A jednak ta woda była okrutna. Jego plecy nosiły długi sznur korali sińców wzdłuż kręgosłupa, tam, gdzie wypchnięty zaklęciem uderzył o pal, utrzymujący w jeziorze pomost. Nie mógł jednak odebrać temu miejscu też dobrych wspomnień ze swojego życia, jak uczył swoich bratanków i bratanice pływać, aż prześcignęli go w tej sztuce, jak sam biegał po tej plaży w samych spodenkach i gonił się z innymi dzieciakami, aż musiał przysiąść na piasku w bezdechu. Tutaj pisywał romantyczne listy, paląc papierosy i leżąc brzuchem na plaży. Pięknie patrzyło się tutaj w niebo, a niedaleko, jakieś pół mili wzdłuż linii brzegowej, całowało się jeszcze lepiej, w ukryciu wierzbowych liści i zarośli.
Dokładnie o godzinie szóstej, naturalną muzykę przestrzeni zaburzyło ciche pyk teleportacji i przed wejściem na molo pojawił się średniego wzrostu mężczyzna odziany w czarną szatę ze zwiewnego lnu; gdyby przyjrzeć się jej lepiej, nie była to jednak szata. Po prostu dookoła ramion, na koszulę ze stójką i czarne spodnie z zakładkami i wysokim stanem, narzucono matowy, szeroki szal, udrapowany w bardzo fikuśny sposób. Ciemne spojrzenie przez chwilę skanowało przestrzeń, aby dostrzec w końcu plamę żywego beżu, pośród malutkich diun plaży. Ciało nie było wyrzucone na brzeg ani napęczniałe śmiercią. Przystojny mężczyzna po prostu leżał i pławił się w cieple nagrzanego, drobniutkiego piasku.
Przeszedł ze ścieżki, która prowadziła na pomost, w stronę brzegu. Zanim jednak dotarł do linii pospolitego złota, przysiadł na jednej z przywleczonych przez młodzież kłód, aby zdjąć swoje lakierki oraz skarpety i odstawić je z daleka od problematycznej natury podłoża. Zresztą, w przeciwieństwie do większości arystokratów, Longbottomowie nie mieli alergii na naturę, zwyczajnie on nie lubił mieć ubrudzonych butów.
Morpheus podszedł do leśniczego i stanął tuż przy jego głowie, aby nachylić się nad nim ze splecionymi na plecach dłońmi i przywitać uśmiechem. Przypadkowo, rąbkiem materiału połaskotał leśniczego po czole, ale nawet tego nie zauważył.
— Dzień dobry, panie Samuelu — przywitał się czarodziej.
Znał go jedynie z widzenia, nigdy nie mając ani szczególnej potrzeby, aby go wzywać do czegokolwiek, ani nie obracając się w okolicach kniei bardziej, niż to potrzebne. Ot, znał okolicznych włodarzy i przydatne osoby, bo mieszkał i żył w społeczności Doliny Godryka całe swoje życie. Logiczne było, że wraz z wiekiem zyskiwał mądrość kto, u kogo, dlaczego i po co, lokalnych specjalistów, tych polecanych oraz tych, których należy unikać. Do samego wieszcza przylgnęła łatka nieszkodliwego dziwaka, z pewnego rodzaju estymą, związaną z pracą w Ministerstwie. Szczerą sympatię zyskał, gdy okazało się, że wróży bez opłaty.