22.01.2024, 12:47 ✶
Gdyby nie stukot laski, można by było pokusić się o stwierdzenie, że Perseus chodził jak kot.
Tymczasem ściągał na siebie uwagę szybciej, niżby sobie tego życzył i nie było to spowodowane jedynie kalectwem, lecz także aparycją; odziany w biały (w założeniu; z czasem bowiem materiał poszarzał) kitel lekarski narzucony na bawełnianą czarną koszulę, kontrastującą z jego porcelanową cerą, z hebanowymi kosmykami włosów opadającymi teraz bezwiednie na jego czoło i lśniącym onyksem tęczówek przypominał Śmierć, jednak w jego usposobieniu nie było nic z przeraźliwości śmierci, milczącej i poważnej. Wręcz przeciwnie; w pozornie ostrych rysach kryła się łagodność, a w barytonie, choć monotonnym, wybrzmiewała nuta nadziei.
— ...na oddział dzienny. Sądzę, że dobrze mu to zrobi. Spróbujmy też zmniejszyć pani Pearce dawkę eliksirów nasennych — instruował kroczącą u jego boku pielęgniarkę, dziewczę o prawie o głowę od niego niższe, która skrupulatnie notowała każde słowo doktora Blacka. Już miał skręcić z nią w boczny korytarz i udać się do innej części budynku, gdy na drugim końcu korytarza ujrzał znajomą sylwetkę siedzącego na krześle przed jego gabinetem. Morpheus. Ale czy nie był umówiony na popołudnie? Pośpiesznie zerknął na zegarek na nadgarstku i ze zdumieniem odkrył, że dochodziła trzynasta. Jak to możliwe? Przecież dopiero była dziewiąta, a on zaczynał poranny obchód. Czyżby aż tak stracił poczucie czasu? Z drugiej strony, czy było to takie zaskakujące, zważywszy na fakt, że chciał zamienić choć kilka słów z każdym ze swoich pacjentów? Dać im poczucie bezpieczeństwa, zapewnić, że zostaną wysłuchani?
Skinął pielęgniarce głową i pokuśtykał w stronę mężczyzny z uśmiechem.
— Dzień dobry, panie Longbottom — zgrabnie przerzucił ciężar laski do drugiej ręki, wyciągnął do niego prawą dłoń i uścisnął ją na powitanie. Chciał powiedzieć "miło znów pana widzieć", ale w porę się powstrzymał. W innych okolicznościach dodanie tego zdania byłoby nawet pożądane, lecz jakoś gryzło się ze ścianami Lecznicy Dusz — Zapraszam.
Otworzył drzwi i puścił go przodem. Wnętrze jego gabinetu nieszczególnie zmieniło się przez ostatnie pół roku; wciąż te same ciężkie, mahoniowe meble, niezliczone ilości papierów rozrzuconych na biurku, filiżanka niedopitej kawy i ogólny nieład, będący wyrazem chaotycznych myśli magipsychiatry. A mimo to panowała w tym miejscu jakaś przytulność.
Nie wskazywał mu miejsca. Mógł wybrać albo jeden z obitych pluszem foteli pod oknem, albo krzesło naprzeciwko jego biurka. Perseus zawsze się dostosowywał.
— Jak mogę panu pomóc? — zapytał. Właściwie, to chciał zacząć od kondolencji z powodu jego brata, ale obawiał się, że zaczynanie tego tematu będzie jak sypanie soli na otwarte rany. Wstrzymał się więc, czekając, aż Morpheus sam poruszy ten temat.
Tymczasem ściągał na siebie uwagę szybciej, niżby sobie tego życzył i nie było to spowodowane jedynie kalectwem, lecz także aparycją; odziany w biały (w założeniu; z czasem bowiem materiał poszarzał) kitel lekarski narzucony na bawełnianą czarną koszulę, kontrastującą z jego porcelanową cerą, z hebanowymi kosmykami włosów opadającymi teraz bezwiednie na jego czoło i lśniącym onyksem tęczówek przypominał Śmierć, jednak w jego usposobieniu nie było nic z przeraźliwości śmierci, milczącej i poważnej. Wręcz przeciwnie; w pozornie ostrych rysach kryła się łagodność, a w barytonie, choć monotonnym, wybrzmiewała nuta nadziei.
— ...na oddział dzienny. Sądzę, że dobrze mu to zrobi. Spróbujmy też zmniejszyć pani Pearce dawkę eliksirów nasennych — instruował kroczącą u jego boku pielęgniarkę, dziewczę o prawie o głowę od niego niższe, która skrupulatnie notowała każde słowo doktora Blacka. Już miał skręcić z nią w boczny korytarz i udać się do innej części budynku, gdy na drugim końcu korytarza ujrzał znajomą sylwetkę siedzącego na krześle przed jego gabinetem. Morpheus. Ale czy nie był umówiony na popołudnie? Pośpiesznie zerknął na zegarek na nadgarstku i ze zdumieniem odkrył, że dochodziła trzynasta. Jak to możliwe? Przecież dopiero była dziewiąta, a on zaczynał poranny obchód. Czyżby aż tak stracił poczucie czasu? Z drugiej strony, czy było to takie zaskakujące, zważywszy na fakt, że chciał zamienić choć kilka słów z każdym ze swoich pacjentów? Dać im poczucie bezpieczeństwa, zapewnić, że zostaną wysłuchani?
Skinął pielęgniarce głową i pokuśtykał w stronę mężczyzny z uśmiechem.
— Dzień dobry, panie Longbottom — zgrabnie przerzucił ciężar laski do drugiej ręki, wyciągnął do niego prawą dłoń i uścisnął ją na powitanie. Chciał powiedzieć "miło znów pana widzieć", ale w porę się powstrzymał. W innych okolicznościach dodanie tego zdania byłoby nawet pożądane, lecz jakoś gryzło się ze ścianami Lecznicy Dusz — Zapraszam.
Otworzył drzwi i puścił go przodem. Wnętrze jego gabinetu nieszczególnie zmieniło się przez ostatnie pół roku; wciąż te same ciężkie, mahoniowe meble, niezliczone ilości papierów rozrzuconych na biurku, filiżanka niedopitej kawy i ogólny nieład, będący wyrazem chaotycznych myśli magipsychiatry. A mimo to panowała w tym miejscu jakaś przytulność.
Nie wskazywał mu miejsca. Mógł wybrać albo jeden z obitych pluszem foteli pod oknem, albo krzesło naprzeciwko jego biurka. Perseus zawsze się dostosowywał.
— Jak mogę panu pomóc? — zapytał. Właściwie, to chciał zacząć od kondolencji z powodu jego brata, ale obawiał się, że zaczynanie tego tematu będzie jak sypanie soli na otwarte rany. Wstrzymał się więc, czekając, aż Morpheus sam poruszy ten temat.
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory