16.02.2024, 00:06 ✶
Podobno w żartach można powiedzieć wszystko, bo przecież tak łatwo to potem odwołać, nawet jeśli nie ze skruchą, to z kpiną, że adresat raczył wziąć to na poważnie. A jednak nie była w stanie mu obiecać wieczności, nawet z sarkazmem wszytym dyskretnie pod to wszystko, bo nie chciała po raz kolejny krzywoprzysięgać. Williamowi wszakże też obiecywała, że będą razem, póki śmierć ich nie rozłączy, w zdrowiu i w chorobie. Ba, nawet zrobiła to w o wiele bardziej uroczystym otoczeniu, na oczach świadków. I co z tego wyszło? Czy jej słowa w obliczu powrotu Alastora do jej życia miały teraz jakiekolwiek znaczenie? Czy niosły jakąkolwiek wagę? Przecież w ujęciu tego wszystkiego wychodziła co najwyżej na mitomankę, a nie kogoś, w czyje słowa powinno się pokładać wiarę.
- Na zawsze to bardzo długo - a tyle ze mną nie wytrzymasz, chciała dopowiedzieć, ale jakoś nie mogła tego powiedzieć na głos. Odebrałby to pewnie jako kontynuacje ichniejszej przepychanki, ale tak samo jak w jego niewinnym z pozorów zapytaniu dało się odnaleźć śladowe ilości smutku, tak w reakcji Eden dało się dostrzec wstyd. Nie chciała o tym mówić wprost, bo jeśli z kończeniem żartów miała problem, to nie ma mowy o szczerości, ale było jej zwyczajnie głupio, że nie może mu niczego obiecać. Mogła jedynie unikać zręcznie jednoznacznej odpowiedzi, co chyba wyniosła z tego przesiąkniętego polityką i uwielbieniem wobec statusu quo domu.
Zdawało się jednak, że Alastor pokładał w niej więcej wiary niż ona sama. Kochane, pomyślała, uśmiechając się przy tym przelotnie, jeśli nie zwyczajnie smutno. Dostrzegał w niej coś - niechybnie sam Alek był przekonany, że to coś więcej, ale ona nie była tego taka pewna. W obecnym stanie była święcie przekonana, że chłopak się zwyczajnie zawiedzie, gdy dojdzie do sedna. Rodziło to z kolei pytanie, czy lepiej było mu oszczędzić bólu i wprost pokazać rozrastające się zepsucie, czy chwilę jeszcze podtrzymać tę sielankę, by w końcu coś dobrego od tego pieprzonego życia dostać?
A może naiwnie liczyła, że jego obecność sprawi, że zakiełkuje w niej coś wartościowego?
- Z nas dwojga to nie ciebie posądzam o słabość - odparła zmęczonym tonem, wiedząc przecież doskonale, że Moody poniesie każdy krzyż, jaki zostanie wrzucony na jego plecy. Cały sęk w tym, że ona obarczała go tym balastem, bo sama nie zdołałaby go unieść; nie podniosłaby się pod ciężarem wstydu, wzroku ojca, który jeszcze nie tak dawno jej powiedział, że dobrze, że przynajmniej jedno dziecko mu się udało. Najpierw całe fiasko z rzekomą chorobą, a potem ze śmiercią żony Elliotta, następnie rozwód Eunice... Jak śmiałaby dołączyć do grona marnotrawnych dzieci? Zawsze przecież dążyła, aby być lepsza od nich wszystkich, by być oczkiem w głowie kogoś, kogo nawet byty niebieskie nie byłyby w stanie zadowolić, a teraz, gdy to osiągnęła, miałaby to ot tak zaprzepaścić? W imię czego? W imię uczuć?
Dosłownie usłyszała rozchodzący się w jej głowie pełen kpiny śmiech ojca, gdy zobrazowała sobie wyznanie mu tego. Poczuła, jak skręca jej żołądek i zgniata kości, czyniąc ją bardzo malutką.
Wtuliła się w Alastora, nurkując wręcz w jego objęciach. Chciała w nich się rozpłynąć, zniknąć raz i na zawsze. Nie było to ciągotą suicydalną, a raczej dziecinnym pragnieniem, by ta chwila mogła trwać wiecznie, bez konieczności zmierzenia się z nadciągającymi reperkusjami twarzą w twarz.
- I nie będziesz mieć nic przeciwko, że będę cię skrywać w tajemnicy przed wszystkimi? Zbywać przed rodziną twoje istnienie, jakbyś nie był nikim istotnym? Kłamać w żywe oczy, publicznie udawać miłość do innego? - Jakoś nie mogła uwierzyć, że właśnie to miał na myśli mówiąc, że nie będzie zmuszał jej do działania wbrew sobie. Przecież gdyby mówiła prawdę i była transparentna na temat zdrady, działałaby wbrew sobie, zrujnowałaby tę kruchą reputację, którą sobie zbudowała. Wolała się upewnić, bo jeżeli nie o tym myślał, chciała dać mu szansę sprostować, wycofać się z tego całego fiaska. Ale jeśli właśnie na to chciał przystać, stać się tylko kimś stojącym z boku, czekającym na jej łaskę bądź niełaskę, mogła pomyśleć tylko jedno: - Aż tak nisko siebie cenisz? -
Nie była pewna, czy chciała powiedzieć to na głos. Niemniej, zanim do niej dotarło, że słowa opuściły jej usta, było już za późno, by je cofnąć.
- Na zawsze to bardzo długo - a tyle ze mną nie wytrzymasz, chciała dopowiedzieć, ale jakoś nie mogła tego powiedzieć na głos. Odebrałby to pewnie jako kontynuacje ichniejszej przepychanki, ale tak samo jak w jego niewinnym z pozorów zapytaniu dało się odnaleźć śladowe ilości smutku, tak w reakcji Eden dało się dostrzec wstyd. Nie chciała o tym mówić wprost, bo jeśli z kończeniem żartów miała problem, to nie ma mowy o szczerości, ale było jej zwyczajnie głupio, że nie może mu niczego obiecać. Mogła jedynie unikać zręcznie jednoznacznej odpowiedzi, co chyba wyniosła z tego przesiąkniętego polityką i uwielbieniem wobec statusu quo domu.
Zdawało się jednak, że Alastor pokładał w niej więcej wiary niż ona sama. Kochane, pomyślała, uśmiechając się przy tym przelotnie, jeśli nie zwyczajnie smutno. Dostrzegał w niej coś - niechybnie sam Alek był przekonany, że to coś więcej, ale ona nie była tego taka pewna. W obecnym stanie była święcie przekonana, że chłopak się zwyczajnie zawiedzie, gdy dojdzie do sedna. Rodziło to z kolei pytanie, czy lepiej było mu oszczędzić bólu i wprost pokazać rozrastające się zepsucie, czy chwilę jeszcze podtrzymać tę sielankę, by w końcu coś dobrego od tego pieprzonego życia dostać?
A może naiwnie liczyła, że jego obecność sprawi, że zakiełkuje w niej coś wartościowego?
- Z nas dwojga to nie ciebie posądzam o słabość - odparła zmęczonym tonem, wiedząc przecież doskonale, że Moody poniesie każdy krzyż, jaki zostanie wrzucony na jego plecy. Cały sęk w tym, że ona obarczała go tym balastem, bo sama nie zdołałaby go unieść; nie podniosłaby się pod ciężarem wstydu, wzroku ojca, który jeszcze nie tak dawno jej powiedział, że dobrze, że przynajmniej jedno dziecko mu się udało. Najpierw całe fiasko z rzekomą chorobą, a potem ze śmiercią żony Elliotta, następnie rozwód Eunice... Jak śmiałaby dołączyć do grona marnotrawnych dzieci? Zawsze przecież dążyła, aby być lepsza od nich wszystkich, by być oczkiem w głowie kogoś, kogo nawet byty niebieskie nie byłyby w stanie zadowolić, a teraz, gdy to osiągnęła, miałaby to ot tak zaprzepaścić? W imię czego? W imię uczuć?
Dosłownie usłyszała rozchodzący się w jej głowie pełen kpiny śmiech ojca, gdy zobrazowała sobie wyznanie mu tego. Poczuła, jak skręca jej żołądek i zgniata kości, czyniąc ją bardzo malutką.
Wtuliła się w Alastora, nurkując wręcz w jego objęciach. Chciała w nich się rozpłynąć, zniknąć raz i na zawsze. Nie było to ciągotą suicydalną, a raczej dziecinnym pragnieniem, by ta chwila mogła trwać wiecznie, bez konieczności zmierzenia się z nadciągającymi reperkusjami twarzą w twarz.
- I nie będziesz mieć nic przeciwko, że będę cię skrywać w tajemnicy przed wszystkimi? Zbywać przed rodziną twoje istnienie, jakbyś nie był nikim istotnym? Kłamać w żywe oczy, publicznie udawać miłość do innego? - Jakoś nie mogła uwierzyć, że właśnie to miał na myśli mówiąc, że nie będzie zmuszał jej do działania wbrew sobie. Przecież gdyby mówiła prawdę i była transparentna na temat zdrady, działałaby wbrew sobie, zrujnowałaby tę kruchą reputację, którą sobie zbudowała. Wolała się upewnić, bo jeżeli nie o tym myślał, chciała dać mu szansę sprostować, wycofać się z tego całego fiaska. Ale jeśli właśnie na to chciał przystać, stać się tylko kimś stojącym z boku, czekającym na jej łaskę bądź niełaskę, mogła pomyśleć tylko jedno: - Aż tak nisko siebie cenisz? -
Nie była pewna, czy chciała powiedzieć to na głos. Niemniej, zanim do niej dotarło, że słowa opuściły jej usta, było już za późno, by je cofnąć.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~