08.02.2024, 20:56 ✶
Patrząc na Sarah opłakującą śmierć owcy równie rzewnie, jakby ktoś własne dziecko jej od piersi odjął i zaszlachtował na oczach, w przypływie gniewu, który był niewymierny wobec fizycznej siły, którą posiadała, Maeve uśmiechnęła się pobłażliwie. Podniosła się, prychnęła pod nosem, gdy przez myśl przemknęła jej jedna, jedyna konkluzja:
Nokturn pożarłby ją żywcem.
Nie chciała jej pomocy i współczucia? W porządku. Wolała wsparcie jakiegoś facecika, który pojawił się akurat w dogodnym momencie, by odegrać rolę rycerza na białym rumaku? Obleśne, ale skoro lubi, to niech ma. Ale jeśli tej nocy sprawy przyjmą jeszcze bardziej krwawy obrót, Chang nawet w jej kierunku nie spojrzy. Choćby ta histeryczka w tej krwi tonęła.
I to wcale nie dlatego, że nie było już jej przykro. Nadal było, przepraszając nie skłamała. Po prostu pod tym wszystkim Maeve była ulepiona z innej gliny; nie miała zamiaru nadstawiać karku dla kogoś, kto nie tylko tego nie docenia, ale również ewidentnie sobie tego nie życzy. Pośród ścieżek nadmierna empatia kończyła się dwa metry pod ziemią dla większości twoich kończyn - większości, bo te dorodne zostaną razem ze sprawnymi organami sprzedane potrzebującym. Niekoniecznie transplantacji, ale chociażby pieniędzy. Naturalny instynkt przetrwania nie pozwalał jej więc na zgrywanie opiekunki, skoro nie miałaby z tej żadnej korzyści. Poza tym była tutaj już inna dama, którą musiała mieć na oku.
Spojrzała na Lorraine, przechylając nieco głowę na bok. Oczy miała dziwnie szczenięce, jakby z bólem serca chciała powiedzieć: próbowałam, ale nie wyszło. Przecież nie będzie błagać na kolanach o wybaczenie, kiedy tuż za ich plecami składają ofiarę z człowieka. Nawet nie miała ochoty gapić się na to nagie, rozpostarte na kamieniu ciało, bo podniesione błagalne krzyki i walka zebranych mężczyzn o życie Agathy wprowadzały ją w stan gotowości - albo do walki, albo do ucieczki. Isobelle ewidentnie peron odjechał, nie była to kwestia dyskusyjna, ale kiedy zasłyszała propozycję zbliżającej się kapłanki, co by wezwać Brygadę, dosłownie wyrwało się jej:
- Ej no, bez takich. -
Śmierć jednej owcy i średnio udana próba samobójcza, a ta już chce bumelantów wzywać? Czy w tym kowenie Macmillanów szalejem ich karmili, że każda kolejna to coraz większy oszołom? Mieli tam jakiś konkurs na pajaca roku?
Miała w zasadzie to zwerbalizować, nawet chyba spróbowała, ale wtem grom z nieba przysadził w Stonehenge tak mocno, że przed oczyma Mewy przeleciała nowa rendycja apokalipsy.
Kiedy biel spłynęła, a huk ustał, z trudem otworzyła oczy. Przed solidną chwilę czuła się tak, jakby patrzyła o wiele za długo na słońce i teraz musiała przystosować się do normalnego świata. Poczuła, jak coś ją ciągnie w górę, niezbyt agresywnie, ale stanowczo - wtedy dopiero zarejestrowała, że to był dotyk Lorraine.
I dopiero wtedy poczuła, że serce podskoczyło jej do gardła, bo przecież mogło się to dla niej skończyć tragicznie.
Pozwoliła się przytulać i głaskać, narzekanie Malfoy docierało do niej jako pojedyncze słowa, ale nie jako całość posiadająca znaczenie. Maeve rozglądała się otępiałym wzorkiem wokoło, próbując pojąć, co właściwie się stało. Gdzie one teraz były? Czy wyładowanie atmosferyczne zagięło czasoprzestrzeń tak mocno, że wywiało ich do Honolulu, co by mogły małpy straszyć? Czy to podobny rodzaj fakapu, jak wtedy, gdy kichniesz przy użyciu Fiuu i zamiast do twojego łóżeczka, to wyrzuci cię pod koła pociągu do Hogwartu?
Na szczęście wylądowały wśród krokusów, a nie na szynach. Mogło być gorzej.
- Daj spokój, jest w pytę - rzuciła, słysząc przeprosiny. Kuriozum sytuacji zmusiło Maeve do śmiechu, choć wiedziała, że mogło to u wiły wywołać złość. Wiecie, ten rodzaj wykładu, że my tutaj prawie umarłyśmy, a ty sobie żarty stroisz. Nie mogłaby jej winić, ale Lorraine chyba też podskórnie czuła, że Mewa tak radziła sobie ze strachem. - Nogi, ręce i zęby mam na miejscu. Wszystko w porządku, kochanie - powtórzyła po niej, ale tym głosem, który zwykle nadużywała Lorraine, a tym razem go zabrakło. Kiedy kładła nacisk na te wszystkie słodkie słówka, jakby chciała uczynić z nich magiczne zaklęcie. Tym razem nie wychwyciła w tym zwrocie drugiego dna, a to musiało znaczyć, że Malfoy naprawdę miała to na myśli. Rzeczywiście się martwiła i na dodatek to okazywała.
Zaraz niebo zacznie spadać im na głowę, a Maeve i tak pewnie będzie próbowała dla niej je podtrzymać.
Poczuła potrzebę wrzucenia jej w głąb tych krokusów, żeby pocałować ją tak, jakby to miałby być ich raz ostatni, ale chwila zawahania wystarczyła, by Lorraine stracić. Może nie w całości, ale na pewno jej uwagę - kiedy przyuważyła, że nie wylądowały tu same, ruszyła do Macmillan. Chang wywróciła oczyma, ale potem sama siebie skarciła za to w myślach, bo przecież to ani nie jest miejsce na zazdrość, ani na trzymanie urazy. Były w przysłowiowej dupie i kooperacja mogła im przecież życie uratować.
Kiedy Lorraine zamarła próbując pomóc Sarze, Maeve odwróciła głowę w kierunku, w którym utkwił wzrok wiły. Uniosła brwi na widok zbliżającej się kobiety i wręcz odruchowo zastąpiła jej drogę, zasłaniając Malfoy. Była piękna, wręcz nieludzko nieziemska, ale ta perfekcja nie budziła zachwytu w Chang, a raczej niepokój. Brak najmniejszego mankamentu wydawał się jej nienaturalny, a ponadto pojawiła się znikąd. I jeszcze towarzyszyła jej ta przeklęta owca, która była dzisiaj raczej złym omenem.
- Cokolwiek sprzedajesz, nie stać nas na to - ostrzegła uprzejmie, obserwując bacznie, jak przysiada na tym kamieniu. Nawet jeśli uśmiechała się najprzyjaźniej na świecie, nie znała jej zamiarów. Było w niej coś podejrzanego - była zbyt piękna, by była możliwa.
Nokturn pożarłby ją żywcem.
Nie chciała jej pomocy i współczucia? W porządku. Wolała wsparcie jakiegoś facecika, który pojawił się akurat w dogodnym momencie, by odegrać rolę rycerza na białym rumaku? Obleśne, ale skoro lubi, to niech ma. Ale jeśli tej nocy sprawy przyjmą jeszcze bardziej krwawy obrót, Chang nawet w jej kierunku nie spojrzy. Choćby ta histeryczka w tej krwi tonęła.
I to wcale nie dlatego, że nie było już jej przykro. Nadal było, przepraszając nie skłamała. Po prostu pod tym wszystkim Maeve była ulepiona z innej gliny; nie miała zamiaru nadstawiać karku dla kogoś, kto nie tylko tego nie docenia, ale również ewidentnie sobie tego nie życzy. Pośród ścieżek nadmierna empatia kończyła się dwa metry pod ziemią dla większości twoich kończyn - większości, bo te dorodne zostaną razem ze sprawnymi organami sprzedane potrzebującym. Niekoniecznie transplantacji, ale chociażby pieniędzy. Naturalny instynkt przetrwania nie pozwalał jej więc na zgrywanie opiekunki, skoro nie miałaby z tej żadnej korzyści. Poza tym była tutaj już inna dama, którą musiała mieć na oku.
Spojrzała na Lorraine, przechylając nieco głowę na bok. Oczy miała dziwnie szczenięce, jakby z bólem serca chciała powiedzieć: próbowałam, ale nie wyszło. Przecież nie będzie błagać na kolanach o wybaczenie, kiedy tuż za ich plecami składają ofiarę z człowieka. Nawet nie miała ochoty gapić się na to nagie, rozpostarte na kamieniu ciało, bo podniesione błagalne krzyki i walka zebranych mężczyzn o życie Agathy wprowadzały ją w stan gotowości - albo do walki, albo do ucieczki. Isobelle ewidentnie peron odjechał, nie była to kwestia dyskusyjna, ale kiedy zasłyszała propozycję zbliżającej się kapłanki, co by wezwać Brygadę, dosłownie wyrwało się jej:
- Ej no, bez takich. -
Śmierć jednej owcy i średnio udana próba samobójcza, a ta już chce bumelantów wzywać? Czy w tym kowenie Macmillanów szalejem ich karmili, że każda kolejna to coraz większy oszołom? Mieli tam jakiś konkurs na pajaca roku?
Miała w zasadzie to zwerbalizować, nawet chyba spróbowała, ale wtem grom z nieba przysadził w Stonehenge tak mocno, że przed oczyma Mewy przeleciała nowa rendycja apokalipsy.
Kiedy biel spłynęła, a huk ustał, z trudem otworzyła oczy. Przed solidną chwilę czuła się tak, jakby patrzyła o wiele za długo na słońce i teraz musiała przystosować się do normalnego świata. Poczuła, jak coś ją ciągnie w górę, niezbyt agresywnie, ale stanowczo - wtedy dopiero zarejestrowała, że to był dotyk Lorraine.
I dopiero wtedy poczuła, że serce podskoczyło jej do gardła, bo przecież mogło się to dla niej skończyć tragicznie.
Pozwoliła się przytulać i głaskać, narzekanie Malfoy docierało do niej jako pojedyncze słowa, ale nie jako całość posiadająca znaczenie. Maeve rozglądała się otępiałym wzorkiem wokoło, próbując pojąć, co właściwie się stało. Gdzie one teraz były? Czy wyładowanie atmosferyczne zagięło czasoprzestrzeń tak mocno, że wywiało ich do Honolulu, co by mogły małpy straszyć? Czy to podobny rodzaj fakapu, jak wtedy, gdy kichniesz przy użyciu Fiuu i zamiast do twojego łóżeczka, to wyrzuci cię pod koła pociągu do Hogwartu?
Na szczęście wylądowały wśród krokusów, a nie na szynach. Mogło być gorzej.
- Daj spokój, jest w pytę - rzuciła, słysząc przeprosiny. Kuriozum sytuacji zmusiło Maeve do śmiechu, choć wiedziała, że mogło to u wiły wywołać złość. Wiecie, ten rodzaj wykładu, że my tutaj prawie umarłyśmy, a ty sobie żarty stroisz. Nie mogłaby jej winić, ale Lorraine chyba też podskórnie czuła, że Mewa tak radziła sobie ze strachem. - Nogi, ręce i zęby mam na miejscu. Wszystko w porządku, kochanie - powtórzyła po niej, ale tym głosem, który zwykle nadużywała Lorraine, a tym razem go zabrakło. Kiedy kładła nacisk na te wszystkie słodkie słówka, jakby chciała uczynić z nich magiczne zaklęcie. Tym razem nie wychwyciła w tym zwrocie drugiego dna, a to musiało znaczyć, że Malfoy naprawdę miała to na myśli. Rzeczywiście się martwiła i na dodatek to okazywała.
Zaraz niebo zacznie spadać im na głowę, a Maeve i tak pewnie będzie próbowała dla niej je podtrzymać.
Poczuła potrzebę wrzucenia jej w głąb tych krokusów, żeby pocałować ją tak, jakby to miałby być ich raz ostatni, ale chwila zawahania wystarczyła, by Lorraine stracić. Może nie w całości, ale na pewno jej uwagę - kiedy przyuważyła, że nie wylądowały tu same, ruszyła do Macmillan. Chang wywróciła oczyma, ale potem sama siebie skarciła za to w myślach, bo przecież to ani nie jest miejsce na zazdrość, ani na trzymanie urazy. Były w przysłowiowej dupie i kooperacja mogła im przecież życie uratować.
Kiedy Lorraine zamarła próbując pomóc Sarze, Maeve odwróciła głowę w kierunku, w którym utkwił wzrok wiły. Uniosła brwi na widok zbliżającej się kobiety i wręcz odruchowo zastąpiła jej drogę, zasłaniając Malfoy. Była piękna, wręcz nieludzko nieziemska, ale ta perfekcja nie budziła zachwytu w Chang, a raczej niepokój. Brak najmniejszego mankamentu wydawał się jej nienaturalny, a ponadto pojawiła się znikąd. I jeszcze towarzyszyła jej ta przeklęta owca, która była dzisiaj raczej złym omenem.
- Cokolwiek sprzedajesz, nie stać nas na to - ostrzegła uprzejmie, obserwując bacznie, jak przysiada na tym kamieniu. Nawet jeśli uśmiechała się najprzyjaźniej na świecie, nie znała jej zamiarów. Było w niej coś podejrzanego - była zbyt piękna, by była możliwa.
I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
I wanna wear your flesh
— like a costume —