Robert i malarstwo? To na pewno wyglądałoby ciekawie. Fakt, miał trochę taki osądzający wzrok, trochę jakby nigdy nie dawał sobie odpocząć, a jego mózg zawsze pracował na najwyższych obrotach. Tylko czy to nie sprawiało, że bardziej nadawałby się na jakiegoś krytyka sztuki, niż jej samego twórcę? A może to był po prostu zamierzony efekt aby inni tak myśleli?
Czy wyszedł na tym źle? Czy wysoka posada w ministerstwie nie rekompensowała mu tego? Z jednej strony już jej nie miał ale z drugiej pozostały koneksje, znajomości czy przyjaźnie. Te przecież były na wagę złotą, a już na pewno od ludzi z tej instytucji. Ci - urzędnicy - mieli dużo większą moc sprawczą od jakichś malarzy czy innych muzyków, więc raczej powinien być zadowolony z takiego obrotu spraw. A tak się przynajmniej Stanleyowi wydawało.
Specyficzny? Nie brzmiało to zbyt pozytywnie ale może chociaż uczciwie? W końcu większość osób raczej ukrywała to co działo się w domu - stwarzali pozory tego, że jest idealnie, że wszystko w porządku i nie ma czym się przejmować. Stare dobre czasy to były jednak stare dobre czasu i nie należało się nad tym rozwodzić... a już na pewno nie po odpowiedzi jaką otrzymał. Interpretacja była prosta - ucinamy temat, koniec, kropka.
No i nie otrzymał odpowiedzi na swoje pytanie. Nie udało się, aby to ojciec za niego zadecydował. Kto wie? Może to by pomogło rozwiązać ten problem. Problem zawieszonego w czasoprzestrzeni egzaminu. Ale co zrobiłby Stanley z taką odpowiedzią? Pewnie posłuchał, wszak to robią dobre dzieci. Tylko czy odpowiedź Roberta nie byłaby jak niedźwiedzia przysługa?
- Niestety prawda - westchnął bo tylko tyle mu zostało w zaistniałej sytuacji. Pojawiało się pytanie - czy ten awans dalej był mu potrzebny? Sam Stanley nie marudził na pracę jako brygadzista ale zapewne wynikało to właśnie z faktu zasiedzenia. Jeszcze kilka lat temu przystąpił do tego egzaminu trochę w imię zasady "aby mama była dumna", a tak, teraz? Po tym wszystkim? Po tym jak już jej nie było? Dla kogo miał starać? Dla siebie? Powinien ale tego nie robił - Będę musiał się rozmówić ze swoim mentorem. Jakoś to rozwiążemy - zapewnił, aby "przypadkiem" się jeszcze o niego nie martwił. To nie był przecież problem Roberta, który ministerstwo zostawił lata temu.
- Jak to się mówi... Lepiej mieć papier, niż go nie mieć, a później sobie pluć w twarz - wzruszył ramionami - A naszła mnie jeszcze jedna sprawa... - zamilkł na moment, aby raz jeszcze rozejrzeć się po biurze - Dlaczego akurat Nokturn? Przecież tutaj można wparować z byle nakazem, a czasem nawet i bez niego... - stwierdził. No bo co taki bywalec Nokturnu mógł zrobić? Zwłaszcza kiedy w większości przypadków byli to ludzie poszukiwani czy kręcacy nielegalne interesy. Mieli się zgłosić ze skargą do ministerstwa? Założyć sprawę w sądzie? Oczywiście Stanley nie sądził, że Robert mógł być poszukiwanym czy jakimś bandytom - nic na to nie wskazywało. W dodatku nie chciał go wrzucić do tego wora, tylko dlatego, że miał tutaj ten sklep.
- Chyba mi uciekło albo o tym nie było mowy... Kiedy odszedłeś z ministerstwa? Przed 1964? - zapytał, podając rok swojego przybycia do brygady uderzeniowej. Borgin był ciekaw czy mogli się kiedykolwiek spotkać w murach tego budynku - nawet jeżeli było to całkowicie przypadkowe, a oni przecież nie wiedzieli o tym co ich łączyło.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972