Nie przepadał za papierosami, a przynajmniej nie sięgał po nie równie chętnie, co po cygara. Łatwo więc było mu odmówić. Powstrzymać się przed wyciągnięciem ręki w kierunku paczki. Pokręcił jedynie głową. Choć czasu zarezerwował sobie sporo, nie chciał go tracić. Wolał działać sprawnie, szybko. Zająć się tym, co przyciągnęło ich do Hogsmeade, a następnie wrócić do domu.
- Nie tym razem. – padło z jego strony.
Kiedy Rookwood stwierdził, że jest gotowy, ruszył przed siebie. Choć nie odwiedzał tej miejscowości od wielu lat, nadal pamiętał co i gdzie się znajdywało. Pozostałość po wycieczkach, na które zabierali ich jeszcze w czasach szkolnych. Jedna z niewielu atrakcji. O ile coś takiego można było określić mianem atrakcji. Hogsmeade było dziurą zabitą dechami. Nie oferowało wielu możliwości czarodziejom, którzy – przypadkiem lub nie - znaleźli się w granicach wioski.
Do księgarni nie było daleko. Kilka minut do pokonania spacerkiem. Nieśpiesznym krokiem. Musieli się cofnąć w kierunku mostu, łączącego wioskę z drogą prowadzącą do Hogwartu. Sklep był jednym z pierwszych budynków, na który natrafiał każdy przybysz. Przy tym zaliczał się również do grona tych najbardziej wiekowych. To ostatnie na Robercie nie robiło szczególnego wrażenia.
- Mamy się spotkać z Tiberiusem Parkinsonem. – zmierzając do celu, nie zamierzał tracić czasu. Na ile mógł, na tyle starał się we wszystko wprowadzić Chestera. Więcej zapewne przekazałby mu, gdyby znajdywali się właśnie w gabinecie, ale skoro tak nie było… musieli sobie jakoś ze wszystkim poradzić. – Mamy dużo szczęścia, ponieważ również miał w planach podróż do Hogsmeade. Ponoć robi tutaj jakieś interesy z właścicielem Ksiąg i Zwojów. – czy to w ogóle miało jakieś znaczenie? Ciężko stwierdzić. Robert tradycyjnie zebrał sporo informacji. Tak jak miał w zwyczaju. – Po swoim spotkaniu będzie miał trochę czasu dla nas. O ile udało mi się wstępnie zorientować, posiadłość którą nam zaoferował, sam nabył ledwie dwa lata temu. Jest dość wiekowa, ale ponoć w dobrym stanie. Włożył sporo środków w doprowadzenie jej do obecnego stanu, ale niestety, okolica nie przypadła do gustu jego małżonce. Utrzymywanie tak dużej posiadłości, kiedy z niej nie korzystasz jest mało opłacalne, dlatego zaczęli rozważać sprzedaż. Tutaj pojawiamy się my. – spojrzał na Chestera, upewniając się, że ten ze wszystkim nadąża. Spojrzenie było z tych przelotnych. Chwilowych. – Parkinsonowie są zainteresowani The Demiguise, bardzo chętnie pomogą wystartować z tą inicjatywą. Oczywiście wiedzą tylko tyle, ile było konieczne. Sami zaproponowali nam tę lokalizacje, kiedy usłyszeli o naszych… poszukiwaniach.
Więcej powiedzieć nie zdążył. Ale czy dalsze informacje były im faktycznie potrzebne? Niekoniecznie. Robert dał radę Chesterowi przekazać naprawdę sporo. Wyłuskał to co było istotne. Kolejne kwestie zapewne pojawią się później. W odpowiednim ku temu momencie.
Drewniane drzwi ustąpiły. Zawieszony przy nich dzwonek zabrzęczał. Zajęci rozmową, dwaj mężczyźni, nie zwrócili na nich uwagi z miejsca. Zajęci byli omawianiem jakiejś sprawy. Dotyczyła ona stosu ksiąg leżących na ladzie? Możliwe. A nawet wysoce prawdopodobne.
- Nie jest warta nawet połowy tej kwoty, Brown. Rozmawiasz ze specjalistą. Albo bierzesz ile daje, albo szukaj innego kupca. – mogli usłyszeć słowa, wypowiedziane przez mężczyznę o ciemnych włosach, gdzieniegdzie przyprószonych siwizną. Razem z bruzdami na wciąż przystojnym obliczu, zdradzały wiek. Parkinson liczył sobie powyżej 50 lat? Możliwe.
- Wiem ile jest warta, to rozbój w biały dzień! – upierał się drugi z mężczyzn, z pewnością jeszcze starszy. Wiotki, szczupły. Jakby miał go przewrócić byle podmuch wiatru. Choć może było to złudne wrażenie?
- Skoro wiesz, to z pewnością znajdziesz innego kupca. Nie będę na Ciebie tracił czasu. – z tymi słowy Parkinson odwrócił się w kierunku drzwi. – Mulciber? – zwrócił się, nie będąc pewnym, który z mężczyzn nosił te nazwisko. Ich kontakt był do tej pory wyłącznie listowny. Nie mieli okazji się spotkać. Poznać. – Już skończyłem, możemy się zająć kolejną sprawą.
Tylko czy faktycznie skończył? Mimo wypowiedzianych w ich kierunku słów, Parkinson się nie śpieszył. Dawał swemu poprzedniemu rozmówcy czas na podjęcia właściwej decyzji? Przemyślenie swoich działań? Brown wyglądał jakby się wahał. Jakby wszystko analizował. Zerkał to na książki, to na Tiberiusa. Czy się złamie?
- Czeka nas kilkuminutowy spacer. Posiadłość na pewno wam się spodoba. – to mówiąc, wyciągnął na przywianie dłoń. Chciał uścisnąć kolejno dłonie Roberta i Chestera. Tak wypadało? – Po drodze będę mógł wam na spokojnie odpowiedzieć na kilka pytań. Macie ich zapewne sporo? – zainteresował się, ale zarazem obydwaj, Chester i Robert, mogli dostrzec, że cały czas, kątem oka, obserwował właściciela Ksiąg i Zwojów. Aż tak zależało mu na tych księgach? Były na tyle cenne? Istotne? Rzadkie?