28.01.2024, 13:07 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.01.2024, 13:25 przez Brenna Longbottom.)
Brenna już, już miała zacząć zapewniać Sebastiana, że na pewno doskonale sprawdziłby się w roli tej przynęty i może nawet snuć wizje, w jaki sposób mogłaby przebiegać taka akcja, kiedy zapewnił, że „nie”… ale jego kolejne słowa sprawiły, że zamarła na moment, przypatrując się mu przez chwilę ze zdziwieniem.
– Sebastianie Macmillan, nie wiem, czy powinniśmy wchodzić do tego domu. Obawiam się, że masz gorączkę i bredzisz w delirium – oświadczyła w końcu, uśmiechając się do niego z pewnym rozbawieniem, którego nawet nie próbowała skrywać. Bo och, bywała bystra – ktoś kiedyś nawet żartobliwie skomentował kiedyś, że jej brat wziął cały urok osobisty i czar Longbottomów, a ona całą bystrość (co było trochę krzywdzące dla Erika, chociaż z tym urokiem osobistym mieli sporo racji) – ale raczej nie mądra.
I tę bystrość w pewnych sytuacjach ukrywała absolutnie celowo.
Na pewno też nie spodziewałaby się uznania jej właśnie przez Sebastiana Macmillana, który nie tak dawno na jej widok poderwał się, jakby oczekiwał, że wchodzi do gabinetu, aby go zamordować.
Uniosła lekko brwi, zupełnie nie pojmując, dlaczego uznał, że „oczywiście, że zna” Amarylis. Właściwie czy to było aż takie dziwne…? W końcu wszystkie dzieciaki chodziły do Hogwartu i zwykle kojarzyły osoby w podobnym wieku. Brenna czasem zapominała, że niektórzy trzymali się głównie swojego rocznika albo swojego Domu, bo nie każdy był aż tak hiperaktywny jak ona i nie każdy miał dość czy to odwagi, czy to bezczelności, by podchodzić do przypadkowej osoby, którą zobaczył w bibliotece, na błoniach czy w Hogsmeade.
– Hm… tak, to brzmi sensownie – stwierdziła z pewnym zastanowieniem, bo Sebastian wybrał odpowiednie porównanie. Brenna była tą osobą, która miała szczęście urodzić się w wybitnie majętnej rodzinie i bardzo lubiła wręczać podarki. A jednocześnie już dawno musiała znaleźć jakiś złoty środek, by obdarowany nie poczuł się niezręcznie. Na przykład czekoladowa żaba wręczona tak, by ubrać to jako żart? Większość osób ją przyjmie. Nowa szata? To już bez okazji nie przejdzie w wielu przypadkach. Czasem uciekała się do animowych przesyłek, czasem dbała, by prezent był drobiazgiem, czasem tworzyła pozory targu, w rodzaju prośby o pomoc w czymś, w czym niekoniecznie pomocy potrzebowała, a czasem czekała właśnie do urodzin czy Yule… Nigdy nie wpadłaby na to, że z otwieraniem drogi do Limbo mogło być tak samo. – Może naprawdę po prostu eksperymentował. Albo coś rzuciło się mu na głowę, tylko dobrze się maskował?
*
– Jak się woła poltergeista? Są jakieś uniwersalne sposoby? Panie polergeiście, kici kici! Taś taś? – zawołała Brenna, ruszając w głąb domu. Uniosła różdżkę i wyszeptała inkantację, otaczając ich oboje zaklęciem bariery, bo poprzednia wizyta w tym domu oraz pamięć o wybrykach Irytka uczyły ostrożności. Pomarańcza mogła być tylko początkiem. – O, popatrz, tu jest żyrandol, który na mnie próbował zrzucić – powiedziała, gdy weszli już do salonu, wskazując na spory żyrandol i rozsypane wokół kawałki szkła. – Dziwne, że nie atakuje. Może wyczuwa coś od ciebie? Ostatnio już od progu ciskał we mnie talerzami…
Szczątki tych zresztą też leżały tu i ówdzie – zwłaszcza w pobliżu schodów, biegnących na piętro.
Ale poltergeist bez wątpienia tu był.
Świadczyła o tym i pomarańcza, ciśnięta w Brennę – i Sebastian po prostu czuł, że nie są tutaj sami: że coś ich obserwuje. Było to naglące uczucie, objawiające się mrowieniem w karku i dreszczem niepokoju, którego lepiej nie ignorować w przypadku egzorcysty i Trelawneya…
– Sebastianie Macmillan, nie wiem, czy powinniśmy wchodzić do tego domu. Obawiam się, że masz gorączkę i bredzisz w delirium – oświadczyła w końcu, uśmiechając się do niego z pewnym rozbawieniem, którego nawet nie próbowała skrywać. Bo och, bywała bystra – ktoś kiedyś nawet żartobliwie skomentował kiedyś, że jej brat wziął cały urok osobisty i czar Longbottomów, a ona całą bystrość (co było trochę krzywdzące dla Erika, chociaż z tym urokiem osobistym mieli sporo racji) – ale raczej nie mądra.
I tę bystrość w pewnych sytuacjach ukrywała absolutnie celowo.
Na pewno też nie spodziewałaby się uznania jej właśnie przez Sebastiana Macmillana, który nie tak dawno na jej widok poderwał się, jakby oczekiwał, że wchodzi do gabinetu, aby go zamordować.
Uniosła lekko brwi, zupełnie nie pojmując, dlaczego uznał, że „oczywiście, że zna” Amarylis. Właściwie czy to było aż takie dziwne…? W końcu wszystkie dzieciaki chodziły do Hogwartu i zwykle kojarzyły osoby w podobnym wieku. Brenna czasem zapominała, że niektórzy trzymali się głównie swojego rocznika albo swojego Domu, bo nie każdy był aż tak hiperaktywny jak ona i nie każdy miał dość czy to odwagi, czy to bezczelności, by podchodzić do przypadkowej osoby, którą zobaczył w bibliotece, na błoniach czy w Hogsmeade.
– Hm… tak, to brzmi sensownie – stwierdziła z pewnym zastanowieniem, bo Sebastian wybrał odpowiednie porównanie. Brenna była tą osobą, która miała szczęście urodzić się w wybitnie majętnej rodzinie i bardzo lubiła wręczać podarki. A jednocześnie już dawno musiała znaleźć jakiś złoty środek, by obdarowany nie poczuł się niezręcznie. Na przykład czekoladowa żaba wręczona tak, by ubrać to jako żart? Większość osób ją przyjmie. Nowa szata? To już bez okazji nie przejdzie w wielu przypadkach. Czasem uciekała się do animowych przesyłek, czasem dbała, by prezent był drobiazgiem, czasem tworzyła pozory targu, w rodzaju prośby o pomoc w czymś, w czym niekoniecznie pomocy potrzebowała, a czasem czekała właśnie do urodzin czy Yule… Nigdy nie wpadłaby na to, że z otwieraniem drogi do Limbo mogło być tak samo. – Może naprawdę po prostu eksperymentował. Albo coś rzuciło się mu na głowę, tylko dobrze się maskował?
*
– Jak się woła poltergeista? Są jakieś uniwersalne sposoby? Panie polergeiście, kici kici! Taś taś? – zawołała Brenna, ruszając w głąb domu. Uniosła różdżkę i wyszeptała inkantację, otaczając ich oboje zaklęciem bariery, bo poprzednia wizyta w tym domu oraz pamięć o wybrykach Irytka uczyły ostrożności. Pomarańcza mogła być tylko początkiem. – O, popatrz, tu jest żyrandol, który na mnie próbował zrzucić – powiedziała, gdy weszli już do salonu, wskazując na spory żyrandol i rozsypane wokół kawałki szkła. – Dziwne, że nie atakuje. Może wyczuwa coś od ciebie? Ostatnio już od progu ciskał we mnie talerzami…
Szczątki tych zresztą też leżały tu i ówdzie – zwłaszcza w pobliżu schodów, biegnących na piętro.
Ale poltergeist bez wątpienia tu był.
Świadczyła o tym i pomarańcza, ciśnięta w Brennę – i Sebastian po prostu czuł, że nie są tutaj sami: że coś ich obserwuje. Było to naglące uczucie, objawiające się mrowieniem w karku i dreszczem niepokoju, którego lepiej nie ignorować w przypadku egzorcysty i Trelawneya…
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.