22.01.2024, 00:32 ✶
Spotykało się czasem ludzi, których spojrzenie czuło się zawsze i tak po prostu, coś wewnątrz szeptało, że patrzy się we właściwym kierunku. Ponoć też zawsze czuło się na sobie ten przeszywający wzrok, który bezwstydnie próbował ze wszystkiego obedrzeć, chcąc przyciągać uwagę. Ludzie byli różni, spojrzenia były różne, a jednak ona zawsze potrafiła zgadnąć, czyje spojrzenie wwiercało się w nią na tle intensywnie, ale i niepostrzeżenie, że mimowolnie odwracała głowę i próbowała je odwzajemnić.
Czy nazwałaby to obietnicą? Nie, raczej leniwie rzuconym stwierdzeniem, wróżbą na przyszłość z nikłą szansą na spełnienie.. Rzuciła te słowa tak o, pół żartem i pół serio, ciekawsza jego reakcji niż gotowa wypominać cokolwiek. Gdy straciło się kontakt z drugim człowiekiem, nagle słowa i wspomnienia stawały się coraz mniej znaczące, obietnice mniej wiązały. Więź może nie była zrywana, ale stawała się znacznie lżejsza i mniej wpływająca na codzienność. Niezależnie jednak o źródła lub też powodu grzechu, jego rodzaju — one zawsze ciążyły tak samo, naciskając na barki czy też dusząc. Ani Stanley, ani Cynthia nie byliby tutaj wyjątkiem.
Przesunęła na kilka sekund spojrzenie z twarzy Borgina na tlącego się leniwie papierosa i stłumiła westchnienie, pozwalając sobie jednak na poruszenie głową, nieznaczne przytaknięcie. - Rzuciłam. I wróciłam do nich. - powtórzyła z przyzwyczajenia tonem niewinnym, pełnym sztucznej skruchy, której wyuczyła się przez lata, stosowanej głównie w rozmowach z ojcem, gdzie przyniosła największy efekt. Im dłużej człowiek nosił maski, tym trudniej było je zdjąć i tym trudniej było pamiętać, kim się było. Oczywiście wiedziała, że przy nim nie musiała udawać, bo przez znał ją lepiej niż ktokolwiek inny i go tu przyprowadziła, ale trudno było wyłączyć swoje własne systemy obronne.
Zabawą zaczętą od papierosa, która przyniosła skutki, ale chyba nie do końca takie, o jakie mu chodziło. Jej oceny przecież wcale nie spadły na łeb na szyję, nie dostawała nagle stosu szlabanów, ale krążąca w jej głowie tajemnica sprawiała, że codzienność była bardziej ekscytująca. Pozostawała ciekawość i niedosyt, którego wcześniej nie miała okazji poznać, a smakowały wybornie. - Bzdura. - skwitowała z delikatnym wzruszeniem ramion, wracając do rzeczywistości, jakby wyrwana z zamyślenia. Zawędrowała głęboko wspomnieniami i sentymentem, co wywnioskowała po konieczności skorzystania z magicznych sztuczek, aby stłumić jakiekolwiek uzewnętrznienie tego, co jeszcze chwilę temu działo się w jej głowie. Nie było to nikomu potrzebne i blondynka nie chciała też nikomu tego pokazywać.
Problem polegał na tym, że mógł okłamać cały świat, ale nie ją. Ona i tak by wiedziała. Wyczuwała, gdy kłamał — nie od początku, ale z czasem jej wrodzony nawyk obserwacji, a teraz dopieszczony latami doświadczenia działał, jak nadał. Zwłaszcza że kłamstwo objawiało się również na płaszczyźnie biologiczno-fizycznej. Serce biło szybciej, drżało jabłko Adama, coś zmieniło się w źrenicach lub drżały kąciki ust, zmieniał się sposób oddychania. Miałaby mu chyba za złe, gdyby ją okłamał, bo nawet jeśli minęły lata, wstążka wciąż była ciasna, pokryta warstwą kurzu.
Zwykle w dotyku, który inicjowała — głównie po to, aby osiągnąć postawiony sobie cel lub do niego dotrzeć, pojawiała się pewność siebie i pewna doza dominacji, która bardzo wielu onieśmielała. Jej ruchy były płynne i stanowcze, jakby samą ich energią miałaby zmusić kogoś do uległości. Był to silny dotyk, chłodny. Tutaj jednak pomimo precyzji i wspomnianego wcześniej chłodu, pojawiała się również delikatność. Wiedziała, co znajdzie i jak tego szukać, a jednak nie próbowała mu niczego narzucić, dałaby mu uciec z potrzasku, gdyby tylko chciał. On jednak pozwalał jej robić, to co chciała — co było nowe i dziwne, bo przecież była zwykle jego rola. Poprawiała mu koszulę, ale dlatego, że na to pozwalał i tego chciał, wiedząc, że jego matka i rodzina będą patrzeć na to, jak się prezentował. Poczuła dziwną ulgę, że nie postawił ściany i faktycznie, pozwolił się jej przekonać o tym, co już wiedziała lub raczej czego się domyślała na podstawie posiadanych informacji i obserwacji z Ministerstwa. Coś nieprzyjemne ścisnęło jej żołądek. Jego słowa sprawiły, że przez ułamek sekundy pozbawione kontroli palce zacisnęły się mocniej, a paznokcie wbiły się w skórę, rzucając niemą groźbę. Podniosła na niego wzrok z niedowierzaniem, wyrzutem, ale żadne słowo nie uciekło jej spomiędzy warg na te niedorzeczności, którymi chwilę wcześniej przerwał ciszę. Była zła, smutna i zirytowana. Miała wyrzuty sumienia. Zakrycie znaku niewiele jej dało, skoro już się upewniła o tym, co Stanley zrobił. Na co się zdecydował — w przeciwieństwie do Louvaina, nie emanowała z niego jednak chęć przeprowadzania rewolucji. Płuc wypełniający jej płuca sprawiał, że lepiej się jej myślało.
Wyrzuty nie przyniosą niczego.
Zgodnie z życzeniem mężczyzny, odstawiła butelkę z trunkiem w kolorze bursztynu, wyciągając wódkę, a następnie dwie szklanki. Byli tu bezpieczni, pośród czterech ścian zabezpieczonych zaklęciami i w innym kraju, nikt ich nie widział. Zacisnęła palce na szkle, które wydało się jej nieprzyjemne ciepłe na tle jej własnej skóry, która przez pracę w kostnicy i obcowanie z nekromancją zawsze była zimna. Adekwatna do Cynthii, którą się stała. Pasującą do całości, obrazu budowanego na kłamstwach i pogoni za czymś, czego sama nie umiała nakreślić. Przymknęła oczy, zwilżając wargi i skupiła umysł na zupełnie innych rzeczach, odganiając na bok te nieistotne brednie. Mieli większe problemy.
- Nie szkodzi. Nikt Cię tu nie znajdzie. - odpowiedziała jedynie, ignorując kwestie związane z kanapą. Bo przecież nigdy by go nie wywaliła. Nalała do szklanek, sięgając kilka kostek z lodem, które dorzuciła do kryształowych szklanek. Materiał sukienki zawirował przy jej ciele, gdy się obróciła i podeszła do niego. Spojrzała w ogień, kontrastował z zimnym odcieniem błękitu jej tęczówek, ujmował ją zawsze. Miała słabość do płomieni. Wsunęła mu szklankę w dłonie. - Czy Ty wątpisz w moje bycie damą? - zapytała z prychnięciem rozbawienia, ale i urazy, przymykając oczy, bo gdyby wpatrywała się w kominek dłużej, znów odcięłaby się od otaczającego ją świata. Zamiast tego z wyuczoną gracją przemknęła pół kroku do przodu, subtelnie stukając obcasami o drewnianą podłogę i stanęła przodem do niego, pozwalając, by włosy zakołysały się jej rozdrażniona, przelewając się pasmami po plecach i ramionach, odbijając płomienie, których widoku dziś wyjątkowo nie mogła znieść. Wyprostowała głowę, odszukując znajome oczy i uniosła szklankę. Wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć, ale doskonale wiedziała, że on odczyta jej przekaz. Maski nie były potrzebne, mógł po prostu być sobą — bez obaw, strachu lub jakichkolwiek emocji, które nim targały. Bo nawet jeśli nie była już tą nieśmiałą, przynajmniej na pierwszy rzut oka, dziewczyną z podręcznikiem pod pachą, to wciąż była kimś, kogo już raz do siebie dopuścił. Uśmiechnęła się więc naturalnie i łagodnie, szczerze i bez żadnego celu, przysuwając zimne szkło do ust. - To toast, który powinniśmy wnieść już kilka lat temu.
Czy nazwałaby to obietnicą? Nie, raczej leniwie rzuconym stwierdzeniem, wróżbą na przyszłość z nikłą szansą na spełnienie.. Rzuciła te słowa tak o, pół żartem i pół serio, ciekawsza jego reakcji niż gotowa wypominać cokolwiek. Gdy straciło się kontakt z drugim człowiekiem, nagle słowa i wspomnienia stawały się coraz mniej znaczące, obietnice mniej wiązały. Więź może nie była zrywana, ale stawała się znacznie lżejsza i mniej wpływająca na codzienność. Niezależnie jednak o źródła lub też powodu grzechu, jego rodzaju — one zawsze ciążyły tak samo, naciskając na barki czy też dusząc. Ani Stanley, ani Cynthia nie byliby tutaj wyjątkiem.
Przesunęła na kilka sekund spojrzenie z twarzy Borgina na tlącego się leniwie papierosa i stłumiła westchnienie, pozwalając sobie jednak na poruszenie głową, nieznaczne przytaknięcie. - Rzuciłam. I wróciłam do nich. - powtórzyła z przyzwyczajenia tonem niewinnym, pełnym sztucznej skruchy, której wyuczyła się przez lata, stosowanej głównie w rozmowach z ojcem, gdzie przyniosła największy efekt. Im dłużej człowiek nosił maski, tym trudniej było je zdjąć i tym trudniej było pamiętać, kim się było. Oczywiście wiedziała, że przy nim nie musiała udawać, bo przez znał ją lepiej niż ktokolwiek inny i go tu przyprowadziła, ale trudno było wyłączyć swoje własne systemy obronne.
Zabawą zaczętą od papierosa, która przyniosła skutki, ale chyba nie do końca takie, o jakie mu chodziło. Jej oceny przecież wcale nie spadły na łeb na szyję, nie dostawała nagle stosu szlabanów, ale krążąca w jej głowie tajemnica sprawiała, że codzienność była bardziej ekscytująca. Pozostawała ciekawość i niedosyt, którego wcześniej nie miała okazji poznać, a smakowały wybornie. - Bzdura. - skwitowała z delikatnym wzruszeniem ramion, wracając do rzeczywistości, jakby wyrwana z zamyślenia. Zawędrowała głęboko wspomnieniami i sentymentem, co wywnioskowała po konieczności skorzystania z magicznych sztuczek, aby stłumić jakiekolwiek uzewnętrznienie tego, co jeszcze chwilę temu działo się w jej głowie. Nie było to nikomu potrzebne i blondynka nie chciała też nikomu tego pokazywać.
Problem polegał na tym, że mógł okłamać cały świat, ale nie ją. Ona i tak by wiedziała. Wyczuwała, gdy kłamał — nie od początku, ale z czasem jej wrodzony nawyk obserwacji, a teraz dopieszczony latami doświadczenia działał, jak nadał. Zwłaszcza że kłamstwo objawiało się również na płaszczyźnie biologiczno-fizycznej. Serce biło szybciej, drżało jabłko Adama, coś zmieniło się w źrenicach lub drżały kąciki ust, zmieniał się sposób oddychania. Miałaby mu chyba za złe, gdyby ją okłamał, bo nawet jeśli minęły lata, wstążka wciąż była ciasna, pokryta warstwą kurzu.
Zwykle w dotyku, który inicjowała — głównie po to, aby osiągnąć postawiony sobie cel lub do niego dotrzeć, pojawiała się pewność siebie i pewna doza dominacji, która bardzo wielu onieśmielała. Jej ruchy były płynne i stanowcze, jakby samą ich energią miałaby zmusić kogoś do uległości. Był to silny dotyk, chłodny. Tutaj jednak pomimo precyzji i wspomnianego wcześniej chłodu, pojawiała się również delikatność. Wiedziała, co znajdzie i jak tego szukać, a jednak nie próbowała mu niczego narzucić, dałaby mu uciec z potrzasku, gdyby tylko chciał. On jednak pozwalał jej robić, to co chciała — co było nowe i dziwne, bo przecież była zwykle jego rola. Poprawiała mu koszulę, ale dlatego, że na to pozwalał i tego chciał, wiedząc, że jego matka i rodzina będą patrzeć na to, jak się prezentował. Poczuła dziwną ulgę, że nie postawił ściany i faktycznie, pozwolił się jej przekonać o tym, co już wiedziała lub raczej czego się domyślała na podstawie posiadanych informacji i obserwacji z Ministerstwa. Coś nieprzyjemne ścisnęło jej żołądek. Jego słowa sprawiły, że przez ułamek sekundy pozbawione kontroli palce zacisnęły się mocniej, a paznokcie wbiły się w skórę, rzucając niemą groźbę. Podniosła na niego wzrok z niedowierzaniem, wyrzutem, ale żadne słowo nie uciekło jej spomiędzy warg na te niedorzeczności, którymi chwilę wcześniej przerwał ciszę. Była zła, smutna i zirytowana. Miała wyrzuty sumienia. Zakrycie znaku niewiele jej dało, skoro już się upewniła o tym, co Stanley zrobił. Na co się zdecydował — w przeciwieństwie do Louvaina, nie emanowała z niego jednak chęć przeprowadzania rewolucji. Płuc wypełniający jej płuca sprawiał, że lepiej się jej myślało.
Wyrzuty nie przyniosą niczego.
Zgodnie z życzeniem mężczyzny, odstawiła butelkę z trunkiem w kolorze bursztynu, wyciągając wódkę, a następnie dwie szklanki. Byli tu bezpieczni, pośród czterech ścian zabezpieczonych zaklęciami i w innym kraju, nikt ich nie widział. Zacisnęła palce na szkle, które wydało się jej nieprzyjemne ciepłe na tle jej własnej skóry, która przez pracę w kostnicy i obcowanie z nekromancją zawsze była zimna. Adekwatna do Cynthii, którą się stała. Pasującą do całości, obrazu budowanego na kłamstwach i pogoni za czymś, czego sama nie umiała nakreślić. Przymknęła oczy, zwilżając wargi i skupiła umysł na zupełnie innych rzeczach, odganiając na bok te nieistotne brednie. Mieli większe problemy.
- Nie szkodzi. Nikt Cię tu nie znajdzie. - odpowiedziała jedynie, ignorując kwestie związane z kanapą. Bo przecież nigdy by go nie wywaliła. Nalała do szklanek, sięgając kilka kostek z lodem, które dorzuciła do kryształowych szklanek. Materiał sukienki zawirował przy jej ciele, gdy się obróciła i podeszła do niego. Spojrzała w ogień, kontrastował z zimnym odcieniem błękitu jej tęczówek, ujmował ją zawsze. Miała słabość do płomieni. Wsunęła mu szklankę w dłonie. - Czy Ty wątpisz w moje bycie damą? - zapytała z prychnięciem rozbawienia, ale i urazy, przymykając oczy, bo gdyby wpatrywała się w kominek dłużej, znów odcięłaby się od otaczającego ją świata. Zamiast tego z wyuczoną gracją przemknęła pół kroku do przodu, subtelnie stukając obcasami o drewnianą podłogę i stanęła przodem do niego, pozwalając, by włosy zakołysały się jej rozdrażniona, przelewając się pasmami po plecach i ramionach, odbijając płomienie, których widoku dziś wyjątkowo nie mogła znieść. Wyprostowała głowę, odszukując znajome oczy i uniosła szklankę. Wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć, ale doskonale wiedziała, że on odczyta jej przekaz. Maski nie były potrzebne, mógł po prostu być sobą — bez obaw, strachu lub jakichkolwiek emocji, które nim targały. Bo nawet jeśli nie była już tą nieśmiałą, przynajmniej na pierwszy rzut oka, dziewczyną z podręcznikiem pod pachą, to wciąż była kimś, kogo już raz do siebie dopuścił. Uśmiechnęła się więc naturalnie i łagodnie, szczerze i bez żadnego celu, przysuwając zimne szkło do ust. - To toast, który powinniśmy wnieść już kilka lat temu.