- Ada, kurde, powiem Ci jeszcze lepszą historię, na balu u Longbottomów były bobry, ROZUMIESZ, prawdziwy bober, miał taki ogonek śmieszny...- Pomachała kuprem, żeby zademonstrować kuzynce jak poruszało się to stworzenie. W życiu panny Wood ostatnio występowało wiele dziwnych stworzeń, zaczęła czuć do zwierząt pewien respekt, szczególnie po historii z pamiętną kaczką, gęsią, czy co to było - tak naprawdę do dzisiaj nie potrafiła zidentyfikować pamiętnego stworzenia, mogło mieć to związek z tym, że tamtej nocy była bardzo pijana, bo pewnie nie chodziło o te grzyby, które jadła ze swoimi chłopakami.
Udało im się dotrzeć na sabat bez spóźnienia. Nie był to oczywiście żaden wyczyn, bo kiedy one dwie dosiadały swoich mioteł mało kto mógł się im równać, miały to we krwi. Może Ada nie była aż tak dobrze wyszkolona jak ona, jednak i tak mało kto ze zwyczajnych czarodziejów mógł się jej równać.
- Nie ma sensu na to patrzeć, szkoda parkować Twoje miotły przy tym.- Parsknęła, no ale musiała gdzieś zostawić miotłę, także postawiła swoje cudo wytworzone przez kuzynkę obok tego pospólstwa. - Możemy rozpalić z tych patyków wielkie ognisko wieczorem, to wcale nie jest taki głupi pomysł.- Spodobał jej się pomysł swojej przyszywanej siostry.
Rozejrzała się po okolicy, bo była tutaj umówiona z Charliem, właściwie to już chyba Julianem? Miała nadzieję, że pomimo tego, co mu się przydarzyło podczas tych ostatnich kilku dni zdecydował się faktycznie pojawić na sabacie. Namawiała go do tego, nie chciała, żeby zaszył się w domu u Longbottomów i popadł w depresje. Nie do końca potrafiła rozmawiać o śmierci, jednak czuła, że nie może dopuścić do tego, żeby Charles był sam z tym wszystkim. Najwyżej uchleją się na smutno i będą płakać. - Jest i on! - Pociągnęła kuzynkę w stronę mężczyzny. - To Julian, mój przyjaciel z dzieciństwa, nie wiem, czy go pamiętasz Ada, wyjechał do Australii dawno temu, a teraz wrócił, zostałam wyznaczona jako jego opiekunka.- Rzekła jeszcze do kuzynki, a sama przylgnęła do Rookwooda, musiała go przytulić.