Najwidoczniej ich trzeci kompan nie miał problemu z podaniem sobie brudnych dłoni. Widząc jego dłoń, Hjalmar, nie optował i zrobił po prostu to samo. W życiu nie traktowałby brudnej dłoni jako wymówkę przed porządnym przywitaniem się z kimś. Koniec końców został wychowany na dobrego i prawego człowieka.
Ściskając dłoń Esme, uśmiechnął się szczerze. Nie był to zbyt silny uścisk, nie taki jakim obdarzyłby młot kowalski, a raczej zwykły, którym witało się z kimkolwiek - Nie trzeba być przecież uczonym, aby wiedzieć, że zwykłe podanie dłoni starczy - zapewnił go, przenosząc swój wzrok w kierunku ojca, jakby chciał go trochę nakłonić czy przekonać do wymiany gestów grzecznościowych z Rowlem. W końcu cała trójka trudziła się jakimś rzemiosłem, więc de facto był jak jeden z nich. Na pewno musiał być wirtuozem w swojej sztuce.
Tak długo jak mogli stać czy egzystować, nie byli w największej potrzebie. Były osoby, które bardziej wymagały uwagi czy ich wsparcia. Starucha zresztą też nie przejawiała wrogich intencji ku ich grupie. Można by rzecz, że po części z nimi współpracowała? Chciała to zrobić? Nie rzucała im kłód pod nogi? Ciężko było stwierdzić, które z tych stwierdzeń było prawdą... albo czy w ogóle któreś z nich miało prawo bytu. Może w jej głowie siedziało co innego? Hjalmar tego nie wykluczał, ale też nie odważył się jej spojrzeć w oczy na dłużej. Zupełnie jakby się czegoś obawiał, chociaż nie był pewien czego.
Młodszy z Nordgersimów pokiwał głową na zgodę z nowym kolegom. Oni we dwójkę na pewno grali do jednej bramki. Dagur swoje już przeżył i wychował czwórkę dzieci, więc mógł chcieć po prostu odpocząć i nie wtrącać się w nie swoje sprawy. Rozumiał to jako jego syn. Nie miał mu też tego za złe, choć jego wielkie rozmiary byłyby pomocne w zatrzymaniu arcykapłanki czy skłonienia jej do pójścia po rozum do głowy.
Ich "przewodniczka" zawsze miała jakąś sztuczkę w zanadrzu. Zawsze miała coś, czym byłaby w stanie ich zszokować. Tym razem był to proszek, co będzie kolejne? Wyglądało to jakby się bardzo dobrze bawiła albo chciała dać im nauczkę życia.
W tym co zrobiła, było coś niepokojąco fascynującego. Z jednej strony była to wspaniała sprawa, pewnie jakaś iluzja. Z drugiej zaś, straszne było to z jaką łatwością jej to wszystko wychodziło. Hjalmar czuł do niej respekt.
- Dobrze... - rozejrzał się po swoich kompanach - Runy? Hmm... - przejechał kilkukrotnie po swojej brodzie w zastanowieniu. Mamy wykuć runy? Zbudować nowy ołtarz? zastanawiał się w głębi duszy, próbując połączyć jakoś wszystkie kropki. To nie była przecież robota na chwilę, moment. Na pewno proces kucia run nie trwał tyle. A już na pewno nie takich, które miały przetrwać długie i ciężkie lata. Do tego była potrzebna odpowiednia ilość czasu.
- Jakieś pomysły panowie? - zapytał, robiąc krok w kierunku ognia. Islandczyk chciał się dobrze przyjrzeć temu co chciała im zobrazować - Ojcze? Esme? - dodał, chcąc niejako ich wywołać do odpowiedzi - Czy jak... pomożemy Ci z ołtarzem to nas puścisz? - skierował swoje słowa do Staruchy, aby ustalić na czym stoją.