24.01.2024, 22:20 ✶
Brenna czasem zastanawiała się, dlaczego Sebastian Macmillan nie pracował po prostu w kowenie jako tamtejszy egzorcysta. Jego życie byłoby pewnie wtedy dużo spokojniejsze – bo jednak w tego typu przypadkach jak tutaj, ludzie zwykle szli do Ministerstwa, a wtedy współpraca między działowa była potrzebna, bo Brenna w końcu nie mogła uganiać się za poltergeistem z miotłą…
Podejrzewała, że tak naprawdę Macmillan mimo całego umiłowania porządku po prostu niekiedy nie mógł się powstrzymać. Nie, kiedy szło o limbo, duchy i ciekawe przypadki.
– Zgłaszasz się na ochotnika, kiedy trafi się taka okazja? – spytała Brenna, zerkając na Sebastiana i też uśmiechając się, nieco szerzej niż wcześniej, bo momenty, gdy z Macmillana wychodziło skrywane zwykle poczucie humoru warte były szczególnego docenienia. – Na ścianie salonu wisi dwanaście – odparła automatycznie, kiedy Sebastian spytał, czy wie, ile jest dyplomów. Mogło być oczywiście ich więcej, ale już nie miała czasu aż tak głęboko kopać w dokumentacji Everlastinga: za to zwróciła uwagę na szczegóły, kiedy weszła do domu.
Chociaż musiała przyznać, że jakiś dyplom mogła przegapić, w końcu przez unikanie talerzy i żyrandoli należało zachować ostrożność. W każdym razie mężczyzna faktycznie jawił się jako… wzór do naśladowania. Brenna zastanawiała się, czy przypadkiem na stare lata coś nie przestawiło się mu w głowie albo… może w jego pracy wydarzyło się coś, co skłoniło go do zmiany postępowania?
– Amy, to znaczy Amarylis Everlasting, jego wnuczka, znam ją z Hogwartu… – zaczęła, przy okazji kompletnie nieświadomie wypełniając to „brakowało tylko tego, aby znała się ze spadkobiercami Everlastinga”. – Twierdzi, że po odejściu na emeryturę prowadził prywatne badania i chyba okazyjnie przyjmował zlecenia. Odwiedzała go czasem i nie zauważyła niczego specjalnie podejrzanego. Podobno zrobił się trochę nerwowy, kiedy przytrafił się mu wypadek, ale nie odbiło się to jakoś mocno na jego zachowaniu. Jeżeli miałabym strzelać, to po pobieżnych analizach… celowałabym na jedno z dwojga. Albo nie wypuszczał ich, bo to był jakiś jego prywatny eksperyment, albo przez ten wypadek zaczął bać się otwierać drogi na drugą stronę? To znaczy… nie wiem, jak to zwykle wygląda w Samhain, ale ostatnio było wiesz, dość upiornie.
Znów zerknęła na Macmillana. Mówiąc o „ostatnim razie” miała rzecz jasna na myśli rytuał, który odprawili w podziemiach Ministerstwa, gdzie dwóch potomków Trelawneyów, wywoływacz duchów oraz egzorcysta, wspólnie otworzyli ścieżkę w zaświaty. Brenna wiedziała, że to był wyjątkowo przypadek, bo dusze naznaczono piętnem czarnej magii i cierpiały uwięzione w czaszce, a oni przerwali zasłonę dzielącą ich od Limbo w dniu, w którym nie powinno się to stać. Ale sama myśl o tamtej nocy napełniała ją chłodem, bo przypominała o rzeczach, o których człowiek zwykle myśleć nie chce. O własnej śmiertelności, o tym, co jest lub nie jest dalej i że nawet ducha można skrzywdzić.
– Chłopcy zabezpieczyli okna, więc na razie nigdzie nie zwieje, strych… no tak jak mówiłam, nie wiem, ile to wytrzyma, postaram się puścić coś bardziej trwałego.
Bez żadnych protestów wysforowała przed Sebastiana. Jakby nie było, on miał tego poltergeista egzorcyzmować, a ona miała zapewnić mu bezpieczeństwo. Oznaczało to, że jeśli ktoś miał czymś oberwać po wejściu przez drzwi, to tą osobą będzie ona…
I ledwo pchnęła drzwi, poleciała ku niej pomarańcza. Tak szybko, że Brenna nie zdążyła rzucić zaklęcia, choć różdżkę miała już w dłoni.
[b] – Tak, poltergeist zdecydowanie nigdzie nie zwiał – stwierdziła, kiedy owoc, trochę już przejrzały, odbił się od jej ramienia i upadł na podłogę.
Podejrzewała, że tak naprawdę Macmillan mimo całego umiłowania porządku po prostu niekiedy nie mógł się powstrzymać. Nie, kiedy szło o limbo, duchy i ciekawe przypadki.
– Zgłaszasz się na ochotnika, kiedy trafi się taka okazja? – spytała Brenna, zerkając na Sebastiana i też uśmiechając się, nieco szerzej niż wcześniej, bo momenty, gdy z Macmillana wychodziło skrywane zwykle poczucie humoru warte były szczególnego docenienia. – Na ścianie salonu wisi dwanaście – odparła automatycznie, kiedy Sebastian spytał, czy wie, ile jest dyplomów. Mogło być oczywiście ich więcej, ale już nie miała czasu aż tak głęboko kopać w dokumentacji Everlastinga: za to zwróciła uwagę na szczegóły, kiedy weszła do domu.
Chociaż musiała przyznać, że jakiś dyplom mogła przegapić, w końcu przez unikanie talerzy i żyrandoli należało zachować ostrożność. W każdym razie mężczyzna faktycznie jawił się jako… wzór do naśladowania. Brenna zastanawiała się, czy przypadkiem na stare lata coś nie przestawiło się mu w głowie albo… może w jego pracy wydarzyło się coś, co skłoniło go do zmiany postępowania?
– Amy, to znaczy Amarylis Everlasting, jego wnuczka, znam ją z Hogwartu… – zaczęła, przy okazji kompletnie nieświadomie wypełniając to „brakowało tylko tego, aby znała się ze spadkobiercami Everlastinga”. – Twierdzi, że po odejściu na emeryturę prowadził prywatne badania i chyba okazyjnie przyjmował zlecenia. Odwiedzała go czasem i nie zauważyła niczego specjalnie podejrzanego. Podobno zrobił się trochę nerwowy, kiedy przytrafił się mu wypadek, ale nie odbiło się to jakoś mocno na jego zachowaniu. Jeżeli miałabym strzelać, to po pobieżnych analizach… celowałabym na jedno z dwojga. Albo nie wypuszczał ich, bo to był jakiś jego prywatny eksperyment, albo przez ten wypadek zaczął bać się otwierać drogi na drugą stronę? To znaczy… nie wiem, jak to zwykle wygląda w Samhain, ale ostatnio było wiesz, dość upiornie.
Znów zerknęła na Macmillana. Mówiąc o „ostatnim razie” miała rzecz jasna na myśli rytuał, który odprawili w podziemiach Ministerstwa, gdzie dwóch potomków Trelawneyów, wywoływacz duchów oraz egzorcysta, wspólnie otworzyli ścieżkę w zaświaty. Brenna wiedziała, że to był wyjątkowo przypadek, bo dusze naznaczono piętnem czarnej magii i cierpiały uwięzione w czaszce, a oni przerwali zasłonę dzielącą ich od Limbo w dniu, w którym nie powinno się to stać. Ale sama myśl o tamtej nocy napełniała ją chłodem, bo przypominała o rzeczach, o których człowiek zwykle myśleć nie chce. O własnej śmiertelności, o tym, co jest lub nie jest dalej i że nawet ducha można skrzywdzić.
– Chłopcy zabezpieczyli okna, więc na razie nigdzie nie zwieje, strych… no tak jak mówiłam, nie wiem, ile to wytrzyma, postaram się puścić coś bardziej trwałego.
Bez żadnych protestów wysforowała przed Sebastiana. Jakby nie było, on miał tego poltergeista egzorcyzmować, a ona miała zapewnić mu bezpieczeństwo. Oznaczało to, że jeśli ktoś miał czymś oberwać po wejściu przez drzwi, to tą osobą będzie ona…
I ledwo pchnęła drzwi, poleciała ku niej pomarańcza. Tak szybko, że Brenna nie zdążyła rzucić zaklęcia, choć różdżkę miała już w dłoni.
[b] – Tak, poltergeist zdecydowanie nigdzie nie zwiał – stwierdziła, kiedy owoc, trochę już przejrzały, odbił się od jej ramienia i upadł na podłogę.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.