07.02.2024, 01:45 ✶
— Samodzielnie? Byłoby ciężko. Miałbym z nim jakieś szanse, gdyby udało się go odizolować, powiedzmy w Wielkiej Sali czy jakiejś mniejszej klasie lekcyjnej. I musiałoby to być poza rokiem szkolnym, w trakcie ferii albo wakacji — wyjaśnił krótko. — Tylko że po takim czasie pewnie i tak nazbierał już sporo energii ze swoich psikusów. Oczywiście, zawsze można liczyć na to, że wyzbywa się tej siły, gdy praktycznie nikogo nie ma w zamku. Jakoś musi podtrzymywać swoją egzystencję, gdy nie ma jak się... karmić.
Widok kompletnego skonfundowania na twarzy Brenny sprawił, że aż się uśmiechnął. Był to jeden z tych gestów, jakie można było ujrzeć u nauczycieli, którzy pokazują jedenastoletnim czarodziejom i czarownicom absolutne cuda, nie tłumacząc jednak, jak udało się je wykonać. Przez moment pławił się w niezrozumieniu panny Longbottom. Wyglądała wtedy prawie jak zwykła, niewinna czarownica, która nie lata na co dzień za czarnoksiężnikami i kryształowymi czaszkami.
— Nie, ale ty najwidoczniej jesteś wyjątkowa i ciskasz mocniejszymi zaklęciami niż typowa czarownica — odparł, wzdychając ciężko.
Czyżby właśnie podbudował jej samoocenę? Ojej.
— A masz dużo wolnego czasu? — Zerknął na nią przez ramię, zatrzymując wzrok na dłużej na jej twarzy. No tak... Przecież to była Brenna. Po co w ogóle pytał? Nawet jeśli miała jakieś dziury w kalendarzu, to pewnie na bieżąco je wypełniała. Albo wyrywała puste kartki, żeby się nie stresować kilkoma wolnymi godzinami w dniu. — Jeśli nie chcesz z nim chodzić na zajęcia rehabilitacyjne z leczenia zaburzeń równowagi, to nie machaj tym na prawo i lewo. Nie wszystkie sesje są refundowane.
Musiał przyznać, że był pod wrażeniem własnej pewności siebie. Prawie sam uwierzył, że na jednym z pięter Szpitala św. Munga znajduje się klinika rehabilitacyjna dla duchów cierpiących na przewlekłe zawroty głowy czy problemy z błędnikiem. Zagryzł dolną wargę, robiąc co w jego mocy, aby powstrzymać uśmiech, próbujący wedrzeć się na jego usta. Czy on... Dobrze się bawił na zleceniu z Brenną Longbottom. Na Matkę, chyba czas wrócić do przedpołudniowych modlitw. Tracę zmysły, pomyślał, wzdrygając się.
— Owszem. Dokładnie to mam na myśli — potwierdził, szarpiąc za klamkę od strychu, a gdy ta puściła, zaprosił Brygadzistkę do środka. Nie miał zamiaru rezygnować ze swojej żywej tarczy. — Zapraszam.
Odliczył do dziesięciu, zanim przekroczył próg poddasza. Wolał się upewnić, że jeśli poltergeist zdołał w międzyczasie uwolnić jakieś duchy, to te nie skupią się na jedynej osobie, która mogła je odegnać. Magia Rozproszenia w rękach Brenny mogła być potężną bronią, ale miał wątpliwości co do tego, czy poradziłaby sobie nawet z jedną istotą ukrytą pośród pokrytych kurzem biblioteczek, regałów i...
— Święta Matko i wszystkie cuda natury — wyszeptał Sebastian, kręcąc się w miejscu, dopóki nie zakręciło mu się w głowie. Przecież to było czyste szaleństwo. To było jak trzymanie najważniejszych dokumentów kraju w tym samym pokoju co kolekcji nigdy niegasnących świeczek, które na dodatek miały tendencje do samodzielnej lewitacji. — On kompletnie oszalał. To najgorszy spadek, jaki można po sobie zostawić.
Podszedł do wysłużonej kanapy obładowanej pudełkami, a drewniana podłoga zajęczała przeraźliwie pod jego ciężarem. Spodziewał się ujrzeć pojedyncze artefakty porozstawiane niczym trofea na regałach, półkach, piedestałach i parapetach. To by pasowało do sędziwego egzorcysty, który celebrował każdy akt swojej pracy. I owszem, w niektórych kątach można było ujrzeć coś w tym stylu. Sebastian zwrócił jednak uwagę na to, co najgorsze... Czyli kartonowe pudła rozsiane po całym strychu, niekiedy nawet jedno na drugim, jakby stary Everlasting próbował zbudować z nich kolumny w swojej prywatnej świątyni.
— Mówiłaś, że jest źle, ale nie sądziłem, że jest aż tak źle — przyznał, drapiąc się czubkiem różdżki po łopatce. Zgarbił się, rozglądając się bezwiednie. Ten strych przypominał tykającą bombę lub taką, która już zaczynała uwalniać swój ładunek. — Parszywa sprawa. Spróbuj otworzyć któreś z nich. Tylko ostrożnie. — Machnął różdżko, otwierając jedno z pudeł i zajrzał ostrożnie do środka. Powietrze zawibrowało, jakby Sebastian w ten sposób uwolnił minimalny ładunek magiczny skrywany pod wiekiem od miesięcy, jeśli nie lat. — Zaczynam podejrzewać, że on nie tyle coś badał, a po prostu zaczął kolekcjonować te duchy.
Uniósł w powietrze zegarek z otwieranym wieczkiem, który zaczął się powoli obracać. Macmillan zaczął przyglądać mu się z uwagą. Nie sposób było jednak na pierwszy rzut oka ocenić, ile czasu minęło, odkąd Everlasting z niego skorzystał. Mężczyzna wziął głęboki oddech i przymknął oczy, formując w głowie obraz znajdującego się przed nim zegarka. Może mógłby się z nim zestroić i...
— Mamy pierwszego — oznajmił zdołowanym tonem, odkładając naczynie na miejsce.
Widok kompletnego skonfundowania na twarzy Brenny sprawił, że aż się uśmiechnął. Był to jeden z tych gestów, jakie można było ujrzeć u nauczycieli, którzy pokazują jedenastoletnim czarodziejom i czarownicom absolutne cuda, nie tłumacząc jednak, jak udało się je wykonać. Przez moment pławił się w niezrozumieniu panny Longbottom. Wyglądała wtedy prawie jak zwykła, niewinna czarownica, która nie lata na co dzień za czarnoksiężnikami i kryształowymi czaszkami.
— Nie, ale ty najwidoczniej jesteś wyjątkowa i ciskasz mocniejszymi zaklęciami niż typowa czarownica — odparł, wzdychając ciężko.
Czyżby właśnie podbudował jej samoocenę? Ojej.
— A masz dużo wolnego czasu? — Zerknął na nią przez ramię, zatrzymując wzrok na dłużej na jej twarzy. No tak... Przecież to była Brenna. Po co w ogóle pytał? Nawet jeśli miała jakieś dziury w kalendarzu, to pewnie na bieżąco je wypełniała. Albo wyrywała puste kartki, żeby się nie stresować kilkoma wolnymi godzinami w dniu. — Jeśli nie chcesz z nim chodzić na zajęcia rehabilitacyjne z leczenia zaburzeń równowagi, to nie machaj tym na prawo i lewo. Nie wszystkie sesje są refundowane.
Musiał przyznać, że był pod wrażeniem własnej pewności siebie. Prawie sam uwierzył, że na jednym z pięter Szpitala św. Munga znajduje się klinika rehabilitacyjna dla duchów cierpiących na przewlekłe zawroty głowy czy problemy z błędnikiem. Zagryzł dolną wargę, robiąc co w jego mocy, aby powstrzymać uśmiech, próbujący wedrzeć się na jego usta. Czy on... Dobrze się bawił na zleceniu z Brenną Longbottom. Na Matkę, chyba czas wrócić do przedpołudniowych modlitw. Tracę zmysły, pomyślał, wzdrygając się.
— Owszem. Dokładnie to mam na myśli — potwierdził, szarpiąc za klamkę od strychu, a gdy ta puściła, zaprosił Brygadzistkę do środka. Nie miał zamiaru rezygnować ze swojej żywej tarczy. — Zapraszam.
Odliczył do dziesięciu, zanim przekroczył próg poddasza. Wolał się upewnić, że jeśli poltergeist zdołał w międzyczasie uwolnić jakieś duchy, to te nie skupią się na jedynej osobie, która mogła je odegnać. Magia Rozproszenia w rękach Brenny mogła być potężną bronią, ale miał wątpliwości co do tego, czy poradziłaby sobie nawet z jedną istotą ukrytą pośród pokrytych kurzem biblioteczek, regałów i...
— Święta Matko i wszystkie cuda natury — wyszeptał Sebastian, kręcąc się w miejscu, dopóki nie zakręciło mu się w głowie. Przecież to było czyste szaleństwo. To było jak trzymanie najważniejszych dokumentów kraju w tym samym pokoju co kolekcji nigdy niegasnących świeczek, które na dodatek miały tendencje do samodzielnej lewitacji. — On kompletnie oszalał. To najgorszy spadek, jaki można po sobie zostawić.
Podszedł do wysłużonej kanapy obładowanej pudełkami, a drewniana podłoga zajęczała przeraźliwie pod jego ciężarem. Spodziewał się ujrzeć pojedyncze artefakty porozstawiane niczym trofea na regałach, półkach, piedestałach i parapetach. To by pasowało do sędziwego egzorcysty, który celebrował każdy akt swojej pracy. I owszem, w niektórych kątach można było ujrzeć coś w tym stylu. Sebastian zwrócił jednak uwagę na to, co najgorsze... Czyli kartonowe pudła rozsiane po całym strychu, niekiedy nawet jedno na drugim, jakby stary Everlasting próbował zbudować z nich kolumny w swojej prywatnej świątyni.
— Mówiłaś, że jest źle, ale nie sądziłem, że jest aż tak źle — przyznał, drapiąc się czubkiem różdżki po łopatce. Zgarbił się, rozglądając się bezwiednie. Ten strych przypominał tykającą bombę lub taką, która już zaczynała uwalniać swój ładunek. — Parszywa sprawa. Spróbuj otworzyć któreś z nich. Tylko ostrożnie. — Machnął różdżko, otwierając jedno z pudeł i zajrzał ostrożnie do środka. Powietrze zawibrowało, jakby Sebastian w ten sposób uwolnił minimalny ładunek magiczny skrywany pod wiekiem od miesięcy, jeśli nie lat. — Zaczynam podejrzewać, że on nie tyle coś badał, a po prostu zaczął kolekcjonować te duchy.
Uniósł w powietrze zegarek z otwieranym wieczkiem, który zaczął się powoli obracać. Macmillan zaczął przyglądać mu się z uwagą. Nie sposób było jednak na pierwszy rzut oka ocenić, ile czasu minęło, odkąd Everlasting z niego skorzystał. Mężczyzna wziął głęboki oddech i przymknął oczy, formując w głowie obraz znajdującego się przed nim zegarka. Może mógłby się z nim zestroić i...
— Mamy pierwszego — oznajmił zdołowanym tonem, odkładając naczynie na miejsce.