08.02.2024, 22:33 ✶
– Nie mogę tego obiecać. Ale może wszyscy pomyślą, znając twoją reputację, że ja i Patrick tak cię dręczymy, że zostawią cię w spokoju? Wiesz, uznają, że już dość cierpienia w twoim życiu…
Samotność była czymś absolutnie Brennie obcym. Wokół niej zawsze byli ludzie. Dom Longbottomów był wielki i nimi wypełniony, a co więcej choć zwykle w takich sytuacjach między domownikami pojawiały się liczne niesnaski, tworzyło się napięcie, oni jakoś dawali radę wszystko połatać. Byli dalsi krewni, dzieci przyjaciół, znajomych i sąsiadów, a potem rówieśnicy z Hogwartu i współpracownicy – Brenna chwytała kolejne nici nawet nie zdając sobie sprawy z tego, że to robi i jedynie czasem, gdy obowiązków robiło się za dużo, martwiła się, że być może niektórych z nich nie zdoła utrzymać.
Wiedziała, że niektórzy preferowali samotność, próbowała to uszanować, ale chyba nie potrafiła w pełni zrozumieć. Ona i Sebastian byli jak z innych światów.
– Och nie, lepiej niech żadna Bogini nie wpada z wizytą, to byłoby bardzo niefortunne. Myślałam po prostu, że nie pozwolisz mi niczego dotknąć, bo mogę niechcący wypuścić jakiegoś złośliwego ducha, czy coś – stwierdziła lekkim tonem, a kiedy powiedział, że fedora należała do kogoś, kto zmarł… zerknęła na niego trochę zdziwiona. – Tak. Ten zegarek też – powiedziała, unosząc lekko jedną rękę i palcem drugiej stukając w porysowaną tarczę zegarka, jedyną biżuterię, jaką nosiła. Zdawała się zaskoczona, że w ogóle komuś to może przeszkadzać. Może dlatego, że w jej rodzinie tradycyjnie wręcz przekazywano przedmioty z pokolenia na pokolenie. – Tak jak lustro w moim pokoju, moja szafa, moje biurko, i miecz nad kominkiem w salonie i kapelusze prababci, które niedawno chciałam wyrzucić, ale mi nie pozwolono… Ale obiecuję, że na Yule dostaniesz nauszniki. Nie należące do nikogo zmarłego.
Z różdżką w ręku – choć nie miała pojęcia, jakich zaklęć miałaby użyć, gdyby stało się coś (nawet nie wiedziała czym to „coś” miałoby być), podeszła do misternej szkatułki i bardzo ostrożnie dotknęła wieka.
– Kryształowa czaszka to było coś innego – mruknęła, zamierając na moment, z dłonią na pudełeczku. – Zabił ich w okrutny sposób, pochwycił ich dusze i zamknął w niej na wieczne cierpienie. Te duchy tutaj… wróciły same i próbowały siać zamęt albo opętywać innych. Niektóre pewnie miały powodów, ale wciąż… to trochę nie to samo – powiedziała powoli, sięgając do zamka.
Tamto bagno, kawałki ciał, wypływające na powierzchnię, śmierci, które zobaczyła widmowidząc, imiona ofiar, zapisane w notatniku, dusze, opuszczające czaszkę – to wszystko znajdowało wciąż miejsce w jej koszmarach. I Brenna była pewna, że zostanie z nią już na zawsze. Drobne okruchy, u boku wielu innych, Beltane, śmierci Jasona, dziecka upadającego w śnieg, zapłakanej twarzy Catherine, popiołu pozostałego po Derwinie, wielkich oczu ducha i małej Maddie, stającej naprzeciwko Persefony Fawley. Tysiąca drobnych spraw.
Z których każda była tak bardzo ważna.
– Wydaje mi się, że w tym coś jest. Mam takie zostawiać w spokoju, znosić na jedno miejsce, każde ci pokazywać? – zapytała lekko, odpychając od siebie wszystkie te wspomnienia i przemyślenia, dokładnie tak, jak przywykła robić od wielu lat. – Co by się stało, gdyby taki duch uciekł? Byłby jak Marta i Nick? Czy latałby w okolicy niewidzialny, czekając aż trafi się okazja, żeby kogoś opętać?
Samotność była czymś absolutnie Brennie obcym. Wokół niej zawsze byli ludzie. Dom Longbottomów był wielki i nimi wypełniony, a co więcej choć zwykle w takich sytuacjach między domownikami pojawiały się liczne niesnaski, tworzyło się napięcie, oni jakoś dawali radę wszystko połatać. Byli dalsi krewni, dzieci przyjaciół, znajomych i sąsiadów, a potem rówieśnicy z Hogwartu i współpracownicy – Brenna chwytała kolejne nici nawet nie zdając sobie sprawy z tego, że to robi i jedynie czasem, gdy obowiązków robiło się za dużo, martwiła się, że być może niektórych z nich nie zdoła utrzymać.
Wiedziała, że niektórzy preferowali samotność, próbowała to uszanować, ale chyba nie potrafiła w pełni zrozumieć. Ona i Sebastian byli jak z innych światów.
– Och nie, lepiej niech żadna Bogini nie wpada z wizytą, to byłoby bardzo niefortunne. Myślałam po prostu, że nie pozwolisz mi niczego dotknąć, bo mogę niechcący wypuścić jakiegoś złośliwego ducha, czy coś – stwierdziła lekkim tonem, a kiedy powiedział, że fedora należała do kogoś, kto zmarł… zerknęła na niego trochę zdziwiona. – Tak. Ten zegarek też – powiedziała, unosząc lekko jedną rękę i palcem drugiej stukając w porysowaną tarczę zegarka, jedyną biżuterię, jaką nosiła. Zdawała się zaskoczona, że w ogóle komuś to może przeszkadzać. Może dlatego, że w jej rodzinie tradycyjnie wręcz przekazywano przedmioty z pokolenia na pokolenie. – Tak jak lustro w moim pokoju, moja szafa, moje biurko, i miecz nad kominkiem w salonie i kapelusze prababci, które niedawno chciałam wyrzucić, ale mi nie pozwolono… Ale obiecuję, że na Yule dostaniesz nauszniki. Nie należące do nikogo zmarłego.
Z różdżką w ręku – choć nie miała pojęcia, jakich zaklęć miałaby użyć, gdyby stało się coś (nawet nie wiedziała czym to „coś” miałoby być), podeszła do misternej szkatułki i bardzo ostrożnie dotknęła wieka.
– Kryształowa czaszka to było coś innego – mruknęła, zamierając na moment, z dłonią na pudełeczku. – Zabił ich w okrutny sposób, pochwycił ich dusze i zamknął w niej na wieczne cierpienie. Te duchy tutaj… wróciły same i próbowały siać zamęt albo opętywać innych. Niektóre pewnie miały powodów, ale wciąż… to trochę nie to samo – powiedziała powoli, sięgając do zamka.
Tamto bagno, kawałki ciał, wypływające na powierzchnię, śmierci, które zobaczyła widmowidząc, imiona ofiar, zapisane w notatniku, dusze, opuszczające czaszkę – to wszystko znajdowało wciąż miejsce w jej koszmarach. I Brenna była pewna, że zostanie z nią już na zawsze. Drobne okruchy, u boku wielu innych, Beltane, śmierci Jasona, dziecka upadającego w śnieg, zapłakanej twarzy Catherine, popiołu pozostałego po Derwinie, wielkich oczu ducha i małej Maddie, stającej naprzeciwko Persefony Fawley. Tysiąca drobnych spraw.
Z których każda była tak bardzo ważna.
– Wydaje mi się, że w tym coś jest. Mam takie zostawiać w spokoju, znosić na jedno miejsce, każde ci pokazywać? – zapytała lekko, odpychając od siebie wszystkie te wspomnienia i przemyślenia, dokładnie tak, jak przywykła robić od wielu lat. – Co by się stało, gdyby taki duch uciekł? Byłby jak Marta i Nick? Czy latałby w okolicy niewidzialny, czekając aż trafi się okazja, żeby kogoś opętać?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.