06.02.2024, 21:39 ✶
Ostatnią rzeczą, którą zapamiętała tuż przed cięciem bezkresnej bieli, był blask ostrza Arcykapłanki. Oraz nadgarstkowa rysa, z której trysnęła świeża krew.
Czy ona naprawdę to zrobiła? Jak bardzo można było łaknąć atencji?
To nie tak, iż widok ten nią nie wstrząsnął – wręcz przeciwnie. Rozsadzała ją pęczniejąca złość, irytacja na durną, młodą kapłankę, która w chwili kaprysu chciała odebrać sobie życie. W imię czego?
W imię niczego – co chwilę później miało jeszcze mniej znaczenia.
Leżała wypłowiała, niecodzienna i wycięta ze swojej rzeczywistości na siennym dywanie, oczyma lustrując puch chmurnych obłoków. Powstając na nogi, odkryła iż gdziekolwiek i kiedykolwiek się znajdowała, było to miejsce jak najbardziej realne i namacalne. Nie dryfowały nad nią żadne piekielne demony, powietrze nie zamieniło się w płonącą siarkę, a trawa była zielona, jak to trawa.
Poczuła szarpnięcie nadgarstka, ale zamiast żądnej krwi kapłanki, ujrzała Leviego. Powróciła do siebie z myślą, że nigdy więcej do niezręczności nie wróci. Stanie się ona wspomnieniem ledwie mglistym, cichą nutą przeszłości, która z czasem zamilknie na zawsze
Głębszy oddech, drżący zabolał w głębokościach płuc, rozpierał jednocześnie pierś. Uśmiechnęła się, na chwilę mrużąc oczy. Wyglądał groźnie, tak jakby gotów był odgryźć komuś fragment mięśnia z ciała.
– Chyba nic mi nie jest. A tobie?– zeszła z kopca za jego pomocą. Dłoń powędrowała do kieszeni sukienki, lecz sięgnąwszy po różdżkę, od razu wiedziała, że coś jest nie tak. Nie przepływała przez nią magia, ale nie podzieliła się tym z Levim. Sam to zaraz odkryje.
Zatrzymani na skraju, w samym przedsionku niecodziennej scenerii szeregów złotego pola, zaczęła rozważać w jakim stopniu historie o magicznej świętości mogą się stać prawdziwe, czy rzeczywiście niewiernych karano lękiem nie do zniesienia, dłonie, dygoczące w malignie stałyby się nieporadne, a nogi niedługo później rozmiękłyby niczym wata, szukając drogi ucieczki. Nie rozumiała do końca potrzeby tych wszystkich świątyń, kapłanów pełniących niby zaszczytne, jakże chwalebne funkcje. Ale teraz, w zagnieżdżonym głęboko niepokoju, pozostawała w ukryciu własnej moralności i wiary. Czy była tchórzem? Może trochę tak. Na pewno w starciu z nieznaną sobie bestią, wolała być rozważna.
Ich oczom chwilę później ukazał się Murtagh.
– Czy wiesz co się dzieje, Murtagh? – zapytała, no bo kogo właściwie miała innego zapytać, jeżeli nie samego Macmillana. Sarah o swoim bracie niewiele mówiła, a Septima wiedziała jedynie tyle, że jest mroczny i zajmuje poważane stanowisko w Ministerstwie. Subtelnego, szarego cienia przemierzającego pszenicę początkowo nie zauważyła, nie dopóki nie zbliżył się wystarczająco blisko, aby dojrzeć w nim postać kobiety z sierpem.
Westchnęła ociężale, przekręcając głową na pytania Leviego. Znając Macmillanowe czary i dyrdymały, odpowiedzi nie dostaną. Za to sama odezwała się, zezując to na kobietę, to na wspomniane zboże.
—Jak to się robi? — zagadnęła nieśmiało, bo raz, że na wsi nigdy nie mieszkała, a dwa... nie była pewna, jak takie rzeczy robiło się bez różdżek.
Czy ona naprawdę to zrobiła? Jak bardzo można było łaknąć atencji?
To nie tak, iż widok ten nią nie wstrząsnął – wręcz przeciwnie. Rozsadzała ją pęczniejąca złość, irytacja na durną, młodą kapłankę, która w chwili kaprysu chciała odebrać sobie życie. W imię czego?
W imię niczego – co chwilę później miało jeszcze mniej znaczenia.
Leżała wypłowiała, niecodzienna i wycięta ze swojej rzeczywistości na siennym dywanie, oczyma lustrując puch chmurnych obłoków. Powstając na nogi, odkryła iż gdziekolwiek i kiedykolwiek się znajdowała, było to miejsce jak najbardziej realne i namacalne. Nie dryfowały nad nią żadne piekielne demony, powietrze nie zamieniło się w płonącą siarkę, a trawa była zielona, jak to trawa.
Poczuła szarpnięcie nadgarstka, ale zamiast żądnej krwi kapłanki, ujrzała Leviego. Powróciła do siebie z myślą, że nigdy więcej do niezręczności nie wróci. Stanie się ona wspomnieniem ledwie mglistym, cichą nutą przeszłości, która z czasem zamilknie na zawsze
Głębszy oddech, drżący zabolał w głębokościach płuc, rozpierał jednocześnie pierś. Uśmiechnęła się, na chwilę mrużąc oczy. Wyglądał groźnie, tak jakby gotów był odgryźć komuś fragment mięśnia z ciała.
– Chyba nic mi nie jest. A tobie?– zeszła z kopca za jego pomocą. Dłoń powędrowała do kieszeni sukienki, lecz sięgnąwszy po różdżkę, od razu wiedziała, że coś jest nie tak. Nie przepływała przez nią magia, ale nie podzieliła się tym z Levim. Sam to zaraz odkryje.
Zatrzymani na skraju, w samym przedsionku niecodziennej scenerii szeregów złotego pola, zaczęła rozważać w jakim stopniu historie o magicznej świętości mogą się stać prawdziwe, czy rzeczywiście niewiernych karano lękiem nie do zniesienia, dłonie, dygoczące w malignie stałyby się nieporadne, a nogi niedługo później rozmiękłyby niczym wata, szukając drogi ucieczki. Nie rozumiała do końca potrzeby tych wszystkich świątyń, kapłanów pełniących niby zaszczytne, jakże chwalebne funkcje. Ale teraz, w zagnieżdżonym głęboko niepokoju, pozostawała w ukryciu własnej moralności i wiary. Czy była tchórzem? Może trochę tak. Na pewno w starciu z nieznaną sobie bestią, wolała być rozważna.
Ich oczom chwilę później ukazał się Murtagh.
– Czy wiesz co się dzieje, Murtagh? – zapytała, no bo kogo właściwie miała innego zapytać, jeżeli nie samego Macmillana. Sarah o swoim bracie niewiele mówiła, a Septima wiedziała jedynie tyle, że jest mroczny i zajmuje poważane stanowisko w Ministerstwie. Subtelnego, szarego cienia przemierzającego pszenicę początkowo nie zauważyła, nie dopóki nie zbliżył się wystarczająco blisko, aby dojrzeć w nim postać kobiety z sierpem.
Westchnęła ociężale, przekręcając głową na pytania Leviego. Znając Macmillanowe czary i dyrdymały, odpowiedzi nie dostaną. Za to sama odezwała się, zezując to na kobietę, to na wspomniane zboże.
—Jak to się robi? — zagadnęła nieśmiało, bo raz, że na wsi nigdy nie mieszkała, a dwa... nie była pewna, jak takie rzeczy robiło się bez różdżek.