04.02.2024, 16:08 ✶
Brenna kiwnęła tylko głową na słowa Heather, chociaż bez w pełni działającej magii czuła się mniej pewnie. W te rejony Nokturnu rzadko trafiali wzorowi absolwenci Hogwartu – wierzyła więc, że póki nie napadnie ich cała, ogromna banda, we dwie dadzą sobie radę, bo obie szkolono do walki właśnie. Nieco trudniej będzie jednak wręcz, bo chociaż obie były pod tym względem sprawniejsze fizycznie niż dowolny przeciętny czarodziej, to przewaga liczebna będzie trudniejsza do zniwelowania.
– To nie takie proste. Jest możliwe, że czarna magia by tu działała bez problemów. Ale to bardzo rzadkie zjawisko – stwierdziła. Po trochu, bo była to prawda, po trochu, bo nie chciała Wood straszyć: i właśnie z tego drugiego powodu nie dodała, że ogólnie anomalie tego typu były już bardzo rzadkie, a jednak na nią trafiły…
Opuściła różdżkę, choć jej nie schowała, bo blask, nawet jeśli blady i migający, wciąż ułatwiał poruszanie się i wypatrzenie opisanej ścieżki. Brenna też co jakiś czas zostawiała na ścianach drobne znaki – wprawdzie dostały mapę, ale nie chciała ryzykować, że utkną tutaj na długie godziny, bo zmylą drogę i nie zdołają wrócić.
Blask po pewnym czasie znów rozświetlił różdżkę: zostawiły za sobą ten niebezpieczny potencjalnie obszar… chociaż wciąż czekał je powrót. Powietrze stawało się coraz wilgotniejsze, gdzieś w oddali kapała woda. Zeszły po paru stopniach, wąskim przejściem, nad brzeg kanału i nawet Brenna, niezbyt wrażliwa na przykre zapachy, skrzywiła się nieco, szła jednak dalej uparcie.
– Jeden wpada w ciemność i ciemność go pożera.
Czyjś głos, dobiegający chyba gdzieś z przodu, zza zakrętu, dobiegł ich uszu. Brenna przystanęła, unosząc odruchowo różdżkę. Wyglądało jednak na to, że tajemniczy mężczyzna – bo to był bez wątpienia męski głos – nie mówił wcale do nich. Rozmawiał z kimś tam, za załomem korytarza albo mówił sam do siebie, a głos niósł się opustoszałym korytarzem.
– Drugiego zwodzą własne pragnienia.
Brenna zerknęła na Heather, dała jej znak, by trzymała odległość i ruszyła do przodu pierwsza, z wyciągniętą różdżką. Wygasiła światło.
– Trzeci w twarz patrzy przeszłości i ulega wołaniu dawnej miłości. Zaś czwartego strachy biorą jak swojego.
Wyjrzała ostrożnie zza korytarza. Serce tłukło się jej w piersi i tak naprawdę uległa trochę atmosferze tego mrocznego, niebezpiecznego miejsca, tym przedziwnym słowom – ale nie mogła dać tego po sobie poznać, gdy szła za nią Heather. I przed sobą dojrzała mężczyznę, starszego chyba: znów rozpaliła lumos, i w tym świetle mogły przekonać się, że ten klęczał przy ścianie, marząc po niej.
Cała niemalże ściana była zapisana, litery na literach, tak że ciężko było je odczytać.
Brenna przypatrywała się mu przez chwilę, szukając podobieństwa do Tymoteusa Salta: i nie była pewna, czy je znajduje. Ostatnie jego zdjęcie, jakie miała, wykonano ponad dziesięć lat temu. Salt powinien mieć teraz jakieś pięćdziesiąt lat. Temu tutaj dałaby znacznie więcej. Był wychudzony, blady, a Salt z fotografii był krzepkim, mocno zbudowanym mężczyzną.
Ale coś w jego twarzy…
– Panie Salt?
– Piąty… piąty ucieka, ale nic dobrego na niego nie czeka – wymamrotał Tymoteus i zwrócił na nich spojrzenie jasnych oczu.
– To nie takie proste. Jest możliwe, że czarna magia by tu działała bez problemów. Ale to bardzo rzadkie zjawisko – stwierdziła. Po trochu, bo była to prawda, po trochu, bo nie chciała Wood straszyć: i właśnie z tego drugiego powodu nie dodała, że ogólnie anomalie tego typu były już bardzo rzadkie, a jednak na nią trafiły…
Opuściła różdżkę, choć jej nie schowała, bo blask, nawet jeśli blady i migający, wciąż ułatwiał poruszanie się i wypatrzenie opisanej ścieżki. Brenna też co jakiś czas zostawiała na ścianach drobne znaki – wprawdzie dostały mapę, ale nie chciała ryzykować, że utkną tutaj na długie godziny, bo zmylą drogę i nie zdołają wrócić.
Blask po pewnym czasie znów rozświetlił różdżkę: zostawiły za sobą ten niebezpieczny potencjalnie obszar… chociaż wciąż czekał je powrót. Powietrze stawało się coraz wilgotniejsze, gdzieś w oddali kapała woda. Zeszły po paru stopniach, wąskim przejściem, nad brzeg kanału i nawet Brenna, niezbyt wrażliwa na przykre zapachy, skrzywiła się nieco, szła jednak dalej uparcie.
– Jeden wpada w ciemność i ciemność go pożera.
Czyjś głos, dobiegający chyba gdzieś z przodu, zza zakrętu, dobiegł ich uszu. Brenna przystanęła, unosząc odruchowo różdżkę. Wyglądało jednak na to, że tajemniczy mężczyzna – bo to był bez wątpienia męski głos – nie mówił wcale do nich. Rozmawiał z kimś tam, za załomem korytarza albo mówił sam do siebie, a głos niósł się opustoszałym korytarzem.
– Drugiego zwodzą własne pragnienia.
Brenna zerknęła na Heather, dała jej znak, by trzymała odległość i ruszyła do przodu pierwsza, z wyciągniętą różdżką. Wygasiła światło.
– Trzeci w twarz patrzy przeszłości i ulega wołaniu dawnej miłości. Zaś czwartego strachy biorą jak swojego.
Wyjrzała ostrożnie zza korytarza. Serce tłukło się jej w piersi i tak naprawdę uległa trochę atmosferze tego mrocznego, niebezpiecznego miejsca, tym przedziwnym słowom – ale nie mogła dać tego po sobie poznać, gdy szła za nią Heather. I przed sobą dojrzała mężczyznę, starszego chyba: znów rozpaliła lumos, i w tym świetle mogły przekonać się, że ten klęczał przy ścianie, marząc po niej.
Cała niemalże ściana była zapisana, litery na literach, tak że ciężko było je odczytać.
Brenna przypatrywała się mu przez chwilę, szukając podobieństwa do Tymoteusa Salta: i nie była pewna, czy je znajduje. Ostatnie jego zdjęcie, jakie miała, wykonano ponad dziesięć lat temu. Salt powinien mieć teraz jakieś pięćdziesiąt lat. Temu tutaj dałaby znacznie więcej. Był wychudzony, blady, a Salt z fotografii był krzepkim, mocno zbudowanym mężczyzną.
Ale coś w jego twarzy…
– Panie Salt?
– Piąty… piąty ucieka, ale nic dobrego na niego nie czeka – wymamrotał Tymoteus i zwrócił na nich spojrzenie jasnych oczu.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.