06.02.2024, 15:04 ✶
- A gdzie w tym zabawa? - Zapytała, ale przy tym wzruszyła ramionami. To tak naprawdę było zupełnie nieistotne. - Oooh, moja matka tszyma w kowenie pytona khólewskiego, ale ja nie mam własnych. Pszesiaduję z nimi w posiadłości w Little Hangleton, a zajmują się nimi Quillelowie. - Odpowiedziała mu, nie tracąc przy tym serdecznego, nieco rozmarzonego uśmiechu.
Posiadłość Gauntów była straszna. Przypominała o tak wielu sprawach, o których nikt nie chciał pamiętać. Zniszczona fasada budynku popękała już lekko, ale jego wnętrze wciąż żyło. Wielkie sale, w tym ta największa - z oszkloną kopułą, pod którą zawsze latały jakieś zagubione ptaki - wszystkie wypełnione klatkami i terrariami, w których Gauntowie nazbierali tak wiele rzadkich okazów, że ciężko było znaleźć w Europie inne miejsce cieszące się tak obszerną listą gatunków. To wszystko w otoczce legend o upadłej rodzinie, o tym jak nisko da się upaść, aby zachować czystą linię krwi, jak wiele szaleństwa potrafi tkwić w głowach pozornie normalnych ludzi...
Ale dla Macmillan to był przecież drugi dom. Te smutne, puste korytarze, nosiły niegdyś jej śmiech. Odbijał się echem po pustych pokojach i wracał do jej uszu, tworząc wspomnienia z dzieciństwa.
- Haa, mówiłam. Zawsze uważałam, że jest w nas coś melancholijnego, jakby Matka spędziła nad nami zdecydowanie za dużo czasu, aby upodobnić nas do siebie. - Do księżyca. - Choć niewątpliwie bardziej nad nią. Albinizm, ze wszystkimi swoimi wadami, bardzo łatwo wpisywał człowieka w narrację bycia wybrańcem Pani Księżyca. - W małym świecie istniałyby odludzia? - Zapytała. Tylko czy na to pytanie istniała odpowiedź? - O... okej? - Jakoś dziwnie powiedział to słowo przyjaciel, ale niektóre rzeczy chyba wypadało puścić mimo uszu. Skoro przyjaciel, to się nie pokłócili, a dlaczego się tak zawahał... To głupie, ale prędzej zapytałaby o szczegóły Laurenta, niż Leviathana. No bo Laurentowi ufała niemal bezgranicznie. - Coś mi mówi, że smoki nie polubią mnie tak jak węże. - Zachichotała. - Ale zawsze lubiłam Walię - jakby to nie było oczywiste... przecież spotkali się na jej wybrzeżu, w domu, który kazała sobie postawić - więc chętnie zobaczyłabym krajobrazy tego lezelwatu...
Czy to było możliwe? Wystarczyło będąc pogrążoną w głębokim smutku za facetem, dla którego najwyraźniej nigdy, nawet po najsilniejszym rytuale w historii świata, nie będzie tą jedyną, z którą wziąłby ślub... powiedzieć ojcu tak? Zgodzić się na spotkanie z tajemniczym jegomościem, który nagle okazywał się nie być kimś kochającym zwierzęta, kimś z kim dzieliła serdecznych przyjaciół, kimś... kto się pojawił się, żeby z nią porozmawiać i pokonywał... nieśmiałość? Jej policzki zrobiły się czerwone. Nie dało się tego ukryć, bo przecież jej skóra była blada jak ściana. Od alkoholu, czy od jego obecności?
Oczywiście, że zaraz coś się zepsuje, przecież nic nigdy nie układało się po jej myśli, więc...
Dlaczego tak bardzo chciała w to wierzyć?
Stuknęli się kieliszkami, pogrążeni w rozmowie.
Posiadłość Gauntów była straszna. Przypominała o tak wielu sprawach, o których nikt nie chciał pamiętać. Zniszczona fasada budynku popękała już lekko, ale jego wnętrze wciąż żyło. Wielkie sale, w tym ta największa - z oszkloną kopułą, pod którą zawsze latały jakieś zagubione ptaki - wszystkie wypełnione klatkami i terrariami, w których Gauntowie nazbierali tak wiele rzadkich okazów, że ciężko było znaleźć w Europie inne miejsce cieszące się tak obszerną listą gatunków. To wszystko w otoczce legend o upadłej rodzinie, o tym jak nisko da się upaść, aby zachować czystą linię krwi, jak wiele szaleństwa potrafi tkwić w głowach pozornie normalnych ludzi...
Ale dla Macmillan to był przecież drugi dom. Te smutne, puste korytarze, nosiły niegdyś jej śmiech. Odbijał się echem po pustych pokojach i wracał do jej uszu, tworząc wspomnienia z dzieciństwa.
- Haa, mówiłam. Zawsze uważałam, że jest w nas coś melancholijnego, jakby Matka spędziła nad nami zdecydowanie za dużo czasu, aby upodobnić nas do siebie. - Do księżyca. - Choć niewątpliwie bardziej nad nią. Albinizm, ze wszystkimi swoimi wadami, bardzo łatwo wpisywał człowieka w narrację bycia wybrańcem Pani Księżyca. - W małym świecie istniałyby odludzia? - Zapytała. Tylko czy na to pytanie istniała odpowiedź? - O... okej? - Jakoś dziwnie powiedział to słowo przyjaciel, ale niektóre rzeczy chyba wypadało puścić mimo uszu. Skoro przyjaciel, to się nie pokłócili, a dlaczego się tak zawahał... To głupie, ale prędzej zapytałaby o szczegóły Laurenta, niż Leviathana. No bo Laurentowi ufała niemal bezgranicznie. - Coś mi mówi, że smoki nie polubią mnie tak jak węże. - Zachichotała. - Ale zawsze lubiłam Walię - jakby to nie było oczywiste... przecież spotkali się na jej wybrzeżu, w domu, który kazała sobie postawić - więc chętnie zobaczyłabym krajobrazy tego lezelwatu...
Czy to było możliwe? Wystarczyło będąc pogrążoną w głębokim smutku za facetem, dla którego najwyraźniej nigdy, nawet po najsilniejszym rytuale w historii świata, nie będzie tą jedyną, z którą wziąłby ślub... powiedzieć ojcu tak? Zgodzić się na spotkanie z tajemniczym jegomościem, który nagle okazywał się nie być kimś kochającym zwierzęta, kimś z kim dzieliła serdecznych przyjaciół, kimś... kto się pojawił się, żeby z nią porozmawiać i pokonywał... nieśmiałość? Jej policzki zrobiły się czerwone. Nie dało się tego ukryć, bo przecież jej skóra była blada jak ściana. Od alkoholu, czy od jego obecności?
Oczywiście, że zaraz coś się zepsuje, przecież nic nigdy nie układało się po jej myśli, więc...
Dlaczego tak bardzo chciała w to wierzyć?
Stuknęli się kieliszkami, pogrążeni w rozmowie.
Koniec sesji
she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
a flower of melodrama
in eternal bloom.