22.01.2024, 21:37 ✶
Była przede wszystkim kimś, kogo sam wychował. Kimś, kto był do niego w gruncie rzeczy bardzo podobny i w żaden sposób nie powinna go dziwić siła oraz upór w jej charakterze. Bo ona wobec ludzi, których kochała, zachowywała się w praktycznie ten sam sposób — no, może poza faktem chęci posiadania wiedzy na temat każdego aspektu ich życia. Ostatecznie każdy miał prawo do odrobiny prywatności. Pandora nie była też kimś, kto kłamał — mówiła zawsze szczerze, starała się być sensowna i logiczna, chociaż z drugiej strony, była też uczuciowa. Jej spojrzenie lustrowało ojca, nie tak spokojne, jak przy wejściu do jego gabinetu, ale iskierka tląca się w źrenicy przypominała bardziej zirytowanie, niż złość. Nie była dobra w gniewaniu się, zwykle wybuchała, a potem było jej przykro.
- Wychowałeś mnie tak Tato, że poradzę sobie z każdym, niezależnie od okoliczności. - odpowiedziała dość pewnie, wzruszając delikatnie ramionami i unosząc kąciki ust do góry. Rozumiała lub przynajmniej starała się zrozumieć chęć ochrony jej oraz Laurenta, która płynęła ze strony Edwarda, ale nie zawsze umiała to uzasadnić. Teraz nie umiała. Jego wybuch i słowa wciąż były nieuzasadnione, bo przecież w swoim mniemaniu, nie dała im absolutnie żadnego powodu do wstydu. - Dzięki temu nie ocenia mnie przez pryzmat nazwiska i tego, kim jesteś i co możesz zaoferować razem ze mną. Dla niego jestem po prostu.. No, po prostu Pandorą. Oczywiście jestem dumnym Prewettem, kocham was bardzo wszystkich, ale wiesz przecież, że znaczna większość chce galeonów i tego, czego się dorobiłeś. A ja jestem tylko środkiem do celu, dodatkiem. Zasługuje na więcej niż to.
Nie była pewna, czy Edward będzie w stanie zrozumieć, o co jej właściwie chodziło i czy nie zrozumie jej źle. Świat niestety nastawiony był na galeony oraz zysk, ludzie biegli szalenie za pieniędzmi i zapominali o małych, pięknych rzeczach. Ile to razy nacięła się na tym, że bardziej niż ona, interesujące było nazwisko oraz wielki, rodowy zamek.
Brunetka na szczęście nie wiedziała, co wyczyniał jej ojciec zarówno teraz, jak i w czasach, gdy był w jej wieku. Na tle jednak barwnego życia erotycznego rodziny Prewett, ona była strasznie powściągliwa i oszczędna w czułościach oraz romansach, mając to definitywnie za swoją matką, całe szczęście. Laurent wdał się w tatusia. Słuchała, gdy mówił. Wciąż na niego patrzyła, nie spuściła głowy z zawstydzeniem czy pokorą, ale nie przyglądała się ojcu z butnością. Stłumiła westchnienie, kolejny raz licząc do dziesięciu. Piekły ją trochę policzki, ale naprawdę nie chciała wojny lub kłótni. Nienawidziła się kłócić, a on jednak uparcie twierdził swoje, jakby miał klapki na oczach i nie dostrzegał innych rzeczy, które mogły płynąć z tego, co mówiła.
- Rozumiem Twoje obawy, ale naprawdę, nie zrobię niczego, co będzie niewłaściwie lub niegodne, co mogłoby Cię lub matkę ośmieszyć. Owszem, żyjemy odrobinę inaczej.. - wymownie zerknęła na złoty tron, zaraz jednak wracając do twarzy Edwarda. Ona raczej rozdawała pieniądze, niż je gromadziła. - Chcę tylko powiedzieć, że gdybyś miał powody do obaw lub gdybym żyła lekko i bez zasad, już dawno byłbyś dziadkiem, a gazety pisałyby stosy bredni na mój temat. Mama naprawdę ma pięćdziesięciu.. ?
Jęknęła nieco, przecierając twarz dłonią i wywracając oczami. Ta kobieta była niemożliwa, absolutny osioł w wśród osłów, doprawdy, niereformowalna. Przedstawiła już Pandorze tylu polityków, wynalazców, ludzi ze świata rozrywki, a i tak dalej się łudziła, że cokolwiek z tego będzie. Brakowało tylko księcia z jakiegoś arabskiego kraju, którego ściągnęłaby do Turcji za pomocą dziadka i jego rodziny. Zwilżyła wargi, zachciało się jej drugiego ptysia, ale postanowiła się powstrzymać. Wyprostowała się, krzyżując ręce pod biustem.
- Nie powinniśmy się czuć ze sobą równi? - zapytała cicho, nieco zbita z tropu jego ostatnim stwierdzeniem. Może małżeństwo jej rodziców nie było zawsze idealne, ale uważała, że traktowali się względnie równo. Mama miała sposoby na ojca, ojciec na matkę i tak to trwało, bez większych burz i z okazjonalnym sztormem.
Kobieta przeszła kilka kroków po pokoju i usiadła na podłokietnika ojcowskiego fotela. Objęła Edwarda, przytulając głowę do jego szyi, westchnęła. Wiedziała, że zarówno ona, jak i on nie odpuszczą w tej dyskusji, każde wiedziało przecież swoje. - Nie martw się tak. Wiem, co robię, zaufaj mi.
- Wychowałeś mnie tak Tato, że poradzę sobie z każdym, niezależnie od okoliczności. - odpowiedziała dość pewnie, wzruszając delikatnie ramionami i unosząc kąciki ust do góry. Rozumiała lub przynajmniej starała się zrozumieć chęć ochrony jej oraz Laurenta, która płynęła ze strony Edwarda, ale nie zawsze umiała to uzasadnić. Teraz nie umiała. Jego wybuch i słowa wciąż były nieuzasadnione, bo przecież w swoim mniemaniu, nie dała im absolutnie żadnego powodu do wstydu. - Dzięki temu nie ocenia mnie przez pryzmat nazwiska i tego, kim jesteś i co możesz zaoferować razem ze mną. Dla niego jestem po prostu.. No, po prostu Pandorą. Oczywiście jestem dumnym Prewettem, kocham was bardzo wszystkich, ale wiesz przecież, że znaczna większość chce galeonów i tego, czego się dorobiłeś. A ja jestem tylko środkiem do celu, dodatkiem. Zasługuje na więcej niż to.
Nie była pewna, czy Edward będzie w stanie zrozumieć, o co jej właściwie chodziło i czy nie zrozumie jej źle. Świat niestety nastawiony był na galeony oraz zysk, ludzie biegli szalenie za pieniędzmi i zapominali o małych, pięknych rzeczach. Ile to razy nacięła się na tym, że bardziej niż ona, interesujące było nazwisko oraz wielki, rodowy zamek.
Brunetka na szczęście nie wiedziała, co wyczyniał jej ojciec zarówno teraz, jak i w czasach, gdy był w jej wieku. Na tle jednak barwnego życia erotycznego rodziny Prewett, ona była strasznie powściągliwa i oszczędna w czułościach oraz romansach, mając to definitywnie za swoją matką, całe szczęście. Laurent wdał się w tatusia. Słuchała, gdy mówił. Wciąż na niego patrzyła, nie spuściła głowy z zawstydzeniem czy pokorą, ale nie przyglądała się ojcu z butnością. Stłumiła westchnienie, kolejny raz licząc do dziesięciu. Piekły ją trochę policzki, ale naprawdę nie chciała wojny lub kłótni. Nienawidziła się kłócić, a on jednak uparcie twierdził swoje, jakby miał klapki na oczach i nie dostrzegał innych rzeczy, które mogły płynąć z tego, co mówiła.
- Rozumiem Twoje obawy, ale naprawdę, nie zrobię niczego, co będzie niewłaściwie lub niegodne, co mogłoby Cię lub matkę ośmieszyć. Owszem, żyjemy odrobinę inaczej.. - wymownie zerknęła na złoty tron, zaraz jednak wracając do twarzy Edwarda. Ona raczej rozdawała pieniądze, niż je gromadziła. - Chcę tylko powiedzieć, że gdybyś miał powody do obaw lub gdybym żyła lekko i bez zasad, już dawno byłbyś dziadkiem, a gazety pisałyby stosy bredni na mój temat. Mama naprawdę ma pięćdziesięciu.. ?
Jęknęła nieco, przecierając twarz dłonią i wywracając oczami. Ta kobieta była niemożliwa, absolutny osioł w wśród osłów, doprawdy, niereformowalna. Przedstawiła już Pandorze tylu polityków, wynalazców, ludzi ze świata rozrywki, a i tak dalej się łudziła, że cokolwiek z tego będzie. Brakowało tylko księcia z jakiegoś arabskiego kraju, którego ściągnęłaby do Turcji za pomocą dziadka i jego rodziny. Zwilżyła wargi, zachciało się jej drugiego ptysia, ale postanowiła się powstrzymać. Wyprostowała się, krzyżując ręce pod biustem.
- Nie powinniśmy się czuć ze sobą równi? - zapytała cicho, nieco zbita z tropu jego ostatnim stwierdzeniem. Może małżeństwo jej rodziców nie było zawsze idealne, ale uważała, że traktowali się względnie równo. Mama miała sposoby na ojca, ojciec na matkę i tak to trwało, bez większych burz i z okazjonalnym sztormem.
Kobieta przeszła kilka kroków po pokoju i usiadła na podłokietnika ojcowskiego fotela. Objęła Edwarda, przytulając głowę do jego szyi, westchnęła. Wiedziała, że zarówno ona, jak i on nie odpuszczą w tej dyskusji, każde wiedziało przecież swoje. - Nie martw się tak. Wiem, co robię, zaufaj mi.