12.02.2024, 19:28 ✶
Melancholii nie dało się oddać jednym słowem, ani całym zdaniem. Nie tak dosadnie i dobitnie jak jedną nutą. Tym dźwiękiem, który pozostaje w umyśle i rozbrzmiewa w samotnej ciszy, gdy odseparowani od reszty świata zanurzali się w tafli chwilowej niezręczności, jaka nagle przed nimi wypłynęła. A przynajmniej przed nią.
Przechyla głowę lekko na bok, lustrując uważnie rysujące się na twarzy mężczyzny skonfundowanie, okręcając każde rzucane przez jego usta słowo, okalając spojrzeniem jego usta, gdy z przestrzeni warg padały kolejne i kolejne słowa, będące swego rodzaju ciepłym zapewnieniem, że wcale na jej widok mina mu ostatecznie nie zrzedła.
Nie skłamałaby przyznając, iż Morpha się tu nie spodziewała — sam gospodarz napomknął, że pierwszego dnia najpewniej nie spotka nikogo znajomego. Z drugiej strony słyszała szepty służek, które chichotały, iż w towarzystwie pojawi się panna i starszy kawaler i że najlepiej usadzić ich obok siebie. Zgrywne uśmieszki na jej widok nagle zaczęły mieć sens.
— Morpheusu! Czyżbym roznosiła za sobą aurę śmierci?
Jęknęła z zażenowania nad wypaloną głupotą, machinalnie łapiąc się za czoło.
— Przepraszam. Strasznie tu gorąco. Zawsze zapominam jak gorące potrafi być południe Europy. I to słońce, chyba go więcej w ciągu jednego dnia niż przez całe angielskie lato.
I kiedy to rzuciła się w plątaninę mętnych wyjaśnień tych wszystkich sposobności, zorientowała się, że z jakiegoś powodu jakoś ginęła pod ukłuciem jego spojrzenia. Nie ze wstydu, nie z powodu niezręczności ostatniego spotkania; i choć uczucie to było palące i trawiące, to nie chciała aby przemijało.
— Dziękuję — powiedziała, sarnimi oczyma spoglądając na mężczyznę, nie odrywając odeń wzroku i podchodząc do ustawionej walizki, tak jakby musiała sprawdzić czy oddelegowana została przykładnie i sprawnie.
— Cieszę się, że tu jesteś — wyjawiła nieśmiało, oczyma wędrując ku otwartemu oknu, tak jakby marzyła, iż wiatr porwie ją pospiesznie i daleko, z dala od zakłopotania własnym wyznaniem.
Bo nie chciała tego przyznać, nie tyle na głos, co w rozgorączkowanym, pogmatwanym wnętrzu siebie – przy Morpheusu czuła się określona, obliczona jak równanie, którego nikt dotąd nie mógł, bądź nie chciał rozwiązać. Gdy tylko odzywała się przy pełnym i głośnym stole, niepewnym głosikiem próbując przebić się przez męskie barytony, jego spojrzenie machinalnie ją wypatrywało; a stół milknął, zamierał, nawet jeśli nikt tak wokół nich naprawdę nie przestawał klekotać.
— Do zobaczenia na przyjęciu?— rzuciła mu na pożegnanie, cudem okiełznując półokrąg uśmiechu. Kiedy tylko przymknęła drzwi od niechcenia, jej ramiona pochłonęła toń świeżej pościeli.
Pomyślała wtedy o samotnej kropelce potu na jego czole i o żyłach splatających jego odkryte przedramiona. Wyglądał dużo lepiej niż ostatnio, ale czy można tak właściwie było powiedzieć o człowieku z żałobą w sercu?
I dlaczego do stu diabłów o tym wszystkim właśnie pomyślała?
Przechyla głowę lekko na bok, lustrując uważnie rysujące się na twarzy mężczyzny skonfundowanie, okręcając każde rzucane przez jego usta słowo, okalając spojrzeniem jego usta, gdy z przestrzeni warg padały kolejne i kolejne słowa, będące swego rodzaju ciepłym zapewnieniem, że wcale na jej widok mina mu ostatecznie nie zrzedła.
Nie skłamałaby przyznając, iż Morpha się tu nie spodziewała — sam gospodarz napomknął, że pierwszego dnia najpewniej nie spotka nikogo znajomego. Z drugiej strony słyszała szepty służek, które chichotały, iż w towarzystwie pojawi się panna i starszy kawaler i że najlepiej usadzić ich obok siebie. Zgrywne uśmieszki na jej widok nagle zaczęły mieć sens.
— Morpheusu! Czyżbym roznosiła za sobą aurę śmierci?
Jęknęła z zażenowania nad wypaloną głupotą, machinalnie łapiąc się za czoło.
— Przepraszam. Strasznie tu gorąco. Zawsze zapominam jak gorące potrafi być południe Europy. I to słońce, chyba go więcej w ciągu jednego dnia niż przez całe angielskie lato.
I kiedy to rzuciła się w plątaninę mętnych wyjaśnień tych wszystkich sposobności, zorientowała się, że z jakiegoś powodu jakoś ginęła pod ukłuciem jego spojrzenia. Nie ze wstydu, nie z powodu niezręczności ostatniego spotkania; i choć uczucie to było palące i trawiące, to nie chciała aby przemijało.
— Dziękuję — powiedziała, sarnimi oczyma spoglądając na mężczyznę, nie odrywając odeń wzroku i podchodząc do ustawionej walizki, tak jakby musiała sprawdzić czy oddelegowana została przykładnie i sprawnie.
— Cieszę się, że tu jesteś — wyjawiła nieśmiało, oczyma wędrując ku otwartemu oknu, tak jakby marzyła, iż wiatr porwie ją pospiesznie i daleko, z dala od zakłopotania własnym wyznaniem.
Bo nie chciała tego przyznać, nie tyle na głos, co w rozgorączkowanym, pogmatwanym wnętrzu siebie – przy Morpheusu czuła się określona, obliczona jak równanie, którego nikt dotąd nie mógł, bądź nie chciał rozwiązać. Gdy tylko odzywała się przy pełnym i głośnym stole, niepewnym głosikiem próbując przebić się przez męskie barytony, jego spojrzenie machinalnie ją wypatrywało; a stół milknął, zamierał, nawet jeśli nikt tak wokół nich naprawdę nie przestawał klekotać.
— Do zobaczenia na przyjęciu?— rzuciła mu na pożegnanie, cudem okiełznując półokrąg uśmiechu. Kiedy tylko przymknęła drzwi od niechcenia, jej ramiona pochłonęła toń świeżej pościeli.
Pomyślała wtedy o samotnej kropelce potu na jego czole i o żyłach splatających jego odkryte przedramiona. Wyglądał dużo lepiej niż ostatnio, ale czy można tak właściwie było powiedzieć o człowieku z żałobą w sercu?
I dlaczego do stu diabłów o tym wszystkim właśnie pomyślała?