08.02.2024, 12:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.03.2024, 10:50 przez Samuel McGonagall.)
Ruch.
Instynkt wytrysnął adrenaliną, pomimo sielankowych misich rozrywek był on przecież cały czas na alercie, ze względu na straszności, które działy się w Kniei. I każda złamana gałązka, każdy dziwny świst czy choćby dreszcz szóstego zmysłu, który przeszedłby mu po plecach, był oczywistym i niezbędnym sygnałem do zaprzestania harców i uważnego skanu wzrokiem, słuchem i węchem otocznia.
Wróg?
To było trochę głupie, bo cienie i upiory nie łamią gałązek, a przecież mogła z lasu wyjść po prostu rodzinka dzików, czy ruda Kitka pognała za orzeszkiem. Nie nie, to raczej dziki, wiewiórki operują niższym zakresem decybeli w dźwiękach poruszania się. Nos zaciągnął się otaczającą słodyczą czerwcowego powietrza, ale wiatr wiał nieprzychylnie, dmąc w kierunku puszczy, nie od niej. Jak pachną upiory?
Sam zastrzygł uchem i podniósł gwałtownie łeb. Oczy ostatnią nadzieją wypatrzenia źródła dźwięku, a gdy tylko dostrzegł wysokiego mężczyznę zmierzającego powoli i statecznie w kierunku linii drzew zareagował impulsywnie:
– O nie! Nie idź tam! – krzyknął, szkoda tylko, że paszczę miał niedźwiedzią (podobnie jak resztę ciała), więc z jego ogromnego gardła dobył się tylko bezkształtny ryk, który równie dobrze, zamiast troski mógł wyrażać głębokie zainteresowanie, odchodzącym właśnie obiadem. Co więcej, kolejny instynkt (a może ten sam) pchnął do biegu mężczyznę, który akuratnie absolutnym przypadkiem nie tylko nosił na sobie futro, ale w pewnym transmutacyjnym sensie był tym futrem. To nie była okoliczność niesprzyjająca, niedźwiedziem łatwiej było mu się poderwać, przecież może zmienić się w trakcie, przecież wszyscy wiedzą w okolicy, że niedźwiedź nie jest dla nikogo zagrożeniem, bardziej niż udomowiony. Wszyscy wiedzą prawda?
Instynkt wytrysnął adrenaliną, pomimo sielankowych misich rozrywek był on przecież cały czas na alercie, ze względu na straszności, które działy się w Kniei. I każda złamana gałązka, każdy dziwny świst czy choćby dreszcz szóstego zmysłu, który przeszedłby mu po plecach, był oczywistym i niezbędnym sygnałem do zaprzestania harców i uważnego skanu wzrokiem, słuchem i węchem otocznia.
Wróg?
To było trochę głupie, bo cienie i upiory nie łamią gałązek, a przecież mogła z lasu wyjść po prostu rodzinka dzików, czy ruda Kitka pognała za orzeszkiem. Nie nie, to raczej dziki, wiewiórki operują niższym zakresem decybeli w dźwiękach poruszania się. Nos zaciągnął się otaczającą słodyczą czerwcowego powietrza, ale wiatr wiał nieprzychylnie, dmąc w kierunku puszczy, nie od niej. Jak pachną upiory?
Sam zastrzygł uchem i podniósł gwałtownie łeb. Oczy ostatnią nadzieją wypatrzenia źródła dźwięku, a gdy tylko dostrzegł wysokiego mężczyznę zmierzającego powoli i statecznie w kierunku linii drzew zareagował impulsywnie:
– O nie! Nie idź tam! – krzyknął, szkoda tylko, że paszczę miał niedźwiedzią (podobnie jak resztę ciała), więc z jego ogromnego gardła dobył się tylko bezkształtny ryk, który równie dobrze, zamiast troski mógł wyrażać głębokie zainteresowanie, odchodzącym właśnie obiadem. Co więcej, kolejny instynkt (a może ten sam) pchnął do biegu mężczyznę, który akuratnie absolutnym przypadkiem nie tylko nosił na sobie futro, ale w pewnym transmutacyjnym sensie był tym futrem. To nie była okoliczność niesprzyjająca, niedźwiedziem łatwiej było mu się poderwać, przecież może zmienić się w trakcie, przecież wszyscy wiedzą w okolicy, że niedźwiedź nie jest dla nikogo zagrożeniem, bardziej niż udomowiony. Wszyscy wiedzą prawda?