Stanley był całkiem bystry. Wyglądał na dzieciaka, który bez trudu łączył ze sobą kolejne elementy układanki. Robert to dostrzegł. Oczywiście, że tak. Przeszło mu nawet przez myśl, że gdyby pewne sprawy ułożyły się inaczej, być może nawet Borgin byłby dla niego powodem do dumy? Nie było sensu się nad tym zastanawiać. Rozwodzić nad tym, na co nie miało się nawet najmniejszego wpływu…
- Dobre pytanie. Zasadne. – pochwalił go. – Mój ojciec, podobnie jak wielu innych czarodziejów, nie akceptował Leacha i co istotne, nie chciał też podporządkować się zasadom, które ten postanowił narzucić na Departament. Nasze odejście łączyło w sobie obydwie te rzeczy. Niechęć do byłego Ministra oraz do zmian, które ten zdecydował się przeprowadzić.
Nie uważał, aby był to temat, w stosunku do którego należało zachować odpowiednią dozę ostrożności. Pewnymi rzeczami się ze Stanleyem dzielił. Pewnych rzeczy nie ukrywał. Pozwalał tym samym na to, aby poznał historie, aby zrozumiał rodzinę, której częścią powinien się poczuć. Tego oczekiwali razem z Chesterem. Na to poniekąd liczyli. Przywiązanie było niczym miecz obosieczny. Można było dzięki niemu coś zyskać, ale też ponieść z jego względu pewne straty.
- W Proroku piszą o tym w zasadzie każdego dnia. – przyznał mu racje, pozwalając na to, aby ta szopka trwała jeszcze przez chwilę. Jedną? Dwie? Więcej? Zaciągnął się papierosem, dał sobie nieco czasu, zanim przejdą dalej. – Inne sprawy w zasadzie zeszły na dalszy plan. Tak jakby w tym kraju nie działali obecnie żadni… przestępcy. – odniósł się do obecnej sytuacji, zwracając uwagę na to że Śmierciożercy razem z przewodzącym im Czarnym Panem, zdawali się odgrywać ostatnimi czasy pierwsze skrzypce. A przynajmniej takie wnioski mógł wyciągnąć ktoś, kto w Ministerstwie Magii nie pracował.
A już na pewno, nie posiadał związków z Brygadą Uderzeniową oraz Biurem Aurorów.
- Obydwoje zapewne zdajemy sobie sprawę z tego, że tutaj, na Nokturnie, działa wiele osób, którym należałoby poświęcić znacznie więcej uwagi. – po tych słowach napełnił ponownie szklanki. Dolał nieco alkoholu. – Śmierciożercy robią jedynie to, czym nie potrafiła przez długie lata zająć się nasza władza. Zaprowadzają właściwy porządek. – czy faktycznie w to wierzył? Czy zdążył przez te lata aż w takim stopniu przesiąknąć ideologią? Nie do końca. Zarazem jednak oddany był Czarnemu Panu. W jego zwycięstwie dostrzegał szanse na lepsze jutro dla samego siebie. Całość jednak brzmiała dużo lepiej kiedy dodawało się do tego coś więcej. – Zakładam jednak, że sam dobrze sobie zdajesz z tego sprawę. W końcu jako Volturis zrobiłeś już dla organizacji całkiem sporo?
Ostatnie słowa wiązały się z pewnym ryzykiem, ale pozwalały na stworzenie kolejnych powiązań. Pokazanie, że byli do siebie podobni; że wiele ich ze sobą łączyło. Był to krok, który należało wykonać. Rzecz jasna we właściwym momencie. Czy taki już nastał? Mulciber nie miał co do tego pewności, ale nie mógł długo czekać. Trzeba było działać sprawnie. Realizować kolejne punkty opracowanego razem z Rookwoodem planu.