Ah, coś nadchodzi. Coś nadciąga!
To rozczarowanie.
Rozczarowanie, którego źródłem była cała mnogość czynników. Zacznijmy od samej ciszy, która nastała zaraz po imponującym, aczkolwiek skromnym pokazie możliwości bogów. Natura odpowiedziała na ofiarę, jednak rychło zamilkła, potęgując jedynie wrażenie napięcia.
Największym rozczarowaniem była jednak sama kapłanka, a raczej jej przygotowanie do tego wielkiego rytuału. Przecież tak wzniośle głosiła, że dzisiaj zostanie przywrócona dawna świetność. I w całym ogromie swej świętej wiedzy zabrakło... matematyki. Oh, królowa nauk, która okazała się władać także ziemiami, jakich skojarzyć z nauką się nie dało - w końcu rytuały wręcz jej zaprzeczały. A jednak, ta wiekopomna chwiła miała nie nadejść, bo... z małej owieczki było mało krwi i nie wypełniła run. Kto by się spodziewał, że z małej ofiary będzie mało krwi. Inna sprawa, iż nadzwyczaj nie pragmatycznym wydawało się poderżnięcie zwierzęciu gardła, a następnie rzucenie go na ołtarz, by posoka z niego po prostu wypływała. Istniały znacznie bardziej efektywne sposoby na wydobycie krwi, na sprawienie, że rytuał będzie wystarczająco krwawy.
Ale tutaj nie chodziło o ilość krwi, a o jakość ofiary. O poświęcenie, o wartość. Oh, tak, wartość. O tym już rzemieślnik myślał, mając nadzieję, że owieczka ma wystarczającą. Właśnie takiego momentu się obawiał - zasugerowania, że potrzeba większej ofiary. Najlepiej z człowieka. Tutaj wręcz absurdalnym wydawało się to, że Isabell natychmiast zlokalizowała problem, a nie miała przygotowanego rozwiązania. A może... może wręcz przeciwnie?
Wzdrygnął się. Ktoś go dotknął? Coś próbuje nim zawładnąć? Rozejrzał się na boki, chociaż był to bardziej odruch, bo jego oczy nie zarejestrowałyby nawet giganta tuż obok. To, co usłyszał, zupełnie wytrąciło go z równowagi. Ciarki, to były ciarki, które przebiegły przez jego plecy, gdy jedna z kapłanek zaoferowała siebie jako ofiarę. Przeniósł na nią wzrok, a dźwięki wydawały się docierać do niego z opóźnieniem. Wierzył, że to efekt rytuału, a nie zaszokowana słowami, bo należał do tego grona ludzi, u których ekspresyjne reakcje odbijały się co najwyżej echem. A czasami czkawką, ale to rozmyślania na inną okazję.
Mogę to zrobić. Mogę się poświęcić. W tej wypowiedzi zabrakło chęci, a jasno została wyrażona możliwość. Gotowość. Jak wielu ludziom umknęła ta subtelna gra słów? Najwidoczniej wielu, bo za właściwsze uznano chociażby pocieszenie płaczącej dziewczyny, niż zapobiegnięcie rytualnemu mordowi . Albo samobójstwu - jak kto woli. A może po prostu się zgadzali? Ale jak mogli zgadzać się na brutalną ofiarę, a nie zgadzać na wypłakanie oczu?
Ah, no tak, przecież mówiono, że Esme jest szalony. Nie tak, jak wyobrażano sobie szaleńców - zagubionych we własnym absurdzie tak bardzo, że nie potrafili być niczym ponad to. Mężczyzna także zatracił kierunki w labiryntach własnego absurdu, lecz nie było to definiującą go cechą. Niemniej, zawsze był ekscentrykiem. Zawsze. I nigdy tego nie czuł, chociaż potrafił zrozumieć swą odmienność. To inni zwracali uwagę jak dziwnym jest, a teraz? Teraz sam czuł się dziwnie. To z nim coś było nie tak, czy z nimi wszystkimi?
Isabelle nieszczególnie wysiliła się w przekonywaniu Agathy, iż nie powinna umierać. Właściwie... w ogóle się nie wysiliła, bo jedynie upewniła się, że dziewczyna jest świadoma swojej decyzji i gotowa na jej rychłe konsekwencje. Niezwykle szlachetnie z jej strony.
A może matematyka nie zawiodła kapłanki? Dało się odnieść dziwne wrażenie, że Isabelle doskonale wiedziała, że mała owieczka nie wystarczy i liczyła na taki obrót spraw. By decyzja została podjęta bez jej udziału. By jej ręce były czyste, a by dokonało się to, co musiało się dokonać. Według niej. Wilk syty i owca cała? Oh, w żadnym wypadku. Jedna już leżała martwa, a wilk dopiero nabierał apetytu po tej przystawce.
I co teraz? Co dalej? Pozwolić temu rytuałowi zebrać krwawe żniwo? Przerwać to szaleństwo? A może odejść, udając że nie miało się z tym nic wspólnego? Ale przecież, podobno, nie stawiając oporu stawałeś się częścią terroru. Innymi słowy - nie angażowanie się w problem oznaczało stanie się jego częścią. Milczące przyzwolenie. Nie, to nie było w stylu tego Czarodzieja. Z drugiej strony - kim był, aby decydować kto co zrobi z własnym życiem? Bogiem? Nie, ale blisko - Esme Rowle. Nonszalant, który nie musiał decydować, nie musiał nic, ale chciał. I zamierzał zaspokoić swoje chęci, niczym hedonista, którym poniekąd był.
Jakiś mężczyzna uprzedził go w reakcji. Wlepił swe ciemne oczy w jego plecy, gdy ten w milczeniu zbliżył się do ołtarza. Kolejny wariat gotów umrzeć? Tak, ale nieco inaczej. Rzemieślnik w skupieniu wysłuchał co miał do powiedzenia, bo wskazał na istotne problemy logiczne - jak święto życia celebrować śmiercią? Ten chłodny wniosek zaimponował Esme, ale na tym zakończył swoje pochwały wobec tego osobnika. Dlaczego?
Padło wręcz wyzwanie do pojedynku. I zapadła cisza. Cisza przerwana najpierw prychnięciem rzemieślnika, a później wesołym chichotem, który szybko ustał , gdy przechylił zrezygnowany głowę na bok, jakby nie wierząc w to, co tutaj się dzieje. Wianek zsunął się z czubka jego czupryny, lecz zręcznie złapał go, nim ten dosięgnął ziemi, a następnie znów założył ze swoistą gracją - niczym koronę.
- Mężczyzna głoszący, że święta życia nie można celebrować śmiercią jest gotów zabić, aby nie pozwolić umrzeć dziewczynie, która sama podjęła taką decyzję. - odezwał się wesołym tonem, zbliżając się do ołtarza, ale nie podchodząc aż tak blisko, jak nieznajomy. - Pomijając indoktrynację. - te słowa dodał, przenosząc spojrzenie na Isabell i uśmiechając się do niej uprzejmie, aczkolwiek fałszywie. Nadwyraz fałszywie, bo właśnie tak chciał się zaprezentować. Westchnął lekko, poprawił nieład włosów i przeszedł bliżej zwierzęcia, które leżało martwe.- Niemniej, również nie zgadzam się, by dokonano tutaj rytualnego mordu na człowieku. - kucnął przy owieczce, wpatrując się w nią. - Czy nie wystarczyłoby, gdyby każdy z nas upuścił sobie nieco krwi? Czy wspólne, mniej brutalne poświęcenie nie zastąpi tego makabrycznego? - uniósł wzrok, podnosząc się, ale nie rozejrzał się po tłumie czy w ogóle ma jakiekolwiek poparcie, zamiast tego wlepił swe ciemne, beznamiętne oczy w Isabell. - A jeżeli nie, jeżeli bogowie wymagają makabry, to czy chcemy przywrócić świetność tego miejsca? Czy takim bogom chcemy służyć? - zabrzmiało jakby sam im służył, a... gówno na ich temat wiedział. To nie przeszkadzało mu w wypowiadaniu się na ten temat, bo nie musiał być wierzącym, aby rozumieć, że siła wymagająca śmierci niewinnych istot jest wątpliwie dobrą siłą. Tak często służono Bogom i Królom, a tak rzadko zastanawiano się ku czemu ta posługa się przyczynia. Czy na pewno głoszonym ideałom? Czy może temu, co stało w cieniu? Prawdzie czy Fałszowi?