Sprawa nie była prosta. W dodatku wpływała na ich możliwości. Poczynione wcześniej plany musieli na nowo przeanalizować, podjąć związane z nimi decyzje. Na jak duże ryzyko mogli sobie pozwolić? Jak daleko chcieli w to wszystko brnąć? Robert miał wątpliwości. Odczuwał też pewne obawy. Były one całkiem spore.
Nie poczęstował się zaoferowanym przez brata papierosem. Nie sięgnął również po cygaro. Zamiast tego skupił się w pełni na tym, co było w tym momencie najbardziej istotne. Wysłuchał słów Richarda. Starał się na spokojnie rozważyć obydwie opcje. Możliwości było tak mało.
Czy istniała jakaś trzecia droga?
- Jeśli zaliczysz choćby drobne potknięcie, możesz pociągnąć za sobą nas wszystkich. – zauważył. Może przemawiała przez niego jakaś paranoja, a może wręcz przeciwnie? Może spoglądał na to trzeźwo? Widział sprawy takimi, jakimi rzeczywiście były? – Nie jestem pewien czy powinniśmy aż tak mocno ryzykować.
Dlaczego, a Merlina, nie sięgnął po tego cholernego papierosa? Albo nie zapalił cygara?
Ciężko było mu w tym wszystkim lawirować. Poruszać się. Rozważać wszelkie za i przeciw, kiedy brakowało mu najbardziej podstawowych danych. Niezbędnych do tego informacji. Ale może właśnie na tym powinni się skupić? Zanim Richard złoży papiery, przeprowadzą jakiś zwiad? Zasięgną języka? Zorientują się w jaki sposób wyglądała sytuacja. Oczywiście sprawa Harper nie powinna była czekać nazbyt długo, zaliczała się do tych palących, ale nie bez powodu mówiło się o tym, że gdy się człowiek śpieszy…
Czasami należało zwolnić. Postawić na dokładność. Precyzje.
Być odpowiednio ostrożniejszym.
- Rookwood… na ten moment nie wydaje mi się, żeby miał być dla nas odpowiednią opcją. – nie wahał się. Zdążył już pewne kwestie przemyśleć. Poukładać elementy układanki. Dla niego Chester był skreślony. Czy definitywnie? Okaże się pewnie za jakiś czas. Na ten moment nie miało znaczenia to, od jak dawna się znali. Jak blisko były ze sobą związane ich rodziny. – Chester jest dość wysoko postawiony, w zasadzie… przed wydarzeniami z maja, blisko ze sobą współpracowaliśmy. Niestety, po ostatnim naszym spotkaniu, mam wątpliwości czy jest do tego wszystkiego… odpowiednią osobą. Wydaje mi się, że za bardzo urósł. Postawił siebie ponad organizacją. Może na równi z samym Mistrzem? – nie był pewien. Po prostu dzielił się swoimi spostrzeżeniami. Tym, co mu się wydawało na ten moment. Mógł się mylić, ale… cóż, nie zmieniało to tego, że Rookwood obecnie nie znajdywał się na szczycie listy jego ulubieńców. – Groził mi i próbował wymusić podjęcie się jednego z najbardziej idiotycznych działań. Oczekiwał, że pozbędę się Henrietty.
Nie miał oporów, żeby dzielić się tym wszystkim z bratem. Richard wiedział już wystarczająco dużo. Poza tym ufał mu. Brat był człowiekiem, za którym Robert najpewniej wskoczyłby nawet w ogień. Z jego strony, zakładał, liczyć mógł na to samo.
- Nie wydaje mi się więc, że zwracanie się o pomoc do niego to dobry pomysł. Trzeba rozważyć inne możliwości. Dostępne opcje. – zakończył.
Tylko jak wiele tych opcji mieli. Iloma możliwościami rzeczywiście dysponowali? Tutaj sprawy zdawały się komplikować. Trzeba było się nad tym pochylić. Zastanowić. Może warto byłoby wesprzeć się Stanleyem? Był tam. Pracował w Ministerstwie Magii. Zapewne więc byłby w stanie skierować Roberta i Richarda pod właściwe drzwi. Mógłby pomóc im nawiązać odpowiednie znajomości.
Na razie jednak tą koncepcją się nie podzielił. Była zbyt świeża.