W przeciwieństwie do tego, co uważało wielu, przyszłość nie została całkowicie określona. Gdyby tak było, Morpheus już by nie żył, a każdy jasnowidz natychmiast stawiałby się celem każdej organizacji, bez względu na moralny kompas. Przyszłość stanowiła delikatny konstrukt szklanych nici układający się w budynek wszechświata, niczym mroźny krajobraz z szadzią na gałęziach drzew, katedrę świata, zmienną, lśniącą, pośród której pająk przyszłości tkał kolejne pajęczyny, zamarzające lub kruszące się pod dotykiem wyborów ludzkich. Zgodnie z badaniami Morpheusa, przepowiednie istniały, aby je wypełnić dla stabilności rzeczywistości, a nie predestynować losy konkretnych osób. To zadania od wszechświata, a on stanowił jedynie głos bogów, który je zwiastował.
— Nie, ale wyczytywanie wątków przyszłości już tak. Szkoda byłoby pana twarzy — stwierdził i dodał jeszcze ściszonym głosem: — Przecież pan wie, czym się zajmuje moja rodzina, oczywiście, że sobie poradzę.
Błysnął bielą zębów.
Warownia, nawet jeśli wyglądała jak wiejski dworek, nie dość, że obłożona została grubymi warstwami zabezpieczeń, to jeszcze znacząca część mieszkańców stanowiła zbrojne ramię Ministerstwa Magii aktualnie lub w swojej orzeszlosci. Odstawał od reszty Longbottomów ścieżką kariery, niejako też stanowiąc przykład dla niektórych, jak Danielle, że można obrać inną drogę, ale w pewnych podstawach nie różnił się od twoich braci, zrodzony z tej samej matki, wychowamy przez tego samego ojca. Mało kto wiedział to, ale Morpheus doskonale fechtował, co objawiało się w jego zadziornym stylu walki na różdżki i pojedynkował się sportowo w klubie, chociaż akurat to robił głównie dla ojca. Uważał, że nie przeżyłby dziecieństwa, gdyby nie potrafił się bronić przed nastoletnimi braćmi.
Gdzieś po drodze Morpheus zgasił papierosa, aby zapach i siny dymek nie zdradziły go, gdy będą podchodzić. Na szczęście pogoda szybko zmywała wszystko, łącznie z wonią palącego się tytoniu. Przyglądał się przez cały czas oczekiwania Rodolphusowi.
Młodszy Niewymowny mógł czuć na sobie nieruchome spojrzenie wieszcza, niemal gadzie, niepokojąco długie, przerywane tak rzadko mrugnięciami, że niemalże dało się uwierzyć, że mężczyzna nie ma powiek, niczym jakiś gekon. Często właśnie przez to wielu celowało, że jego zwierzęciem totemicznym jest właśnie kamelon lub coś podobnego. Nie zaglądał w przyszłość Rodolphusowi, nie chcąc się rozproszyć, ale uważnie, chyba poraz pierwszy, chłonął osobę swojego towarzysza. Wyznawał zasadę, że każdy, kogo się spotka na swojej drodze, zostawia w nas swój ślad i stanowimy konglomerat wszystkiego, co otacza. Obserwował więc arystokratyczne manieryzmy Lestrenge'a, sposób poruszania się, próbując dopasować, po którym rodzicu je nabył (i czy w ogóle ich kojarzył?). Prawdę mówiąc, gdy wyobrażał sobie to jako małego chłopca, widział kogoś, kto lubi dokuczać rodzeństwu, złości się, gdy nie otrzymuje takiego prezentu, jak chce i robi ekshumacje oraz autopsje domowym zwierzątkom. Tylko dziwacy trafiali do Departamentu Tajemnic.
Przerwał swoją amatorską analizę i skupił się na głosie czarownicy, znów próbując widzieć w przyszłość. Nie chciał wyłapywać strzępków z życia Niewymownego, raz rozpoznany, mógł zostać odrzucony z równania, nici zignorowane, aby pochwycić jak najwięcej tych dotyczących czarownicy.
Sukces!
— Udało mi się zobaczyć, że nie wróci zbyt prędko i jest chyba w jakimś lesie. Dużo drzew, wygląda podobnie do tego, co nas otacza, ale nie znam się na faunie i florze Irlandii — oznajmił, wyciągając swoją różdżkę i przyglądając się drzwiom. — Okno?
Nie wiedział, czy Rodolphus Lestrenge kiedykolwiek wymykał się przez okno w nocy jako nastolatek lub próbował się dostać gdzieś przez okno, jako nieproszony gość. Lub proszony, tylko nie przez głównych gospodarzy. Longbottom miał za sobą pewne przygody, chociaż głównie dotyczyły ucieczki przez okno, niekoniecznie w pełnym odzieniu.