16.01.2024, 10:55 ✶
Rodolphus uniósł brwi w wyrazie zdziwienia. Na ten jeden moment, na kilka ulotnych chwil, wyglądał na szczerze zaskoczonego tym, że Morpheus po prostu się z nim zgodził. Departament Tajemnic był pełen dziwaków i szaleńców, lecz przecież mężczyzna pochodził z rodu, który słynął z kompleksu bohatera - a przynajmniej tak ich postrzegał Lestrange. Słyszał wiele o tym, co jego krewni wyrabiają, spodziewał się więc, że będzie musiał odbyć długą rozmowę z Morpheusem, wyjaśnić swoje stanowisko i najwyżej go opuścić, zostawić samemu sobie, nie chcąc ponosić kary za niesubordynację z tak trywialnego powodu, jak ratowanie czyjegoś życia. Ale się pomylił. Chwila, w której maska powagi spadła z twarzy Rodolphusa, była ulotna jak bicie skrzydeł motyla, trwała też nie dłużej niż kilka uderzeń serca. Zmiana ta jednak była wyraźna i doskonale widoczna. W jasnych, stalowych oczach Niewymownego pojawiło się coś na kształt podziwu. Wpatrywał się w Longbottoma jak w kukułcze jajo. Może ktoś go podrzucił do tej rodziny wiele lat temu? Może został adoptowany?
- Gdybanie zostawmy odpowiednim osobom - powiedział w końcu, odwracając głowę w kierunku okna. Ostrożnie, by na nic nie nadepnąć i by niczego nie uszkodzić, wracał do miejsca, którym weszli. - Wracajmy. Mamy mało czasu.
Dorzucił tylko, bo to była prawda i Morpheus doskonale o tym wiedział. Czas w rzeczywistości płynął nieubłaganie, a w tej sytuacji liczyła się każda chwila. Kolejne sekundy zamieniały się w minuty, a cenne minuty mogły zmienić się w godziny, jeżeli się nie pospieszą.
Rolph podciągnął się na parapecie i przerzucił nogi przez okno, a potem gładko wylądował na zewnątrz. Zerknął jeszcze na towarzysza. Wierzył, że nie musi mu mówić, że należy zatrzeć wszelkie ślady ich bytności, a potem oddalić się, być może w kierunku drzew bo były bliżej, by teleportować się z powrotem do Londynu. Każdy musiał zdać raport w swojej komnacie, a pozostawała też kwestia Wydziału Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Rodolphus jednak najpierw miał zamiar odwiedzić swojego przełożonego - nie był na pozycji, w której mógł podejmować decyzje na temat informowania innych wydziałów samodzielnie.
- Gdybanie zostawmy odpowiednim osobom - powiedział w końcu, odwracając głowę w kierunku okna. Ostrożnie, by na nic nie nadepnąć i by niczego nie uszkodzić, wracał do miejsca, którym weszli. - Wracajmy. Mamy mało czasu.
Dorzucił tylko, bo to była prawda i Morpheus doskonale o tym wiedział. Czas w rzeczywistości płynął nieubłaganie, a w tej sytuacji liczyła się każda chwila. Kolejne sekundy zamieniały się w minuty, a cenne minuty mogły zmienić się w godziny, jeżeli się nie pospieszą.
Rolph podciągnął się na parapecie i przerzucił nogi przez okno, a potem gładko wylądował na zewnątrz. Zerknął jeszcze na towarzysza. Wierzył, że nie musi mu mówić, że należy zatrzeć wszelkie ślady ich bytności, a potem oddalić się, być może w kierunku drzew bo były bliżej, by teleportować się z powrotem do Londynu. Każdy musiał zdać raport w swojej komnacie, a pozostawała też kwestia Wydziału Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Rodolphus jednak najpierw miał zamiar odwiedzić swojego przełożonego - nie był na pozycji, w której mógł podejmować decyzje na temat informowania innych wydziałów samodzielnie.