07.01.2024, 12:03 ✶
Koło Fortuny było na tyle specyficzną kartą, że nawet Brenna, nie znająca się na tarocie i niewiele wiedząca o symbolach, mogła przeczuwać jego znaczenie. Zmiana, nieustanny ruch, przypomnienie, że nic nie jest wieczne. Pozycja prosta, zmiana na lepsze, przełom, ale i przypomnienie, że prędzej czy później los się odmieni. Wieczny krąg, Uroboros, połykający własny ogon.
Gdyby faktycznie pytała o uczucia, pomyślałaby, że właściwie to koło już się obróciło. Ale teraz wpatrywała się w nie, zastanawiając, czy to nie ta oznaka, że po tym, jak byli na dole, po Beltane i po śmierci Derwina, mają szansę na wyrwanie czegoś więcej.
Chciałaby, aby to była prawda.
Gdy zaś pojawił się Głupiec, Brenna uśmiechnęła się mimowolnie. Może do wuja, może do wizerunku na karcie, choć ten nie był przecież zaklęty, może do samej siebie.
– Odchodzi? Trochę ciężko mi w to uwierzyć – powiedziała, a kąciki ust drgnęły jej lekko. Gdyby miała wskazać w talii tarota jedną kartę, wybrać spomiędzy innych, pewnie odruchowo sięgnęłaby po Głupca i to nie tylko dlatego, że w przypadku sporej części z nich znaczeń mogłaby tylko się domyślać.
Jeżeli tarot był czymkolwiek więcej niż tylko przypadkową zbieraniną kart, talia właśnie sugerowała jej, że powinna pozwolić Głupcowi odejść. I pewnie powinna, zwłaszcza po tym wszystkim, co stało się w maju i czerwcu, po rozmowie w półmroku Warowni. Ale co mogła poradzić na to, że zgadzała się z wujem, widzącym w tej karcie ją?
Z drugiej strony mówił o niewinności, a na taką na pewno nie było miejsca w świecie ogarniętym wojną.
– Dwór Denarów brzmi miło, choć tak mało prawdopodobnie w tych naszych niespokojnych czasach – skomentowała, tym razem uśmiechając się już szczerze, choć nie tak, że w jakimś wyśmiewaniu czy nawet wielkim rozbawieniu. „Stabilność” była czymś, czego im wszystkim brakowało. Czego brakowało jej, bo pewnie nie zasugerowałaby, żeby wuj postawił dla niej rozkład, gdyby nie czuła się bardzo, bardzo mało stabilnie.
Ale czy ta wróżba, w pewnym sensie, nie zgadzała się z jej własnym podejściem i myślami? Musiała stać na pewnym gruncie, a przynajmniej udawać, że to robi, żeby ułatwić poruszanie się swoim bliskim.
– A jeżeli chodzi o pracę, to pewnie dlatego, że wreszcie pozbyliśmy się z BUM Stanleya Borgina – dodała, a uśmiech stał się jakoś bardziej ponury. O tak, będzie dużo bardziej stabilnie, skoro ten (była w swojej niechęci wobec niego pewna) kret wreszcie przestał poniewierać się po budynku Ministerstwa Magii.
Gdyby faktycznie pytała o uczucia, pomyślałaby, że właściwie to koło już się obróciło. Ale teraz wpatrywała się w nie, zastanawiając, czy to nie ta oznaka, że po tym, jak byli na dole, po Beltane i po śmierci Derwina, mają szansę na wyrwanie czegoś więcej.
Chciałaby, aby to była prawda.
Gdy zaś pojawił się Głupiec, Brenna uśmiechnęła się mimowolnie. Może do wuja, może do wizerunku na karcie, choć ten nie był przecież zaklęty, może do samej siebie.
– Odchodzi? Trochę ciężko mi w to uwierzyć – powiedziała, a kąciki ust drgnęły jej lekko. Gdyby miała wskazać w talii tarota jedną kartę, wybrać spomiędzy innych, pewnie odruchowo sięgnęłaby po Głupca i to nie tylko dlatego, że w przypadku sporej części z nich znaczeń mogłaby tylko się domyślać.
Jeżeli tarot był czymkolwiek więcej niż tylko przypadkową zbieraniną kart, talia właśnie sugerowała jej, że powinna pozwolić Głupcowi odejść. I pewnie powinna, zwłaszcza po tym wszystkim, co stało się w maju i czerwcu, po rozmowie w półmroku Warowni. Ale co mogła poradzić na to, że zgadzała się z wujem, widzącym w tej karcie ją?
Z drugiej strony mówił o niewinności, a na taką na pewno nie było miejsca w świecie ogarniętym wojną.
– Dwór Denarów brzmi miło, choć tak mało prawdopodobnie w tych naszych niespokojnych czasach – skomentowała, tym razem uśmiechając się już szczerze, choć nie tak, że w jakimś wyśmiewaniu czy nawet wielkim rozbawieniu. „Stabilność” była czymś, czego im wszystkim brakowało. Czego brakowało jej, bo pewnie nie zasugerowałaby, żeby wuj postawił dla niej rozkład, gdyby nie czuła się bardzo, bardzo mało stabilnie.
Ale czy ta wróżba, w pewnym sensie, nie zgadzała się z jej własnym podejściem i myślami? Musiała stać na pewnym gruncie, a przynajmniej udawać, że to robi, żeby ułatwić poruszanie się swoim bliskim.
– A jeżeli chodzi o pracę, to pewnie dlatego, że wreszcie pozbyliśmy się z BUM Stanleya Borgina – dodała, a uśmiech stał się jakoś bardziej ponury. O tak, będzie dużo bardziej stabilnie, skoro ten (była w swojej niechęci wobec niego pewna) kret wreszcie przestał poniewierać się po budynku Ministerstwa Magii.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.