14.02.2024, 21:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.02.2024, 21:52 przez The Lightbringer.)
Czego ode mnie chcesz?
Przymknął oczy, by nie patrzeć jak kobieta odchodzi, nieubłagalnie wysuwając się z jego ramion. Nie potrafił odpowiedzieć na jej pytanie. Taka sama pustka, jaką Diana zostawiła po sobie w jego nadnaturalnie ciepłych, zastygłych w zakazanej tęsknocie dłoniach, zagościła także i w myślach Jima, kiedy ten oparł się cały swym ciężarem o liche drzwi, próbując uspokoić serce trzepoczące jak skrzydła synogarlicy.
Daleko mu było jednak do śnieżnobiałej niewinności jej piór.
Odwrócił się plecami do Diany, markując zainteresowanie radiem stojącym w przeciwległym kącie pokoju. Pokręcił trochę przyciskami na mugolskim ustrojstwie. Trzaski. Szum. I jeszcze więcej trzasków. Wiadomości z ostatniej chwili, helikopter straży pożarnej wylądował na lokalnym cmentarzu, gdzie nieznani sprawcy wywołali serię pożarów... Uderzył z lekka pięścią w odbiornik, zirytowany tym, co usłyszał. Dobrze wiedział, że kolejny raz nieumyślnie wciągnął kobietę w tarapaty, i szczerze żałował, dławiony poczuciem bezsilności.
Zwrócił głowę z powrotem w jej stronę, ledwie wstała do zakurzonego barku; szczęka mimowolnie zadrgała mu, bo silniej zacisnął zęby, kiedy otulił go miękki niczym anielski puch głos Diany. Biła od niej czułość, kiedy powoli sunęła w jego stronę, z łagodnością kobiecości równie przepastną co serce Maryi - zbliżyła się do niego, z kołyszącymi biodrami, i kieliszkiem wina, z nagła bardziej niż świętą pannę przypominając roztańczoną Salome, z misą wypełnioną krwią Jana Chrzciciela. Jim nie potrafił pojąć dualistycznej natury kobiety, ale modlił się o pokój dla jej duszy, nie potrafiąc jednak przyznać sam przed sobą, że właśnie to go w niej najbardziej fascynuje.
Chcesz mnie ocalić, prawda?, spytała, a on mógł tylko skinąć głową, zbyt poruszony, by dobyć z siebie głos.
Chcę cię widzieć w słońcu, Diano nie zaś w mrokach nocy; chcę patrzeć, jak twoje spojrzenie krystalizuje się zrozumieniem w zetknięciu z moim, i... Może jednak chcę żebyś mnie dotykała, i... Chcę, żebyś ocaliła i mnie - od samego siebie - bo wydaje mi się, że tracę rozum.
Uderz mnie.
Oblizał spierzchnięte wargi.
- To nie działa - poinformował ją niespodziewanie Jim, jego głos tchnący znajomym żarem, choć teraz pobrzmiewało w nim coś głębszego niż zwyczajowy religijny ferwor: pełna gorącej pretensji żałość gościła w jego słowach, trudna do zidentyfikowania gorycz, zadawniona złość... - Próbowałem. - Jim nie był zdolny do chłodu, ale to jedno słowo przebrzmiało nienaturalnym zimnem. Ból nie uszlachetniał, choć Jim bardzo chciał, by tak było; uparcie oszukiwał się, że umartwiając swoje ciało postem i pokutą, dostąpi bożej przychylności; że stanie się bliższy świętości, że znajdzie w ten sposób siłę by powściągnąć swe grzeszne instynkty. Ale ból był po prostu bólem. A cud nie nadchodził.
Niewiele myśląc, zdjął marynarkę, i rzucił ją gniewnie na pobliski fotel. Zaczął gwałtownie podwijać rękawy eleganckiej koszuli, wyrzucając przy okazji trochę iskier z mankietów. Odsłonił nagą skórę; obnażył przed nią przedramiona. Pokazał Dianie ślady po nieudanych stygmatach, które próbowali sobie zrobić wspólnie z Flynnem; odciski na dłoniach, wyrobione latami ćwiczeń fizycznych i sztuczek akrobatycznych, i wreszcie, blizny po oparzeniach, jedna przechodząca na drugą, zlewające się ze sobą w podpalaną językami ognia mozaikę.
- Musi być sposób, w którym... robię to - nie sprawiając ci bólu. Ból... To nie działa - powtórzył, cicho, ale dobitnie. Co jeszcze chciała zobaczyć? Przekonać go, by sam powiedział, że cudów nie ma?
Zawstydził się, kiedy zrozumiał, że patrzy na nią z wyzwaniem i przestrachem w oczach jednocześnie. Już chciał rozpinać koszulę - odsłonić przed nią swój tors, poznaczony świeżymi ranami po rzemieniach bicza i opleciony siatką blizn po oparzeniach niczym cilicium o wyjątkowo wymyślnym splocie - całe ciało Jima było pokryte śladami gwałtownej namiętności żywiołu, tak, jakby był pocałowany przez ogień: ten sam, który przecież ukochał sobie jego głos, i chętnie słuchał jego podszeptów i zaproszeń do igraszek na cyrkowej scenie, z równą ochotą karał go, gdy zbyt śmiało wyciągał w jego stronę dłonie. Czy Diana prosiła, by był jej ogniem? Błogosławieństwem i klątwą jednocześnie? Jego już wzburzony oddech przyspieszył na tę straszliwą myśl.
Szarpnął za ubranie z tą samą popędliwością, z jaką zawsze wyrywał się w stronę Diany. Czy nie do tego sprowadzało się doświadczenie człowieczeństwa - czy to nie był ten jeden język, który rozumieli wszyscy, wbrew temu, co głosiła opowieść o wieży Babel? - nie sam ból, nie cierpienie, ale czułe pokaż mi, gdzie cię boli, i wreszcie: naprawię to, uleczę cię, OCALĘ CIĘ... Czy sam nie marzył teraz, by Diana otworzyła się przed nim, zamiast prosić go o to, by zadał jej taki sam ból, co dławiące jej pokaleczoną duszę demony?
Czyż nie marzył, żeby jednak go dotknęła?
Czy nie tego właśnie chciał? Może właśnie do tego bał się przyznać. Ale czy nie po to Jezus odsłonił kiedyś swe rany przed świętym Tomaszem - jakże niesprawiedliwym było nazywać go niewiernym, kiedy to on jedyny miał odwagę poprosić o to, o czym marzyli wszyscy apostołowie - czy nie dlatego sam Bóg pozwolił mu włożyć palec w swoją pierś przebitą włócznią, bo pragnął - tak jak wszyscy na tym ziemskim padole - by ktoś poświadczył o jego bólu, by powiedział współczującym tonem: "to musiało boleć", by współdzielił z nim ciężar traumy z minionego cierpienia?
Już chciał rozpinać koszulę, ale oddech zamarł mu w piersi, kiedy palce, mocujące się na ślepo z guzikami, napotkały zawieszony na szyi drewniany krzyżyk.
Jim spuścił oczy.
Zawahał się. Palce zastygły nagle w bezruchu, niezdecydowane, co dalej.
- Dlaczego zawsze prosisz, bym cię krzywdził? - spytał nagle, podnosząc lękliwie oczy: powoli, z nabożnym wręcz skupieniem. Mylił się: Diana nie prosiła. Diana żądała. Chłonął jej twarz, spojrzeniem chciwym i przepełnionym zachwytem zarazem.
Jak ktoś mógłby chcieć zniszczyć coś tak pięknego?
Nie potrafił pojąć, jak można chcieć krzywdzić coś, co w jego oczach nosiło znamiona boskości.
Przymknął oczy, by nie patrzeć jak kobieta odchodzi, nieubłagalnie wysuwając się z jego ramion. Nie potrafił odpowiedzieć na jej pytanie. Taka sama pustka, jaką Diana zostawiła po sobie w jego nadnaturalnie ciepłych, zastygłych w zakazanej tęsknocie dłoniach, zagościła także i w myślach Jima, kiedy ten oparł się cały swym ciężarem o liche drzwi, próbując uspokoić serce trzepoczące jak skrzydła synogarlicy.
Daleko mu było jednak do śnieżnobiałej niewinności jej piór.
Odwrócił się plecami do Diany, markując zainteresowanie radiem stojącym w przeciwległym kącie pokoju. Pokręcił trochę przyciskami na mugolskim ustrojstwie. Trzaski. Szum. I jeszcze więcej trzasków. Wiadomości z ostatniej chwili, helikopter straży pożarnej wylądował na lokalnym cmentarzu, gdzie nieznani sprawcy wywołali serię pożarów... Uderzył z lekka pięścią w odbiornik, zirytowany tym, co usłyszał. Dobrze wiedział, że kolejny raz nieumyślnie wciągnął kobietę w tarapaty, i szczerze żałował, dławiony poczuciem bezsilności.
Zwrócił głowę z powrotem w jej stronę, ledwie wstała do zakurzonego barku; szczęka mimowolnie zadrgała mu, bo silniej zacisnął zęby, kiedy otulił go miękki niczym anielski puch głos Diany. Biła od niej czułość, kiedy powoli sunęła w jego stronę, z łagodnością kobiecości równie przepastną co serce Maryi - zbliżyła się do niego, z kołyszącymi biodrami, i kieliszkiem wina, z nagła bardziej niż świętą pannę przypominając roztańczoną Salome, z misą wypełnioną krwią Jana Chrzciciela. Jim nie potrafił pojąć dualistycznej natury kobiety, ale modlił się o pokój dla jej duszy, nie potrafiąc jednak przyznać sam przed sobą, że właśnie to go w niej najbardziej fascynuje.
Chcesz mnie ocalić, prawda?, spytała, a on mógł tylko skinąć głową, zbyt poruszony, by dobyć z siebie głos.
Chcę cię widzieć w słońcu, Diano nie zaś w mrokach nocy; chcę patrzeć, jak twoje spojrzenie krystalizuje się zrozumieniem w zetknięciu z moim, i... Może jednak chcę żebyś mnie dotykała, i... Chcę, żebyś ocaliła i mnie - od samego siebie - bo wydaje mi się, że tracę rozum.
Uderz mnie.
Oblizał spierzchnięte wargi.
- To nie działa - poinformował ją niespodziewanie Jim, jego głos tchnący znajomym żarem, choć teraz pobrzmiewało w nim coś głębszego niż zwyczajowy religijny ferwor: pełna gorącej pretensji żałość gościła w jego słowach, trudna do zidentyfikowania gorycz, zadawniona złość... - Próbowałem. - Jim nie był zdolny do chłodu, ale to jedno słowo przebrzmiało nienaturalnym zimnem. Ból nie uszlachetniał, choć Jim bardzo chciał, by tak było; uparcie oszukiwał się, że umartwiając swoje ciało postem i pokutą, dostąpi bożej przychylności; że stanie się bliższy świętości, że znajdzie w ten sposób siłę by powściągnąć swe grzeszne instynkty. Ale ból był po prostu bólem. A cud nie nadchodził.
Niewiele myśląc, zdjął marynarkę, i rzucił ją gniewnie na pobliski fotel. Zaczął gwałtownie podwijać rękawy eleganckiej koszuli, wyrzucając przy okazji trochę iskier z mankietów. Odsłonił nagą skórę; obnażył przed nią przedramiona. Pokazał Dianie ślady po nieudanych stygmatach, które próbowali sobie zrobić wspólnie z Flynnem; odciski na dłoniach, wyrobione latami ćwiczeń fizycznych i sztuczek akrobatycznych, i wreszcie, blizny po oparzeniach, jedna przechodząca na drugą, zlewające się ze sobą w podpalaną językami ognia mozaikę.
- Musi być sposób, w którym... robię to - nie sprawiając ci bólu. Ból... To nie działa - powtórzył, cicho, ale dobitnie. Co jeszcze chciała zobaczyć? Przekonać go, by sam powiedział, że cudów nie ma?
Zawstydził się, kiedy zrozumiał, że patrzy na nią z wyzwaniem i przestrachem w oczach jednocześnie. Już chciał rozpinać koszulę - odsłonić przed nią swój tors, poznaczony świeżymi ranami po rzemieniach bicza i opleciony siatką blizn po oparzeniach niczym cilicium o wyjątkowo wymyślnym splocie - całe ciało Jima było pokryte śladami gwałtownej namiętności żywiołu, tak, jakby był pocałowany przez ogień: ten sam, który przecież ukochał sobie jego głos, i chętnie słuchał jego podszeptów i zaproszeń do igraszek na cyrkowej scenie, z równą ochotą karał go, gdy zbyt śmiało wyciągał w jego stronę dłonie. Czy Diana prosiła, by był jej ogniem? Błogosławieństwem i klątwą jednocześnie? Jego już wzburzony oddech przyspieszył na tę straszliwą myśl.
Szarpnął za ubranie z tą samą popędliwością, z jaką zawsze wyrywał się w stronę Diany. Czy nie do tego sprowadzało się doświadczenie człowieczeństwa - czy to nie był ten jeden język, który rozumieli wszyscy, wbrew temu, co głosiła opowieść o wieży Babel? - nie sam ból, nie cierpienie, ale czułe pokaż mi, gdzie cię boli, i wreszcie: naprawię to, uleczę cię, OCALĘ CIĘ... Czy sam nie marzył teraz, by Diana otworzyła się przed nim, zamiast prosić go o to, by zadał jej taki sam ból, co dławiące jej pokaleczoną duszę demony?
Czyż nie marzył, żeby jednak go dotknęła?
Czy nie tego właśnie chciał? Może właśnie do tego bał się przyznać. Ale czy nie po to Jezus odsłonił kiedyś swe rany przed świętym Tomaszem - jakże niesprawiedliwym było nazywać go niewiernym, kiedy to on jedyny miał odwagę poprosić o to, o czym marzyli wszyscy apostołowie - czy nie dlatego sam Bóg pozwolił mu włożyć palec w swoją pierś przebitą włócznią, bo pragnął - tak jak wszyscy na tym ziemskim padole - by ktoś poświadczył o jego bólu, by powiedział współczującym tonem: "to musiało boleć", by współdzielił z nim ciężar traumy z minionego cierpienia?
Już chciał rozpinać koszulę, ale oddech zamarł mu w piersi, kiedy palce, mocujące się na ślepo z guzikami, napotkały zawieszony na szyi drewniany krzyżyk.
Jim spuścił oczy.
Zawahał się. Palce zastygły nagle w bezruchu, niezdecydowane, co dalej.
- Dlaczego zawsze prosisz, bym cię krzywdził? - spytał nagle, podnosząc lękliwie oczy: powoli, z nabożnym wręcz skupieniem. Mylił się: Diana nie prosiła. Diana żądała. Chłonął jej twarz, spojrzeniem chciwym i przepełnionym zachwytem zarazem.
Jak ktoś mógłby chcieć zniszczyć coś tak pięknego?
Nie potrafił pojąć, jak można chcieć krzywdzić coś, co w jego oczach nosiło znamiona boskości.
gniew mój wybuchnie
jak ogień będzie płonął
i nikt nie zdoła go zgasić
jak ogień będzie płonął
i nikt nie zdoła go zgasić
Przepraszam![[Obrazek: c28002fc822fd4820f4d36091207a17d38f56f27.jpg]](https://64.media.tumblr.com/b2f6172a68c4e5d31a3040e43a19a054/2a9e8ae2585b7731-e8/s1280x1920/c28002fc822fd4820f4d36091207a17d38f56f27.jpg)