02.02.2024, 03:19 ✶
Może i dobrze, że Sarah zamiast wykrzykiwać swoje żale, zwyczajnie kłamała, bo spotkałaby się z jego strony tylko i wyłącznie z niezrozumieniem. Dlaczego właściwie miałby jakkolwiek bronić czyjegokolwiek życia, a w szczególności kogoś, kto sam pchał się pod nóż? No dobrze, były pewne wyjątki, które by od podobnej decyzji odciągał, ale przypadkowa Agatha nie zasługiwała na nic, co chociażby stało obok troski.
Nie byłby też zbyt pewien co właściwie było złego w tym, że zajął się nią, a nie poszedł walczyć ze wściekłą Arcykapłanką, której ewidentnie odkleiła się nie jedna, a wszystkie klepki. Jak na potwierdzenie tego, zbliżyła się do nich jedna z kapłanek, która wcześniej chyba grała na bębnie. Uniósł spojrzenie, wspinając się po położonej na jego ramieniu dłoni i zatrzymując na jej twarzy.
- Mogę się teleportować i kogoś wezwać - powiedział, mrugając na nią w ten gadzi sposób. Zdecydowanie było to szybsze niż powolne usunięcie się z polany razem z dziewczynami, zakładając oczywiście, że którakolwiek z nich była gotowa na pośpieszną ewakuację.
Jakiekolwiek jednak miały zdanie na ten temat, uniósł się nad nimi gniewny głos Isobell, kierowany do ich nowego bohatera tego święta, czyli Murtagha. Leviathan spojrzał w ich stronę, mieląc w głowie myśl, że Arcykapłanka była niezwykle wybredna, jeśli chodziło o swoje ofiary. Jakichkolwiek jednak planów nie miała, Agatha postanowiła wziąć sprawy we własne ręce. Znów zrobiło się jasno i Rowle miał wrażenie, że świat rwie się przy tym na strzępy, kiedy wszyscy polecieli na ziemię niczym kukiełki, nagle pozbawione podtrzymujących ich sznurków.
A potem była biel.
Która zamieniła się w otulającą ich, miękką sielskość. Wcześniej wspinająca się po karku gęsia skórka zniknęła, tak samo jak i specyficzny posmak tańczący na języku. A oni leżeli na stogu siana, niby w promieniach letniego słońca. Tyle, że tego wcale nie było na niebie, które spoglądało na nich czernią, a mimo tego było jasno jak w środku dnia.
Przekręcił twarz na bok, między źdźbłami siana wyłapując zaraz profil Timmy i przez moment zwyczajnie patrząc na nią, jakby zastanawiając się, czy to nie był tylko sen. Sięgnął zaraz ręką, wyciągajac ją w jej stronę i łapiąc za nadgarstek, chcąc sprawdzić, czy była jak najbardziej prawdziwa.
Była. To świetnie.
Puścił ją, schodząc ze stogu siana pośpiesznie, a kiedy stopy dotknęły ziemi, a on się wyprostował, wyciągnął do niej ręce, chcąc pomóc jej również wykaraskać się z miękkiego kopca.
- Nic ci nie jest? - zapytał, mrużąc przy tym oczy i z uwagą przyglądając się jej, chcąc jak najprędzej samemu nawet odpowiedzieć sobie na to pytanie. A kiedy uświadomił sobie, że była cała, kiwnął tylko z zadowoleniem głową. Dopiero potem dotarło do niego, że nie byli sami, kiedy usłyszał jak trzecia osoba szeleści sianem, chcąc zejść ze stogu. Murtagh. Puścił Timmy, chociaż nie był to gest w żadnym wypadku pośpieszny, czy sugerujący że ktoś przyłapał go na gorącym uczynku. - Wszystko w porządku? - zapytał, chyba tylko dla zasady, Macmillana też mierząc spojrzeniem od stóp do głów. Potem natomiast odwrócił się, rozglądając dookoła, aż nie trafił na szarą plamkę, która ewidentnie się do nich zbliżała.
Kobieta. Jakimś cudem była tutaj najmniej dziwacznym elementem, mimo że zachowywała się, jakby była u siebie w domu.
- Gdzie jesteśmy? I kim ty jesteś? - zapytał, przyglądając się jej uważnie. Nie znał jej, nawet jeśli odnosił wrażenie, że mówiła do nich tak, jakby wiedziała o nich wszystko. Dzieci? Dobre sobie. Chociaż może coś w tym było, biorąc pod uwagę fakt, że bez magii byli właśnie niczym dzieci we mgle. Bo machnięcie różdżką, tylko dla spróbowania, zrobiło absolutnie nic i pewnie gdyby nie rozlewające się w piersi poczucie beztroskości czy bezpieczeństwa, poczułby się tak koszmarnie jak w każdą pełnię.
Nie byłby też zbyt pewien co właściwie było złego w tym, że zajął się nią, a nie poszedł walczyć ze wściekłą Arcykapłanką, której ewidentnie odkleiła się nie jedna, a wszystkie klepki. Jak na potwierdzenie tego, zbliżyła się do nich jedna z kapłanek, która wcześniej chyba grała na bębnie. Uniósł spojrzenie, wspinając się po położonej na jego ramieniu dłoni i zatrzymując na jej twarzy.
- Mogę się teleportować i kogoś wezwać - powiedział, mrugając na nią w ten gadzi sposób. Zdecydowanie było to szybsze niż powolne usunięcie się z polany razem z dziewczynami, zakładając oczywiście, że którakolwiek z nich była gotowa na pośpieszną ewakuację.
Jakiekolwiek jednak miały zdanie na ten temat, uniósł się nad nimi gniewny głos Isobell, kierowany do ich nowego bohatera tego święta, czyli Murtagha. Leviathan spojrzał w ich stronę, mieląc w głowie myśl, że Arcykapłanka była niezwykle wybredna, jeśli chodziło o swoje ofiary. Jakichkolwiek jednak planów nie miała, Agatha postanowiła wziąć sprawy we własne ręce. Znów zrobiło się jasno i Rowle miał wrażenie, że świat rwie się przy tym na strzępy, kiedy wszyscy polecieli na ziemię niczym kukiełki, nagle pozbawione podtrzymujących ich sznurków.
A potem była biel.
Która zamieniła się w otulającą ich, miękką sielskość. Wcześniej wspinająca się po karku gęsia skórka zniknęła, tak samo jak i specyficzny posmak tańczący na języku. A oni leżeli na stogu siana, niby w promieniach letniego słońca. Tyle, że tego wcale nie było na niebie, które spoglądało na nich czernią, a mimo tego było jasno jak w środku dnia.
Przekręcił twarz na bok, między źdźbłami siana wyłapując zaraz profil Timmy i przez moment zwyczajnie patrząc na nią, jakby zastanawiając się, czy to nie był tylko sen. Sięgnął zaraz ręką, wyciągajac ją w jej stronę i łapiąc za nadgarstek, chcąc sprawdzić, czy była jak najbardziej prawdziwa.
Była. To świetnie.
Puścił ją, schodząc ze stogu siana pośpiesznie, a kiedy stopy dotknęły ziemi, a on się wyprostował, wyciągnął do niej ręce, chcąc pomóc jej również wykaraskać się z miękkiego kopca.
- Nic ci nie jest? - zapytał, mrużąc przy tym oczy i z uwagą przyglądając się jej, chcąc jak najprędzej samemu nawet odpowiedzieć sobie na to pytanie. A kiedy uświadomił sobie, że była cała, kiwnął tylko z zadowoleniem głową. Dopiero potem dotarło do niego, że nie byli sami, kiedy usłyszał jak trzecia osoba szeleści sianem, chcąc zejść ze stogu. Murtagh. Puścił Timmy, chociaż nie był to gest w żadnym wypadku pośpieszny, czy sugerujący że ktoś przyłapał go na gorącym uczynku. - Wszystko w porządku? - zapytał, chyba tylko dla zasady, Macmillana też mierząc spojrzeniem od stóp do głów. Potem natomiast odwrócił się, rozglądając dookoła, aż nie trafił na szarą plamkę, która ewidentnie się do nich zbliżała.
Kobieta. Jakimś cudem była tutaj najmniej dziwacznym elementem, mimo że zachowywała się, jakby była u siebie w domu.
- Gdzie jesteśmy? I kim ty jesteś? - zapytał, przyglądając się jej uważnie. Nie znał jej, nawet jeśli odnosił wrażenie, że mówiła do nich tak, jakby wiedziała o nich wszystko. Dzieci? Dobre sobie. Chociaż może coś w tym było, biorąc pod uwagę fakt, że bez magii byli właśnie niczym dzieci we mgle. Bo machnięcie różdżką, tylko dla spróbowania, zrobiło absolutnie nic i pewnie gdyby nie rozlewające się w piersi poczucie beztroskości czy bezpieczeństwa, poczułby się tak koszmarnie jak w każdą pełnię.