Czy z jego strony to naprawdę była niewdzięczność, jak mu mówił Edward? Był niewdzięczny, bo nie doceniał tego, co dostał? Niewdzięczny, jak to mówiła Aydaya, bo powinien całować ich po stopach za samo to, że dostał nazwisko? To był największy przywilej? Słuchał ojca, myśląc, że ten się o niego troszczy, chce go chronić, chce o niego dbać. Chce, żeby był silny, niezależny i samodzielny. Żeby jednocześnie był blisko niego i słuchał swojego ojca tak, jak on to robił. Jedno z drugim wcale ze sobą nie kolidowało. Kogo chciał z niego zrobić? Drugiego siebie nie - mówił, że ta wrażliwość nie jest czymś złym. Jednak ganił i gnoił, kiedy czymś złym się stawała. Nie potrafił zrozumieć, jak powinien się czuć wobec swojego ojca. Jak powinien to wszystko traktować. Jak powinien się wobec tego ustosunkowywać. Wiedział, że Edward nie chce dla niego źle, że się o niego troszczy, a jednocześnie potem wszystko działo się tak szybko i on musiał to łapać w swoje słabe dłonie i starać się cokolwiek z tego ułożyć. Cokolwiek zrozumieć.
- Dobrze. Postaram się zadbać o siebie i zacząć ćwiczyć. - Bez względu na to, jakie Edward miał życzenia to miał całkowitą rację, że w obliczu tego, co się wokół działo, powinien się bardziej za siebie wziąć. A jednak nie potrafił tego obiecać. Wszystko wokół niego tak szybko ewoluowało, migało i przemijało, że... że działo się aż nader szybko. Chciał mieć nad tym większą kontrolę - czy treningi to zapewnią? Żeby trenować musiałby zadbać o swoje ciało. Żeby zadbać o ciało, musiałby zadbać o swoją głowę. To wszystko łączyło się ze sobą, a kiedy wypadała chociaż jedna rzecz z tego łańcucha to tragedia pisana była czerwonym atramentem. A jednak - Edward się martwił. Laurent uśmiechnął się z wdzięcznością, spoglądając na przystojnego mężczyznę, który przed nim siedział i marząc o tym, żeby naprawdę stać się kiedyś jak on. Taki silny, taki pewny siebie, taki twardy. Żeby jego przyszły partner życiowy taki był, ale żeby nie brakowało mu zrozumienia i czułości, albo chociaż akceptacji, która nie nakazywałaby mu cisnąć, jak robił to Edward.
- Nigdy bym nie pomyślał, że może być inaczej. Michael jest moim najlepszym przyjacielem. - Cokolwiek by się nie działo, Michael był zawsze dla niego, tak jak on był dla Michaela. Czy ta więź nie była dla ludzi dziwaczna? Czasem się nad tym zastanawiał. Może? Chyba? Nawet jeśli to nie dzielono się z nim tym spostrzeżeniem. Może każdy uznawał, że Prewett mieli po prostu jobla na punkcie swoich abraksanów. - Tak, wszystko dobrze. Chociaż w tym roku nie posyłam go na żadne zawody. Nie ma mi tego za złe, jak twierdzi, ale nie wiem... - Michael był dumny, ambitny. Przyjął jednak propozycję, żeby w tym roku nie podejmować zawodów niemalże ochoczo. Laurent wiedział, dlaczego. Martwił się. Michael dobrze widział, co się działo z Laurentem i wolał być obok niego. - A co chciałbyś o Dumie usłyszeć? - Dał się tutaj zaskoczyć, jakoś nie spodziewał się takiego pytania. Choć może powinien, skoro jakoś naturalnie temat zszedł im na kwestie stworzeń magicznych. - Owszem, rzadki, bo nie ma wielu hodowców. W Anglii jestem aktualnie jedynym. - I był z tego dumny i zadowolony. - Jarczuki hodowane są głównie na Ukrainie. Aurorzy używają ich tam do ścigania niebezpiecznych magicznych stworzeń. Albo czarodziei zajmujących się czarną magią. - Już mówił ojcu, że podejmuje się walki z przesądem dotyczącym nekromancji. Myślał też o tym, że przecież takie Ministerstwo również powinno mieć jarczuki na usługach. - Są bardzo niebezpiecznymi, silnymi stworzeniami.