06.02.2024, 17:28 ✶
Tylko ktoś ogarnięty szaleństwem mógł zdecydować się na zamieszkanie w głębinach Lasu Wisielców. Ale czy Szeptucha nie była szalona?
Łamany chrust trzaskał pod butami Leona Bletcheya, gdy ten przedzierał się przez leśną gęstwinę. Dźwięk ten nie był ani przesadnie głośny, ani dziwny a jednak w tym konkretnym lesie niósł się bardziej, uderzał w uszy Leona, jakby szepcząc do niego, że znajdował się tutaj sam. Bez towarzystwa żywych ludzi, ptaków, zwierząt, choćby i mrówek lub pająków. Sam w miejscu, które przez wieki stało się świadkiem niezliczonej liczby śmierci – czy to winnych straceńców, czy nieszczęśników, którzy postanowili zakończyć tu swoje życie.
A jednak, poza tą nieprzyjemną aurą śmierci, Las Wisielców pozostawał lasem. Runo leśne pełne było opadłych z drzew martwych gałązek i zgniłych liści. Grube, poskręcane jak ręce starej kobiety korzenie wiekowych drzew wyłaniały się z ziemi i oplatały porośnięte mchem kamienie. Było w tym coś ostrzegawczego, jak niema obietnica, że jeśli tylko Leon spróbuje, jeśli tylko poluzuje pasek od spodni, jakaś niedobra siła znajdzie mu odpowiednie drzewo a potem utuli jego trupa na wieki. Wiatr poruszył koronami drzew, coś stuknęło, jakby ciało obijające się o drzewo? Ale jeśli uniósł głowę, nie dostrzegł ciała, dostrzegł wiszącą na jednym z drzew kawałek starej szmaty, która kiedyś – w czasach swojej świetności – mogła być pewnie czyimś płaszczem.
Światło wydobywające się z różdżki oświetliło dużą, misternie utkaną między gałęziami świerku pajęczynę. Znajdowało się w niej przynajmniej osiem malutkich kokonów. Ich martwi lokatorzy już na wieki mieli pozostać nieświadomi, że śmierć sięgnęła także ich oprawcę. Sporej wielkości pająk leżał zwinięty w kulkę tuż pod pajęczyną.
Po ominięciu jej Leon dostrzegł ścieżkę – dla innych jeszcze mniej gościnną niż dla niego – wąską i wydeptaną, prowadzącą przez utkaną z konarów niewielką bramę. Za nią, w drewnianej chacie, mieszkała Szeptucha.
- Nie warto było do mnie iść – powiedziała mu na powitanie, nawet nie podnosząc głowy. Klęczała przy jednej z kilku grządek i gołymi rękoma zakopywała malutkie zawiniątko. Ubrana była w czarne łachmany. Ciemne włosy opadały jej na twarz, niemal zupełnie ją zakrywając. – Wszystko umiera.
Kilka metrów za nią znajdowała się drewniana chata. Została poczerniona smołą, by długie belki nie padły ofiarą korników. Mimo lipca, z komina wydobywał się dym.
- Co cię do mnie sprowadza synu Hestii?
Łamany chrust trzaskał pod butami Leona Bletcheya, gdy ten przedzierał się przez leśną gęstwinę. Dźwięk ten nie był ani przesadnie głośny, ani dziwny a jednak w tym konkretnym lesie niósł się bardziej, uderzał w uszy Leona, jakby szepcząc do niego, że znajdował się tutaj sam. Bez towarzystwa żywych ludzi, ptaków, zwierząt, choćby i mrówek lub pająków. Sam w miejscu, które przez wieki stało się świadkiem niezliczonej liczby śmierci – czy to winnych straceńców, czy nieszczęśników, którzy postanowili zakończyć tu swoje życie.
A jednak, poza tą nieprzyjemną aurą śmierci, Las Wisielców pozostawał lasem. Runo leśne pełne było opadłych z drzew martwych gałązek i zgniłych liści. Grube, poskręcane jak ręce starej kobiety korzenie wiekowych drzew wyłaniały się z ziemi i oplatały porośnięte mchem kamienie. Było w tym coś ostrzegawczego, jak niema obietnica, że jeśli tylko Leon spróbuje, jeśli tylko poluzuje pasek od spodni, jakaś niedobra siła znajdzie mu odpowiednie drzewo a potem utuli jego trupa na wieki. Wiatr poruszył koronami drzew, coś stuknęło, jakby ciało obijające się o drzewo? Ale jeśli uniósł głowę, nie dostrzegł ciała, dostrzegł wiszącą na jednym z drzew kawałek starej szmaty, która kiedyś – w czasach swojej świetności – mogła być pewnie czyimś płaszczem.
Światło wydobywające się z różdżki oświetliło dużą, misternie utkaną między gałęziami świerku pajęczynę. Znajdowało się w niej przynajmniej osiem malutkich kokonów. Ich martwi lokatorzy już na wieki mieli pozostać nieświadomi, że śmierć sięgnęła także ich oprawcę. Sporej wielkości pająk leżał zwinięty w kulkę tuż pod pajęczyną.
Po ominięciu jej Leon dostrzegł ścieżkę – dla innych jeszcze mniej gościnną niż dla niego – wąską i wydeptaną, prowadzącą przez utkaną z konarów niewielką bramę. Za nią, w drewnianej chacie, mieszkała Szeptucha.
- Nie warto było do mnie iść – powiedziała mu na powitanie, nawet nie podnosząc głowy. Klęczała przy jednej z kilku grządek i gołymi rękoma zakopywała malutkie zawiniątko. Ubrana była w czarne łachmany. Ciemne włosy opadały jej na twarz, niemal zupełnie ją zakrywając. – Wszystko umiera.
Kilka metrów za nią znajdowała się drewniana chata. Została poczerniona smołą, by długie belki nie padły ofiarą korników. Mimo lipca, z komina wydobywał się dym.
- Co cię do mnie sprowadza synu Hestii?