05.02.2024, 20:20 ✶
- Oj, patrząc w ten sposób, to jedno słowo zdecydowanie nie wystarczy. Dorzuciłabym do tego na pewno jeszcze “Gaunt”, bo może już wymarli, ale na pewno zostawili całą masę tych, no, negatywnych fluidów w okolicy. A poza tym koniecznie “Rookwood”, bo ich dom też leży w tej okolicy. Totalnie wyobrażam sobie Chestera Rookwooda podrzucającego mugolom jakieś znikające klucze i tym podobne do domów, a potem wymykającego się z diabolicznym śmiechem - paplała Brenna, już przełażąc przez płot, i później, brnąc przez błoto w stronę domu. Umilkła dopiero, kiedy zbliżyły się do tylnego wejścia.
Jak wynikało z ich informacji, budynek powinien być pusty.
Archi nie żył, mugolska policja zakończyła wszystkie czynności wczoraj rano. Jeśli nawet zmarły mugol miał rodzinę, potencjalnie zainteresowaną spadkiem, było za wcześnie, aby się tutaj pojawili.
Poza tym obserwowały okolicę tuż przed zapadnięciem zmierzchu i nic nie wskazywało na to, że ktoś kręcił się po samej posesji. Owszem, kilku sąsiadów rozmawiało tuż pod płotem, najwyżej podekscytowanych tym przypadkiem (“A pamiętacie Riddle’ów?! Kolejne dziwne śmierci!”), ale nikogo nie dostrzegły w samym budynku.
Wszystkie okna były ciemne, a firanki utrudniały zajrzenie do środka. Zamek szczęknął, potraktowany alohomorą. Nawet jeżeli wcześniej dostępu broniły zaklęcia, straciły moc wraz ze zniknięciem pani Fawley. Brenna machnęła różdżką, trzy razy, najpierw zwijając policyjne taśmy, a później - ściągając błoto z butów swoich i Mavelle, i wyrzucając je ruchem różdżki na zewnątrz. Oczywiście, taśmy miała zamiar później znów tutaj rozstawić, bo ostatnie czego potrzebowali to opowieści o błocie i uszkodzonych taśmach.
Brenna weszła do środka, odruchowo starając się poruszać jak najciszej. Nie gadała już nawet głupot, chociaż w teorii szanse na to, że ktoś je tu usłyszy, praktycznie nie istniały - i na pewno były mniejsze niż na zewnątrz.
- Znaleziono go podobno w salonie - mruknęła półgłosem.
Po chwili wahania Brenna przystanęła, a potem jej ciało zwinęło się, zmieniło i kobieta opadła na cztery, wilcze łapy. W ten sposób mogła zdać się na nos i poruszać znacznie ciszej, i łatwiej jej było nawigować po mieszkaniu w ciemnościach.
Zaczęła węszyć. W powietrzu wciąż unosił się zapach wielu osób - prawdopodobnie ekipy policyjnej. Za dużo obcych woni, zarówno ludzi, jak i dotyczących samego domu, aby mogła wyłowić z tego cokolwiek przydatnego.
W wilczej postaci pobiegła do salonu, tam, gdzie podobno znaleziono Archiego. Ta woń - martwego ciała - nie wywietrzała jeszcze i była doskonale wyczuwalna.
Grzmot przetoczył się nad domem. Błyskawica rozświetliła na moment pomieszczenie. Brenna potrząsnęła łbem i zmieniła się z powrotem.
- Cholera, ta atmosfera działa na wyobraźnię - mruknęła, celując różdżką w okno i zaciągając zasłony. Potrzebowały odrobiny światła, a nie chciała, by ktoś dostrzegł je z zewnątrz. - Podobno na ciele były dziwne, drobne ranki, których ten ich mugolski lekarz nie umiał uzasadnić. Mam nadzieję, że nie przyjdzie nam wykradać ciała, to będzie trochę trudniejsze niż wpakowanie się tutaj.
Jak wynikało z ich informacji, budynek powinien być pusty.
Archi nie żył, mugolska policja zakończyła wszystkie czynności wczoraj rano. Jeśli nawet zmarły mugol miał rodzinę, potencjalnie zainteresowaną spadkiem, było za wcześnie, aby się tutaj pojawili.
Poza tym obserwowały okolicę tuż przed zapadnięciem zmierzchu i nic nie wskazywało na to, że ktoś kręcił się po samej posesji. Owszem, kilku sąsiadów rozmawiało tuż pod płotem, najwyżej podekscytowanych tym przypadkiem (“A pamiętacie Riddle’ów?! Kolejne dziwne śmierci!”), ale nikogo nie dostrzegły w samym budynku.
Wszystkie okna były ciemne, a firanki utrudniały zajrzenie do środka. Zamek szczęknął, potraktowany alohomorą. Nawet jeżeli wcześniej dostępu broniły zaklęcia, straciły moc wraz ze zniknięciem pani Fawley. Brenna machnęła różdżką, trzy razy, najpierw zwijając policyjne taśmy, a później - ściągając błoto z butów swoich i Mavelle, i wyrzucając je ruchem różdżki na zewnątrz. Oczywiście, taśmy miała zamiar później znów tutaj rozstawić, bo ostatnie czego potrzebowali to opowieści o błocie i uszkodzonych taśmach.
Brenna weszła do środka, odruchowo starając się poruszać jak najciszej. Nie gadała już nawet głupot, chociaż w teorii szanse na to, że ktoś je tu usłyszy, praktycznie nie istniały - i na pewno były mniejsze niż na zewnątrz.
- Znaleziono go podobno w salonie - mruknęła półgłosem.
Po chwili wahania Brenna przystanęła, a potem jej ciało zwinęło się, zmieniło i kobieta opadła na cztery, wilcze łapy. W ten sposób mogła zdać się na nos i poruszać znacznie ciszej, i łatwiej jej było nawigować po mieszkaniu w ciemnościach.
Zaczęła węszyć. W powietrzu wciąż unosił się zapach wielu osób - prawdopodobnie ekipy policyjnej. Za dużo obcych woni, zarówno ludzi, jak i dotyczących samego domu, aby mogła wyłowić z tego cokolwiek przydatnego.
W wilczej postaci pobiegła do salonu, tam, gdzie podobno znaleziono Archiego. Ta woń - martwego ciała - nie wywietrzała jeszcze i była doskonale wyczuwalna.
Grzmot przetoczył się nad domem. Błyskawica rozświetliła na moment pomieszczenie. Brenna potrząsnęła łbem i zmieniła się z powrotem.
- Cholera, ta atmosfera działa na wyobraźnię - mruknęła, celując różdżką w okno i zaciągając zasłony. Potrzebowały odrobiny światła, a nie chciała, by ktoś dostrzegł je z zewnątrz. - Podobno na ciele były dziwne, drobne ranki, których ten ich mugolski lekarz nie umiał uzasadnić. Mam nadzieję, że nie przyjdzie nam wykradać ciała, to będzie trochę trudniejsze niż wpakowanie się tutaj.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.