To był naprawdę ciepły dzień. Aż nienaturalnie ciepły jak na to, do czego Caina przyzwyczaiła smutna angielska pogoda, która bardziej pasowałaby może do wiosny niźli lata. Jednak tego dnia w Irlandii było naprawdę ciepło – aż człowiek się zastanawiał, czy to faktycznie tylko pogoda, czy może jednak wybuchy skutecznie podniosły temperaturę otoczenia?
Kurz już zdążył w większości opaść i oczom Bletchleya ukazywały się podniszczone budynki, mnóstwo śmieci i części budowli walało się po centrum Belfastu. Samochody stały popalone, całkowicie zdezelowane i wszędzie słychać było krzyki, zawodzenie… Roiło się od mugoli. Głównie w mundurach mugolskich służb, policji, strażaków, pogotowia, lekarzy. Próbowano odgrodzić miejsca, by cywile nie mieli tam wstępu i nie przeszkadzali im w pracy. Lekarze i pielęgniarze pomagali rannym, niektórych przenoszono na noszach, a jeszcze inni, choć tych Cain naliczyłby tutaj może czwórkę, przykryci byli jakąś płachtą. Widać było, że w oddali gaszono niektóre budynki i samochody, tam dym jeszcze się unosił, gryzł w nos. A raczej gryzłby, gdyby nie zasłonił sobie ust i nosa chustą – i nie był jedyną osobą, która coś takiego zrobiła.
To zdecydowanie było coś, co mogli zrobić Śmierciożercy; atak na nieprzygotowanych, niczego nieświadomych mugoli? Tak, zdecydowanie. Jednak jeśli Cain spojrzał w niebo, to próżno gdziekolwiek było szukać Mrocznego Znaku, który swoją plugawością i obrzydliwością miałby coś oznajmiać światu. Chyba że… jeszcze nie skończyli?
Sygnały z samochodów zlewały się w jedną wielką kakofonię, a sam Bletchley znajdował się coraz bliżej miejsca jednego z licznych wybuchów (zniszczenia, podane jak na tacy, mówiły o tym dobitnie); w gratisie dostawał płomienie, uwijających się ludzi, gapiów, których próbowała rozgonić milicja. I sznur samochodów, które swoim stanem też wskazywały na to, gdzie tutaj w okolicy nastąpił wybuch, bo im bliżej jego centrum, tym gorzej wyglądały.