05.02.2024, 20:37 ✶
– Dziwne, że w ogóle mieszka w Little Hangleton, gdzie mugole oddychają tym samym powietrzem. Może powinnam wysłać mu uprzejmy, anonimowy liścik „panie Rookwood, wdycha pan powietrze, które wcześniej mieli w płucach mugole, ergo, jest pan po części mugolem”. Może przestałby oddychać i umarł przez uduszenie – oświadczyła Brenna jeszcze z poważną miną nim przemieniła się w wilka.
Cóż, lubiła snuć różne absurdalne wizja, a ta nie była nawet aż tak nieprawdopodobna, czyż nie…?
*
– Proszę, żadnych krwiożerczych wampirów. Ostatnio dostaję sprawy związane z wampirami trochę za często.
Brenna aż się wzdrygnęła. Może była to pewna hipokryzja z jej strony, że absolutnie ignorowała to, że Zimni zapewne umarli i wrócili do życia, a ich niską temperaturę wrzucała do worka „teraz taki ich urok, trzeba się tego pozbyć po prostu dla ich bezpieczeństwa”, a jednocześnie uważała istnienie wampirów za coś nienaturalnego. Starała się nie dać tego po sobie pokazać, próbowała pamiętać, że oni też wciąż czują, ale gdzieś w głowie miała myśl, że gdy przejmie nad nimi władzę głód – nie będą troszczyć się o nic i o nikogo.
– Ehem, nie to, że wątpię w twoje zdolności w tym zakresie, ale jak miałabym zabrać wtedy to ciało? Transmutować i włożyć do kieszeni? Trochę się boję skutków – roześmiała się na odpowiedź kuzynki. Mavelle zapewne potrafiłaby odwrócić uwagę patologa czy strażnika całkiem skutecznie. Jeśli szło o flirtowanie ona i Erik… nawet nie dało się powiedzieć, że byli od Brenny kilka razy lepsi, bo przecież mnożenie przez zero zawsze dawało wynik zero.
Ale Brenna obawiała się, że nawet uroda i charyzma Bones nie wystarczyłaby do odwracania uwagi tak dobrze, aby ona mogła spokojnie porwać ciało.
– Dlatego… może zacznijmy tak… – powiedziała i obróciła się wokół własnej osi, szepcąc cicho inkantację appare vestigum. Złocisty proszek posypał się z jej różdżki, pokrył podłogę i meble. Pojawiały się w nim ślady wilczych łap i stóp – ich własny trop. Nic więcej. Żaden z policjantów, którzy tu weszli, nie zostawił po sobie śladów, bo nie miał w sobie magii. Nic nie wskazywało też na to, że w salonie znajdowały się magiczne przedmioty albo jakieś zabezpieczenia. – W porządku, jeżeli zabił go jakiś magiczny przedmiot, to nie znajdował się w salonie… ale skoro znaleziono go tutaj, to popatrz, tuż obok jest szafka z telefonem. – Brenna podeszła bliżej i wskazała na mebel. – Niekoniecznie więc odniósł obrażenia tutaj. Mógł się tu przyczołgać i chciał zadzwonić po pomoc, ale nie zdążył. I taka wersja wykluczałaby też, że zaatakował go jakiś czarodziej, bo nie miałby szansy dotrzeć aż tutaj. Cholera, może trzeba było najpierw ukraść policyjne raporty albo skonfundować jakiegoś mugola… w każdym razie… rozdzielamy się, i jedna sprawdza piwnicę, druga piętro, czy idziemy na górę razem? – zapytała, odwracając się w stronę schodów.
Cóż, lubiła snuć różne absurdalne wizja, a ta nie była nawet aż tak nieprawdopodobna, czyż nie…?
*
– Proszę, żadnych krwiożerczych wampirów. Ostatnio dostaję sprawy związane z wampirami trochę za często.
Brenna aż się wzdrygnęła. Może była to pewna hipokryzja z jej strony, że absolutnie ignorowała to, że Zimni zapewne umarli i wrócili do życia, a ich niską temperaturę wrzucała do worka „teraz taki ich urok, trzeba się tego pozbyć po prostu dla ich bezpieczeństwa”, a jednocześnie uważała istnienie wampirów za coś nienaturalnego. Starała się nie dać tego po sobie pokazać, próbowała pamiętać, że oni też wciąż czują, ale gdzieś w głowie miała myśl, że gdy przejmie nad nimi władzę głód – nie będą troszczyć się o nic i o nikogo.
– Ehem, nie to, że wątpię w twoje zdolności w tym zakresie, ale jak miałabym zabrać wtedy to ciało? Transmutować i włożyć do kieszeni? Trochę się boję skutków – roześmiała się na odpowiedź kuzynki. Mavelle zapewne potrafiłaby odwrócić uwagę patologa czy strażnika całkiem skutecznie. Jeśli szło o flirtowanie ona i Erik… nawet nie dało się powiedzieć, że byli od Brenny kilka razy lepsi, bo przecież mnożenie przez zero zawsze dawało wynik zero.
Ale Brenna obawiała się, że nawet uroda i charyzma Bones nie wystarczyłaby do odwracania uwagi tak dobrze, aby ona mogła spokojnie porwać ciało.
– Dlatego… może zacznijmy tak… – powiedziała i obróciła się wokół własnej osi, szepcąc cicho inkantację appare vestigum. Złocisty proszek posypał się z jej różdżki, pokrył podłogę i meble. Pojawiały się w nim ślady wilczych łap i stóp – ich własny trop. Nic więcej. Żaden z policjantów, którzy tu weszli, nie zostawił po sobie śladów, bo nie miał w sobie magii. Nic nie wskazywało też na to, że w salonie znajdowały się magiczne przedmioty albo jakieś zabezpieczenia. – W porządku, jeżeli zabił go jakiś magiczny przedmiot, to nie znajdował się w salonie… ale skoro znaleziono go tutaj, to popatrz, tuż obok jest szafka z telefonem. – Brenna podeszła bliżej i wskazała na mebel. – Niekoniecznie więc odniósł obrażenia tutaj. Mógł się tu przyczołgać i chciał zadzwonić po pomoc, ale nie zdążył. I taka wersja wykluczałaby też, że zaatakował go jakiś czarodziej, bo nie miałby szansy dotrzeć aż tutaj. Cholera, może trzeba było najpierw ukraść policyjne raporty albo skonfundować jakiegoś mugola… w każdym razie… rozdzielamy się, i jedna sprawdza piwnicę, druga piętro, czy idziemy na górę razem? – zapytała, odwracając się w stronę schodów.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.