lorraine ramię w ramię mógł pierwszy raz od kilku dni zabawić się tą muzyką w sposób przez siebie lubiany - nie tylko ona spoglądała na instrument pożądliwie, on również to robił, ale nie z tęsknoty za tym dotykiem, a za innym. Dotykiem wspomnianym w tej narracji, lecz nie w artystycznym ujęciu. Dopiero teraz, kiedy podniósł pokrywę i zagrał pierwszą z nut, zaklęta melodia, jaką napisał Lavinii kilka lat temu, rozpoczęła swoją opowieść.
Opowieść zaczynająca się tak drobno, tak cicho i delikatnie, że ledwo ją czułaś, ale wiedziałaś, że tam jest. Otarcie dłoni o skórę - pozostał po niej ślad. Myśl, jakiej nie dawało się zmyć. Czy nadal wpatrywałaś się w fortepian, unosiłaś nad nim ręce? Nie, to otarcie powoli stawało się swędzeniem, tak intensywnym, jakbyś musiała wydrapać spod niej coś, co znajdowało się tuż pod powierzchnią, gdzieś w środku. Mrowienie w głowie, powoli rozprzestrzeniające się po umyśle, stające się bólem, a ledwie kilka sekund później, kiedy uległaś temu, jak otoczenie zaczynało zlewać się w sen, znów tam byłaś - z dłońmi przy dłoniach Umbriela. Obserwowałaś jak gra, ale to nie była tylko gra - to nie była tylko muzyka, to było odtworzenie wspomnienia o podszczypujących cię palcach, o zimnych dłoniach wjeżdżających pomiędzy twoje uda, kiedy jeszcze nie do końca rozgrzana, niegotowa speszona zacisnęłaś nogi. A on nawet na ciebie nie spojrzał. Był zbyt pochłonięty prowadzeniem cię do oddania się temu uczuciu, bo on nie spełniał marzeń, szczególne tych niewypowiedzianych, tylko narzucał innym własny kierunek.
Oh nie, nie chodzi mi o to, że powinna czuć się tutaj niebezpiecznie - była idealnie bezpieczna, tak bezpieczna jak tylko mogła być, o ile się nie weźmie pod uwagę stałego na Ścieżkach ryzyka rychłego zawalenia się sklepienia. Degenhardt był szalony, ale nie dotykał zabawek swojego brata. Nikt mu też nigdy nie dał zlecenia na żadną czystokrwistą głowę z oczywistych względów, chociaż od dłuższego czasu podejrzewał, że Louvain prędzej czy później zacznie torować sobie drogę do prawicy Czarnego Pana poprzez ból i udrękę innych jego popleczników. Lorraine to jednak nie dotyczyło. Poza tym, chociaż nigdy do końca nie rozumiał fascynacji Otto w otaczaniu się tak dużą ilością ludzi, panna Malfoy stanowiła jakiś most porozumienia pomiędzy nimi - mógł się ślicznie uśmiechać i skrywać wiele tajemnic za kurtyną czarnych rzęs, natura nie poskąpiła mu też inteligencji, ale urodził się z wielkim grzechem, jakiego nie dało się zmyć żadną ilością mydła i wody święconej - urodził się mężczyzną i lubował się w kobietach, a wiły miały to do siebie, iż absolutnie każdy taki mężczyzna prędzej czy później zaczynał wierzyć w bajkę o tym, że żona mu wybaczy. Oczywiście - to była ich mysia magia - ale cóż mu było bliższe niż manipulacja ludzkim umysłem? Chyba tylko śmierć, ale jakby się uprzeć, temu też było Malfoyównie bardzo po drodze.
Życie w ciemnościach Ścieżek wydawało mu się teraz nieco puste. Nie mógł stąd wyjść, więc ściany będące niegdyś takimi ścianami jak wszędzie, teraz wydawały się być więzieniem. Na przeczekanie najgorszego okresu miał do wyboru albo to, albo siedzenie w jakiejś chacie na skraju absolutnie niczego i z dwojga złego wolał wdychać względnie niebezpieczne opary katakumb, niż wpatrywać się w jakąś łąkę i rozmyślać o nicości. No i co? Postawili mu tutaj ten fortepian, bo lubił grać na fortepianie. Przynieśli mu tutaj stos niesamowicie nudnych książek, ale ile można czytać? Ile można się upijać, ile razy dziennie można z nudów parzyć herbatę? Jego chory umysł zaczął tworzyć kolejne szaleńcze plany, jakie mógłby przedstawić rodzeństwu Lestrange, sporządził nawet kilkanaście stron obszernych notatek zamkniętych teraz w opasłym dzienniku, ale i to w pełni go nie zajmowało, bo nigdy nie był typem samotnika. Potrzebował towarzystwa, ale jego bliscy nie pojawiali się tu, wszak byli dla Biura Aurorów najłatwiejszym, najbardziej oczywistym tropem...
Powinien żałować? Zniszczenia swojego życia, zaprzepaszczenia tych wszystkich szans, jakie dał mu los?
Nie żałował ani chwili. Denerwowało go tylko to, że sufit był trochę krzywy i walczył ze sobą, aby co chwilę nie kurwić kiedy tylko sobie o tym przypomniał. Godzinę temu rzucił sam na siebie zaklęcie, które miało go uspokoić - uniemożliwić spoglądanie w tamtym kierunku, ale ono nigdy nie będzie trwałe - zaraz minie, a Lorraine być może przekona się, dlaczego czasami twój mąż niemogący wrócić do domu nie jest najgorszym, co cię spotkało, bo uwalniało cię to od ciężaru towarzyszenia mu w niedoli bycia tak znerwicowanym, porywczym i upartym, jakim to tylko Umbriel Degenhardt potrafił być. Wcale nie potrzebował wiele, aby pokazać, w jaki sposób wzbudzić lęk nawet bez naciskania kościstymi palcami klawiszy fortepianu.
Teraz jednak wydawał się być spokojny.
Jego spokój był tylko pozorny. To była maska, to było głębokie znudzenie odbijające się echem po jego ciele, tak jak huk obijał się o ściany jaskini i budynków. W środku Degenhardt wrzał, bo siedząc z Lorraine ramię w ramię mógł pierwszy raz od kilku dni zabawić się tą muzyką w sposób przez siebie lubiany - nie tylko ona spoglądała na instrument pożądliwie, on również to robił, ale nie z tęsknoty za tym dotykiem, a za innym. Dotykiem wspomnianym w tej narracji, lecz nie w artystycznym ujęciu. Dopiero teraz, kiedy podniósł pokrywę i zagrał pierwszą z nut, zaklęta melodia, jaką napisał Lavinii kilka lat temu, rozpoczęła swoją opowieść.
Opowieść zaczynająca się tak drobno, tak cicho i delikatnie, że ledwo ją czułaś, ale wiedziałaś, że tam jest. Otarcie dłoni o skórę - pozostał po niej ślad. Myśl, jakiej nie dawało się zmyć. Czy nadal wpatrywałaś się w fortepian, unosiłaś nad nim ręce? Nie, to otarcie powoli stawało się swędzeniem, tak intensywnym, jakbyś musiała wydrapać spod niej coś, co znajdowało się tuż pod powierzchnią, gdzieś w środku. Mrowienie w głowie, powoli rozprzestrzeniające się po umyśle, stające się bólem, a ledwie kilka sekund później, kiedy uległaś temu, jak otoczenie zaczynało zlewać się w sen, znów tam byłaś - z dłońmi przy dłoniach Umbriela. Obserwowałaś jak gra, ale to nie była tylko gra - to nie była tylko muzyka, to było odtworzenie wspomnienia o podszczypujących cię palcach, o zimnych dłoniach wjeżdżających pomiędzy twoje uda, kiedy jeszcze nie do końca rozgrzana, niegotowa speszona zacisnęłaś nogi. A on nawet na ciebie nie spojrzał. Był zbyt pochłonięty prowadzeniem cię do oddania się temu uczuciu, bo on nie spełniał marzeń, szczególne tych niewypowiedzianych, tylko narzucał innym własny kierunek.
they should be
t e r r i f i e d
of me
t e r r i f i e d
of me