13.02.2024, 22:00 ✶
Oh bugger... – pomyślał w swym ojczystym języku, gdy o jego wrażliwy nos rozkwasił się notatnik.
Dopiero wtedy do jego niedźwiedziego móżdżku (a zważmy, że w opcjach był również ptasi, jeszcze mniejszy) dotarło, że ów człowiek mógł uciekać i ukrywać się przed nim.
Sama zmroziło i momentalnie się przemienił na powrót. Mógł to zrobić minutę temu. Dwie. Właściwie jak tylko zobaczył nieznajomego, ale tak bardzo, och tak bardzo cudownie było mu z wielkimi, przysadzistymi łapami, z pazurami rozrywającymi poszycie, z cielskiem satysfakcjonująco ciężkim i słodko poddającym się grawitacji.
Teraz jednak jako człowiek, mężczyzna w kwiecie wieku, z gałązkami i kwiatkami wplątanymi w zbyt bujne włosy koloru złocisto-białej pszenicy, patrzył nieco tępo na otworzony notatnik zbierając rozpaczliwie myśli, w gąszczu duszącego poczucia winy.
Jeśli czytasz ten list, stałem się posiłkiem dla wielkiego niedźwiedzia.
Oh nie...
Pochylił się i podniósł zapiski drżącą ręką. Choć tam leżał być może martwy mężczyzna, on nie mógł oderwać oczu od listu, który nie był adresowany do niego.
Wiedz, że jesteś miłością mojego życia i przepraszam, że nigdy nie dałem Ci tego odczuć
Coś zacisnęło się jeszcze mocniej na żołądku, a Samuel poczuł się chory. Kwas podszedł mu do gardła, a zmartwione oczy przeniósł na leżącego biedaka, dla którego najwidoczniej pan Ollivander (TEN Ollivander?! W tym momencie Samuel absolutnie nie był pewien) był miłością być może nigdy nieodwzajemnioną. Niewypowiedzianą. Zmarnowaną.
To trwało chwilę, to trwało wieczność.
Zamknął z trzaskiem notes i podbiegł do niego, upadając obok bezładnego ciała na kolana, orając płóciennymi spodniami po leśnym poszyciu.
Nie był lekarzem, ale (szczęście w nieszczęściu) znał się na życiu i zwierzętach. Wiedział, jak sprawdzić puls, odbierał kozi poród, z ulgą odetchnął, gdy dostrzegł, że nieznajomy oddycha, mimomimo że jego skóra była bladozielona. Nadzieja rozsadziła mu klatkę piersiową podwójnie, ale ale... nie mogli tu zostać. Każdy mroźny podmuch z Kniei mroził mu krew w żyłach. Nie czekając dłużej, wsadził znaleziony notes za pas, wziął na ręce nieprzytomnego i poszedł z nim w kierunku wrzosowisk, na bezpieczny teren...
Dopiero tam, gdy znalazł odpowiednio miękko wyglądające, nienaruszone wczesniej kwiaty, położył go, jak na katafalku i ukląkł przy nim ponownie, pochylając głowę niczym do modlitwy. Skupił się i spróbował przyzwać swój bukłak z wodą pozostawiony wraz z podręczną torbą. To powinno pomóc.
Dopiero wtedy do jego niedźwiedziego móżdżku (a zważmy, że w opcjach był również ptasi, jeszcze mniejszy) dotarło, że ów człowiek mógł uciekać i ukrywać się przed nim.
Sama zmroziło i momentalnie się przemienił na powrót. Mógł to zrobić minutę temu. Dwie. Właściwie jak tylko zobaczył nieznajomego, ale tak bardzo, och tak bardzo cudownie było mu z wielkimi, przysadzistymi łapami, z pazurami rozrywającymi poszycie, z cielskiem satysfakcjonująco ciężkim i słodko poddającym się grawitacji.
Teraz jednak jako człowiek, mężczyzna w kwiecie wieku, z gałązkami i kwiatkami wplątanymi w zbyt bujne włosy koloru złocisto-białej pszenicy, patrzył nieco tępo na otworzony notatnik zbierając rozpaczliwie myśli, w gąszczu duszącego poczucia winy.
Jeśli czytasz ten list, stałem się posiłkiem dla wielkiego niedźwiedzia.
Oh nie...
Pochylił się i podniósł zapiski drżącą ręką. Choć tam leżał być może martwy mężczyzna, on nie mógł oderwać oczu od listu, który nie był adresowany do niego.
Wiedz, że jesteś miłością mojego życia i przepraszam, że nigdy nie dałem Ci tego odczuć
Coś zacisnęło się jeszcze mocniej na żołądku, a Samuel poczuł się chory. Kwas podszedł mu do gardła, a zmartwione oczy przeniósł na leżącego biedaka, dla którego najwidoczniej pan Ollivander (TEN Ollivander?! W tym momencie Samuel absolutnie nie był pewien) był miłością być może nigdy nieodwzajemnioną. Niewypowiedzianą. Zmarnowaną.
To trwało chwilę, to trwało wieczność.
Zamknął z trzaskiem notes i podbiegł do niego, upadając obok bezładnego ciała na kolana, orając płóciennymi spodniami po leśnym poszyciu.
Nie był lekarzem, ale (szczęście w nieszczęściu) znał się na życiu i zwierzętach. Wiedział, jak sprawdzić puls, odbierał kozi poród, z ulgą odetchnął, gdy dostrzegł, że nieznajomy oddycha, mimomimo że jego skóra była bladozielona. Nadzieja rozsadziła mu klatkę piersiową podwójnie, ale ale... nie mogli tu zostać. Każdy mroźny podmuch z Kniei mroził mu krew w żyłach. Nie czekając dłużej, wsadził znaleziony notes za pas, wziął na ręce nieprzytomnego i poszedł z nim w kierunku wrzosowisk, na bezpieczny teren...
Dopiero tam, gdy znalazł odpowiednio miękko wyglądające, nienaruszone wczesniej kwiaty, położył go, jak na katafalku i ukląkł przy nim ponownie, pochylając głowę niczym do modlitwy. Skupił się i spróbował przyzwać swój bukłak z wodą pozostawiony wraz z podręczną torbą. To powinno pomóc.
Rzut N 1d100 - 3
Akcja nieudana
Akcja nieudana