07.02.2024, 22:31 ✶
Wybieranie i testowanie drewna musiało poczekać. Niestety. A może i stety, bo jak by to wyglądało, gdyby po prostu poszły – tak jak stały – porzucając tym samym swoje zadanie? Bo przymiarki ważniejsze? Nie, tak nie mogło jednak być…
… ale najwyraźniej jednak mogło być, iż śmierć ostatniego lokatora domu nie była jednak taka całkiem niedotycząca świata magicznego. Oczy w końcu zobaczyły to, co próbował powiedzieć nos. Bahanki wylatujące z zasłon… te małe cholerne gady, niby to-to elfiaste, ale z elfami wspólnego miały tyle, że wyglądały (przynajmniej na pierwszy rzut oka) jak bardzo, bardzo mali ludzie. I tyle.
Bo futro, dwie pary rąk i nóg już tworzył dość paskudną mikroabominację – i to dość śmiertelną, jeśli nie wiedziało się, jak należy postąpić. A mugol… skąd mugol miał wiedzieć? Dla niemagicznych to już praktycznie wyrok śmierci.
Bahanocydu pod ręką nie miała, więc musiała sobie radzić inaczej. Jak nie miksturą, to magią – nawet jej powieka nie drgnęła, gdy machnięciem różdżki posłała w te cholerstwa już nawet nie tyle oszałamiacze, co zaklęcia paraliżujące. Serce z kamienia wręcz – nawet nie poczuła choćby ukłucia współczucia, gdy te małe podlestwa pospadały po prostu na podłogę. Może i powinna, ale z drugiej strony… w zasadzie to szkodniki, szkodników się nie żałuje, a te tu konkretnie doprowadziły jeszcze do zgonu.
Co kwalifikowało się na zapuszkowanie, ale więzień dla bahanek i wyroków dla nich to jeszcze nie wynaleźli, a przynajmniej Bones nic o tym nie wiedziała… co byłoby dość dziwne, skoro jako brygadzistka powinna się więcej niż nieźle orientować w przepisach, prawda?
Westchnęła ciężko, rozglądając się po pomieszczeniu, w poszukiwaniu czegoś, do czego mogłaby te stworki wsadzić. Zostawić je tu? Nie ma szans. Wyeksterminować? I tak trzeba posprzątać i tak, a im mniej śladów tu pozostawią, tym lepiej. Zasłony kusiły; w zasadzie miotnęła jeszcze raz zaklęciem w zwisający materiał, żeby się upewnić, że już wszystko, co miało wylecieć, wyleciało i bynajmniej nie będzie stanowiło niespodzianki dla przyszłych gości czy lokatorów. Choć, cholera, te gnoje swoje jajka zakopywały, więc…
… skrzywiła się na tę myśl. Czy, gdzie, kiedy – mało przyjemna zagadka i nie do rozwiązania w burzową noc.
Co mogła stąd zabrać, by nie przykuć zbytniej uwagi? W co mogła wsadzić te niewielkie stwory, żeby rozwiązać gdzie indziej ich kwestię? Na pierwszy rzut oka nic nie widziała, zostawało więc przejść się po pokoju. Na ścianie coś błysnęło – odbiło światło różdżki. Bones zatrzymała się na chwilę, przyglądając się… obrazowi. Nie był taki zwykły, kryło się w nim coś więcej niż tylko formy nakreślone farbami na płótnie. Kobieta przed zwierciadłem, czytająca… list? Coś innego? I właśnie; zwierciadło – twórca tego obrazu pozostawił w nim odrobinę magii, bo wydawało się naprawdę odbijać. Głównie twarz czytającej, ale również i światło; jakby tylko ten element rzeczywistości, utkany w całości z magii, wdzierał się do świata uwięzionego w ramie.
Było w tym coś niepokojącego.
Ale czas płynął – nie mogła i nie chciała sobie pozwolić na kolejne polowanie na bahanki, więc po prostu zmusiła meble, z pomocą magii, do pokazania, co kryły w swych wnętrzach. Materiały to ostateczność i nie kwapiła się do sięgania po nie ze względu na pewną przegraną z zębami (o ile wpadłyby na to, żeby ich użyć, oczywiście), więc coś twardszego, najlepiej zamykanego… Nie, nie traciła czasu na bardzo dokładne przetrząsanie tego wszystkiego, szukając…
… doniczki? Stała w kącie, przysłonięta komodą, więc niedziwne, że nie przyuważyła od razu. Taka cięższa, większa, konkretniejsza – albo nigdy w niej kwiatek nie zamieszkał, albo już dawno opuścił ten padół i po prostu zwolniło się miejsce na kolejny. Co nigdy nie nastąpiło. Problem się rozwiązał – jak meblom kazała się pootwierać, tak teraz miały się pozamykać; naprawę starała się niczego nie dotykać, nie tylko nie będąc pewną, czy przypadkiem na czymś nie ciąży jakaś klątwa, ale i również nie chcąc zostawić jakichkolwiek śladów po sobie.
Mrucząc coś pod nosem powrzucała – magicznie, a jakże; nie miała zamiaru ich dotykać – bahanki do doniczki i przykryła ją podstawką, na której ta wcześniej stała. No dobra, chyba można się stąd zawijać… chyba…
- Brenn? Mam winowajców! – zawołała, wkraczając na schody i lewitując przed sobą tymczasowe więzienie.
… ale najwyraźniej jednak mogło być, iż śmierć ostatniego lokatora domu nie była jednak taka całkiem niedotycząca świata magicznego. Oczy w końcu zobaczyły to, co próbował powiedzieć nos. Bahanki wylatujące z zasłon… te małe cholerne gady, niby to-to elfiaste, ale z elfami wspólnego miały tyle, że wyglądały (przynajmniej na pierwszy rzut oka) jak bardzo, bardzo mali ludzie. I tyle.
Bo futro, dwie pary rąk i nóg już tworzył dość paskudną mikroabominację – i to dość śmiertelną, jeśli nie wiedziało się, jak należy postąpić. A mugol… skąd mugol miał wiedzieć? Dla niemagicznych to już praktycznie wyrok śmierci.
Bahanocydu pod ręką nie miała, więc musiała sobie radzić inaczej. Jak nie miksturą, to magią – nawet jej powieka nie drgnęła, gdy machnięciem różdżki posłała w te cholerstwa już nawet nie tyle oszałamiacze, co zaklęcia paraliżujące. Serce z kamienia wręcz – nawet nie poczuła choćby ukłucia współczucia, gdy te małe podlestwa pospadały po prostu na podłogę. Może i powinna, ale z drugiej strony… w zasadzie to szkodniki, szkodników się nie żałuje, a te tu konkretnie doprowadziły jeszcze do zgonu.
Co kwalifikowało się na zapuszkowanie, ale więzień dla bahanek i wyroków dla nich to jeszcze nie wynaleźli, a przynajmniej Bones nic o tym nie wiedziała… co byłoby dość dziwne, skoro jako brygadzistka powinna się więcej niż nieźle orientować w przepisach, prawda?
Westchnęła ciężko, rozglądając się po pomieszczeniu, w poszukiwaniu czegoś, do czego mogłaby te stworki wsadzić. Zostawić je tu? Nie ma szans. Wyeksterminować? I tak trzeba posprzątać i tak, a im mniej śladów tu pozostawią, tym lepiej. Zasłony kusiły; w zasadzie miotnęła jeszcze raz zaklęciem w zwisający materiał, żeby się upewnić, że już wszystko, co miało wylecieć, wyleciało i bynajmniej nie będzie stanowiło niespodzianki dla przyszłych gości czy lokatorów. Choć, cholera, te gnoje swoje jajka zakopywały, więc…
… skrzywiła się na tę myśl. Czy, gdzie, kiedy – mało przyjemna zagadka i nie do rozwiązania w burzową noc.
Co mogła stąd zabrać, by nie przykuć zbytniej uwagi? W co mogła wsadzić te niewielkie stwory, żeby rozwiązać gdzie indziej ich kwestię? Na pierwszy rzut oka nic nie widziała, zostawało więc przejść się po pokoju. Na ścianie coś błysnęło – odbiło światło różdżki. Bones zatrzymała się na chwilę, przyglądając się… obrazowi. Nie był taki zwykły, kryło się w nim coś więcej niż tylko formy nakreślone farbami na płótnie. Kobieta przed zwierciadłem, czytająca… list? Coś innego? I właśnie; zwierciadło – twórca tego obrazu pozostawił w nim odrobinę magii, bo wydawało się naprawdę odbijać. Głównie twarz czytającej, ale również i światło; jakby tylko ten element rzeczywistości, utkany w całości z magii, wdzierał się do świata uwięzionego w ramie.
Było w tym coś niepokojącego.
Ale czas płynął – nie mogła i nie chciała sobie pozwolić na kolejne polowanie na bahanki, więc po prostu zmusiła meble, z pomocą magii, do pokazania, co kryły w swych wnętrzach. Materiały to ostateczność i nie kwapiła się do sięgania po nie ze względu na pewną przegraną z zębami (o ile wpadłyby na to, żeby ich użyć, oczywiście), więc coś twardszego, najlepiej zamykanego… Nie, nie traciła czasu na bardzo dokładne przetrząsanie tego wszystkiego, szukając…
… doniczki? Stała w kącie, przysłonięta komodą, więc niedziwne, że nie przyuważyła od razu. Taka cięższa, większa, konkretniejsza – albo nigdy w niej kwiatek nie zamieszkał, albo już dawno opuścił ten padół i po prostu zwolniło się miejsce na kolejny. Co nigdy nie nastąpiło. Problem się rozwiązał – jak meblom kazała się pootwierać, tak teraz miały się pozamykać; naprawę starała się niczego nie dotykać, nie tylko nie będąc pewną, czy przypadkiem na czymś nie ciąży jakaś klątwa, ale i również nie chcąc zostawić jakichkolwiek śladów po sobie.
Mrucząc coś pod nosem powrzucała – magicznie, a jakże; nie miała zamiaru ich dotykać – bahanki do doniczki i przykryła ją podstawką, na której ta wcześniej stała. No dobra, chyba można się stąd zawijać… chyba…
- Brenn? Mam winowajców! – zawołała, wkraczając na schody i lewitując przed sobą tymczasowe więzienie.