14.01.2024, 11:18 ✶
Rzut na ogarnięcie, że bogin to bogin
rzut na martwe ciało
Florence samą siebie uważała za dość powolną. Wolała najpierw pomyśleć, potem działać. Nie lubiła biegać i wysilać się fizycznie. Ale kiedy szło o porządek w szpitalu, umiała wykrzesać z siebie pewne pokłady żwawości.
Gdy spytał, czy to nie byłby jej pierwszy raz w dokonywaniu morderstw, spojrzała na niego przez ramię, dość krótko. Zastanawiała się, co działo się ostatnio w Hogwarcie, skoro na staże do Munga trafiali tacy jak o'Dwyer czy Lupin.
Niech Merlin ma w opiece magiczne społeczeństwo za piętnaście lat, kiedy szpitalne korytarze wypełnią się uzdrowicielami takimi jak oni: udającymi gąsienice na trawie na skraju nawiedzonego lasu czy z jąkaniem dopytującymi innych pracowników, jak często mordują ludzi.
– Nie zamierzałam odpowiadać, panie Lupin.
Nie, Florence wcale nie chciała sugerować, że kiedykolwiek kogoś zamordowała. Pytanie było po prostu absurdalne, a udzielenie odpowiedzi – poniżej godności Florence. Może gdyby rozmawiała z kimś innym, kogo lepiej znała i kto nie był stażystą, pozwoliłaby sobie na odrobinę złośliwości, teraz jednak postanowiła je zbyć, zwłaszcza, że mieli znacznie większy problem, pod postacią wielkiego pająka, kryjącego się w składziku…
…który nie okazał się pająkiem.
– Mniej mówienia, więcej działania – nakazała bezlitośnie, wskazując różdżką na drzwi, kiedy Cameron wspomniał o krępowaniu się. Sama była jednak gotowa posłać zaklęcie w pająka, ledwo drzwi zostaną otwarte, bo chyba niezbyt wierzyła, że Lupin opanuje sytuację. Nie, właściwie zupełnie w to nie wierzyła.
Nie rzuciła jednak czaru, bo zobaczenie samej siebie, wychodzącej ze schowka, wstrząsnęło nawet Florence. Zamrugała, skonsternowana, w pierwszej chwili zupełnie nie rozumiejąc, co się dzieje. Jakim cudem? Czy to był głupi żart uzdrowicielki, która posłała tutaj Bulstrode, by rozprawiła się z pająkiem, gdy tymczasem zostawiła w środku jakiś miraż? Spojrzenie Florence przesunęło się po sylwetce „tej drugiej”, zatrzymało na moment na igle i niciach, a potem powędrowało ku Cameronowi, nagle jakby bledszemu, bardziej przerażonemu, i pomyślała, że właściwie to Tessie nigdy nie była kimś, kto robiłby głupie żarty, i zdawała się naprawdę przestraszona…
– Proszę się odsunąć, panie Lupin – oświadczyła sucho, uznając, że chłopak w tym stanie do niczego się nie przyda. Lewą rękę położyła mu na ramieniu i stanowczo pociągnęła w tył, sama zbliżając się do tej drugiej Florence. – Riddikulus – powiedziała, celując w swoją kopię.
Trzasnęło.
Florence Bulstrode z bananem w ręku rozpłynęła się w kłębie dymu. Zamiast niej Cameron przez moment widział dokładnie to, co obawiał się tego wieczora zobaczyć: martwe ciało, spoczywające na posadce. Mężczyzna o jasnobrązowych włosach, lekkim zaroście, w ubraniu pokrytym krwią, wpatrywał się w sufit nic nie widzącymi, niebieskimi oczyma. Florence zacisnęła szczęki, mocno, aż do bólu, starając się nie przypatrywać, bo przecież wiedziała, że to nie Orion. I musiała zignorować głosik szepcący, że mieli wojnę, więc pewnego dnia to mógł być on.
Poruszyła różdżką i ciało zmieniło się w całe mnóstwo kolorowych motyli. Bulstrode odetchnęła, głęboko wciągnęła powietrze, jeszcze przez moment spoglądając na podłogę, gdzie chwilę wcześniej leżał jej martwy brat.
A potem odwróciła się do Camerona i zmierzyła go spojrzeniem.
– Czyżby aż tak nie wierzył pan w swoje umiejętności zajęcia się ranami, jeżeli nie będzie można skorzystać z eliksirów? – spytała, zwodniczo łagodnym tonem.
rzut na martwe ciało
Florence samą siebie uważała za dość powolną. Wolała najpierw pomyśleć, potem działać. Nie lubiła biegać i wysilać się fizycznie. Ale kiedy szło o porządek w szpitalu, umiała wykrzesać z siebie pewne pokłady żwawości.
Gdy spytał, czy to nie byłby jej pierwszy raz w dokonywaniu morderstw, spojrzała na niego przez ramię, dość krótko. Zastanawiała się, co działo się ostatnio w Hogwarcie, skoro na staże do Munga trafiali tacy jak o'Dwyer czy Lupin.
Niech Merlin ma w opiece magiczne społeczeństwo za piętnaście lat, kiedy szpitalne korytarze wypełnią się uzdrowicielami takimi jak oni: udającymi gąsienice na trawie na skraju nawiedzonego lasu czy z jąkaniem dopytującymi innych pracowników, jak często mordują ludzi.
– Nie zamierzałam odpowiadać, panie Lupin.
Nie, Florence wcale nie chciała sugerować, że kiedykolwiek kogoś zamordowała. Pytanie było po prostu absurdalne, a udzielenie odpowiedzi – poniżej godności Florence. Może gdyby rozmawiała z kimś innym, kogo lepiej znała i kto nie był stażystą, pozwoliłaby sobie na odrobinę złośliwości, teraz jednak postanowiła je zbyć, zwłaszcza, że mieli znacznie większy problem, pod postacią wielkiego pająka, kryjącego się w składziku…
…który nie okazał się pająkiem.
– Mniej mówienia, więcej działania – nakazała bezlitośnie, wskazując różdżką na drzwi, kiedy Cameron wspomniał o krępowaniu się. Sama była jednak gotowa posłać zaklęcie w pająka, ledwo drzwi zostaną otwarte, bo chyba niezbyt wierzyła, że Lupin opanuje sytuację. Nie, właściwie zupełnie w to nie wierzyła.
Nie rzuciła jednak czaru, bo zobaczenie samej siebie, wychodzącej ze schowka, wstrząsnęło nawet Florence. Zamrugała, skonsternowana, w pierwszej chwili zupełnie nie rozumiejąc, co się dzieje. Jakim cudem? Czy to był głupi żart uzdrowicielki, która posłała tutaj Bulstrode, by rozprawiła się z pająkiem, gdy tymczasem zostawiła w środku jakiś miraż? Spojrzenie Florence przesunęło się po sylwetce „tej drugiej”, zatrzymało na moment na igle i niciach, a potem powędrowało ku Cameronowi, nagle jakby bledszemu, bardziej przerażonemu, i pomyślała, że właściwie to Tessie nigdy nie była kimś, kto robiłby głupie żarty, i zdawała się naprawdę przestraszona…
– Proszę się odsunąć, panie Lupin – oświadczyła sucho, uznając, że chłopak w tym stanie do niczego się nie przyda. Lewą rękę położyła mu na ramieniu i stanowczo pociągnęła w tył, sama zbliżając się do tej drugiej Florence. – Riddikulus – powiedziała, celując w swoją kopię.
Trzasnęło.
Florence Bulstrode z bananem w ręku rozpłynęła się w kłębie dymu. Zamiast niej Cameron przez moment widział dokładnie to, co obawiał się tego wieczora zobaczyć: martwe ciało, spoczywające na posadce. Mężczyzna o jasnobrązowych włosach, lekkim zaroście, w ubraniu pokrytym krwią, wpatrywał się w sufit nic nie widzącymi, niebieskimi oczyma. Florence zacisnęła szczęki, mocno, aż do bólu, starając się nie przypatrywać, bo przecież wiedziała, że to nie Orion. I musiała zignorować głosik szepcący, że mieli wojnę, więc pewnego dnia to mógł być on.
Poruszyła różdżką i ciało zmieniło się w całe mnóstwo kolorowych motyli. Bulstrode odetchnęła, głęboko wciągnęła powietrze, jeszcze przez moment spoglądając na podłogę, gdzie chwilę wcześniej leżał jej martwy brat.
A potem odwróciła się do Camerona i zmierzyła go spojrzeniem.
– Czyżby aż tak nie wierzył pan w swoje umiejętności zajęcia się ranami, jeżeli nie będzie można skorzystać z eliksirów? – spytała, zwodniczo łagodnym tonem.