03.02.2024, 20:17 ✶
Trzeba było przyznać, że obecność Irytka w szkole sama w sobie była sporą zagadkę. Poltergeist od lat pomieszkiwał w Hogwarcie, ale czy na dobrą sprawę ktokolwiek wiedział, czemu obrał sobie zamek za swój dom? I czemu nikt go stamtąd nie wypędził po pierwszych wybrykach, pomyślał z przekąsem, bo zupełnie nie rozumiał decyzji grona pedagogicznego, co do tego konkretnego rezydenta. Bądź co bądź, przynosiło to więcej złego niż dobrego. Irytek nie był dobrym ochroniarzem, działał na szkodę uczniów i aż nazbyt często publicznie objawiał swój parszywy charakter i humor niskich lotów. Czy to litość dyrekcji trzymała go w murach szkoły, czy dyrekcja miała wobec niego jakiś dług, który od lat spłacała?
— Dobrze wiedzieć, że nawet jako dziecko byłaś taka aktywna, że wchodziłaś w pertraktacje z natrętnymi zjawami — wymamrotał pod nosem, chociaż na dobrą sprawę nie widział nic zabawnego w tym, do czego musiała się posuwać, aby wyegzekwować od duszka poprawne zachowanie. — Dziwię się, że nie straszyli go egzorcystami. Może to by go postawiło do pionu.
Gdyby nie to, że Irytek zdawał się wykorzystywać swoją obecność w zamku do ciągłych psot i utrudniania innym życia, może by mu nawet współczuł. Przez niecałe siedem lat w Biurze Rejestracji Post-istot i ich historii nasłuchał się całej masy opowieści o tym, czego to nie musiały znosić mniejsze i większe duchy. Niektóre potrafiły przez lata egzystować w nieświadomości co do tego, że... opuściły... swoją ludzką powłokę. Takie wywiady przypominały chwilami terapie, gdzie nigdy nie wiadomo było, co druga strona zrobi. Skonfundowany czy wściekły duch potrafił być trudnym przeciwnikiem. Poltergeisty mogły być uosobieniem chaosu, jednak można by je uznać za kuzynów zwykłych duchów.
— Wywołujesz wilka z lasu, Longbottom — ostrzegł ją i w gruncie rzeczy miał rację, bo zaraz poleciała w stronę Brenny książka.
Zaklęcie... zadziałało? Cóż, w tym przypadku postawił na żelazną logikę, ale i tak nie był pewny, czy mu się uda otrzymać oczekiwany efekt. Tym, co go jednak zaskoczyło, było to, że Brenna w pierwszym możliwym momencie zdecydowała się na kontratak. Sebastian schował się za jej plecami i wychylił się zza nich, dopiero gdy wychwycił zdziwienie (tudzież roztrzęsienie) w głosie czarownicy. Wyszedł więc na przód, aby zbadać sprawę.
— Doprowadziłaś do załamania jego struktury niematerialnej. Rozplątałaś jego sieć bytową. Rozproszyłaś magię trzymającą go w całości, a siła zaklęcia była na tyle duża, że powstrzymała podzielone części przed ponownym połączeniem się — wytłumaczył, starając się zminimalizować naukowy bełkot typowy dla specjalistów. — Krótko mówiąc: zabiłaś go. — Wbił w nią pełen powagi wzrok, mrugając co chwilę. — Na tyle o ile da się zabić poltergeista.
Pociągnął nosem, a po policzku poleciała mu pojedyncza łza, którą szybko wytarł wierzchem dłoni. To tylko kurz, który rozniósł po całym domu, dostał mu się do oczu. Przecież nie płakałby po poltergeiście, którego nawet nie znał, czyż nie? Sebastian westchnął ciężko i ruszył w kierunku kuchni, aby zaraz wrócić z opróżnioną z lemoniady butelką. Szarpnął za zamknięcie, po czym wykonał parę obrotów różdżką, celując w miejsce, w którym zniknął duch. Strumień skrzącego się niczym brokat powietrza wylądował w naczyniu.
— Będę siedział przy papierach do nocy — oznajmił Brennie, zamykając klips i wpychając jej do rąk butelkę. — Proszę, przywitaj się. To twój potencjalny osobisty poltergeist. — Uniósł kąciki ust w nieco kpiącym uśmiechu. Bo Longbottom na pewno rzeczywiście była chętna do tego, aby przyjąć tę znajdę pod swój dach. — Trudno mi powiedzieć, kiedy na nowo się uformuje, o ile w ogóle mu się uda. Musi być chol... bardzo słaby. Szacunki podpowiadają, że zajmie mu to od dwóch tygodni do pół roku. Chyba że esencja okaże się za słaba.
Ten ''brokat'' zamknięty w butelce? Resztki magicznej esencji, która prawdopodobnie mogłaby na nowo się ukształtować. To była jednak loteria; czasem się udawało, czasem wręcz przeciwnie. Biorąc pod uwagę siłę zaklęcia, Macmillan szczerze wątpił, aby mu się to udało. Siła zaklęcia była duża i czar trafił go znienacka, toteż poltergeist nie miał pewnie nawet szansy wznieść minimalnych zabezpieczeń przed atakiem. Pewnie koniec końców wyląduje w magazynie Ministerstwa Magii.
— Dobrze wiedzieć, że nawet jako dziecko byłaś taka aktywna, że wchodziłaś w pertraktacje z natrętnymi zjawami — wymamrotał pod nosem, chociaż na dobrą sprawę nie widział nic zabawnego w tym, do czego musiała się posuwać, aby wyegzekwować od duszka poprawne zachowanie. — Dziwię się, że nie straszyli go egzorcystami. Może to by go postawiło do pionu.
Gdyby nie to, że Irytek zdawał się wykorzystywać swoją obecność w zamku do ciągłych psot i utrudniania innym życia, może by mu nawet współczuł. Przez niecałe siedem lat w Biurze Rejestracji Post-istot i ich historii nasłuchał się całej masy opowieści o tym, czego to nie musiały znosić mniejsze i większe duchy. Niektóre potrafiły przez lata egzystować w nieświadomości co do tego, że... opuściły... swoją ludzką powłokę. Takie wywiady przypominały chwilami terapie, gdzie nigdy nie wiadomo było, co druga strona zrobi. Skonfundowany czy wściekły duch potrafił być trudnym przeciwnikiem. Poltergeisty mogły być uosobieniem chaosu, jednak można by je uznać za kuzynów zwykłych duchów.
— Wywołujesz wilka z lasu, Longbottom — ostrzegł ją i w gruncie rzeczy miał rację, bo zaraz poleciała w stronę Brenny książka.
Zaklęcie... zadziałało? Cóż, w tym przypadku postawił na żelazną logikę, ale i tak nie był pewny, czy mu się uda otrzymać oczekiwany efekt. Tym, co go jednak zaskoczyło, było to, że Brenna w pierwszym możliwym momencie zdecydowała się na kontratak. Sebastian schował się za jej plecami i wychylił się zza nich, dopiero gdy wychwycił zdziwienie (tudzież roztrzęsienie) w głosie czarownicy. Wyszedł więc na przód, aby zbadać sprawę.
— Doprowadziłaś do załamania jego struktury niematerialnej. Rozplątałaś jego sieć bytową. Rozproszyłaś magię trzymającą go w całości, a siła zaklęcia była na tyle duża, że powstrzymała podzielone części przed ponownym połączeniem się — wytłumaczył, starając się zminimalizować naukowy bełkot typowy dla specjalistów. — Krótko mówiąc: zabiłaś go. — Wbił w nią pełen powagi wzrok, mrugając co chwilę. — Na tyle o ile da się zabić poltergeista.
Pociągnął nosem, a po policzku poleciała mu pojedyncza łza, którą szybko wytarł wierzchem dłoni. To tylko kurz, który rozniósł po całym domu, dostał mu się do oczu. Przecież nie płakałby po poltergeiście, którego nawet nie znał, czyż nie? Sebastian westchnął ciężko i ruszył w kierunku kuchni, aby zaraz wrócić z opróżnioną z lemoniady butelką. Szarpnął za zamknięcie, po czym wykonał parę obrotów różdżką, celując w miejsce, w którym zniknął duch. Strumień skrzącego się niczym brokat powietrza wylądował w naczyniu.
— Będę siedział przy papierach do nocy — oznajmił Brennie, zamykając klips i wpychając jej do rąk butelkę. — Proszę, przywitaj się. To twój potencjalny osobisty poltergeist. — Uniósł kąciki ust w nieco kpiącym uśmiechu. Bo Longbottom na pewno rzeczywiście była chętna do tego, aby przyjąć tę znajdę pod swój dach. — Trudno mi powiedzieć, kiedy na nowo się uformuje, o ile w ogóle mu się uda. Musi być chol... bardzo słaby. Szacunki podpowiadają, że zajmie mu to od dwóch tygodni do pół roku. Chyba że esencja okaże się za słaba.
Ten ''brokat'' zamknięty w butelce? Resztki magicznej esencji, która prawdopodobnie mogłaby na nowo się ukształtować. To była jednak loteria; czasem się udawało, czasem wręcz przeciwnie. Biorąc pod uwagę siłę zaklęcia, Macmillan szczerze wątpił, aby mu się to udało. Siła zaklęcia była duża i czar trafił go znienacka, toteż poltergeist nie miał pewnie nawet szansy wznieść minimalnych zabezpieczeń przed atakiem. Pewnie koniec końców wyląduje w magazynie Ministerstwa Magii.