Chester prychnął gniewnie. Nie krył się wcale z tym, że sytuacja mu nie odpowiadała. Zachowywał się w tym momencie zupełnie inaczej niż Robert, który mimo wszystkich tych ostatnich wydarzeń, nadal zdawał się pozostawiać w pełni opanowanym. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Powierzchownie? Ostatecznie był przecież u siebie. Znajdywał się na swoim własnym terenie.
Posiadał przewagę własnej piaskownicy?
- Zachowujesz się w tym momencie irracjonalnie. - pozwolił sobie wygłosić kilka uwag. Może niepotrzebnie drażnił Rookwooda, niepotrzebnie ryzykował, ale nie byłby sobą, gdyby ugryzł się w tym momencie w język. Tak po prostu. - Emocjonalnie? Jakbyś zaczynał właśnie tracić grunt pod nogami. - brązowe oczy śledziły każdy ruch, każdy gest Chestera, starały się wyłapać każdą zmiane w jego wyrazie twarzy, postawie. Robert uważnie go obserwował, dokonywał analizy? - Informujesz mnie o mojej aktualnej pozycji, ale zarazem żądasz wyjaśnień? Grozisz różdżką? Czyżbyś nie miał pojęcia o tym co dzieje się wokół Ciebie? Nie czuł się pewny swojego statusu? - drążył. Badał grunt.
Nie potrzebował ze strony Chestera żadnego wsparcia, nie oczekiwał, że ten zrozumie, zaakceptuje, wykaże się pewną pobłażliwością. Choć zamierzał udzielić mu odpowiedzi na zadane pytania, wszystko wyjaśnić, nie oznaczało to, że zarazem zaakceptuje to, iż Rookwood sam siebie uważał za tego, który miał prawo w kontekście jego osoby podjąć jakiekolwiek decyzje.
Czyżby w ostatnim czasie auror za bardzo urósł w swoich własnych oczach?
Czuł się na równi z samym Mistrzem?
Tłumacząc mu wszystko, opowiadając krok po kroku o tym, co wydarzyło się tuż przed samym Beltane, nie był w stanie wyrzucić tego rodzaju myśli z własnej głowy. Wracały, natrętnie niczym mucha, której nie dawało się łatwo odgonić. Pozbyć.
- Moja żona, to mój problem. Musi Ci wystarczyć, że obecnie nikomu i niczemu nie zagraża. To się nie zmieni. - darował sobie reagowanie na znaczną część wypowiedzi Chestera. Nie widział takiej potrzeby. Postawił natomiast jasną granice w kontekście Henrietty. Rookwood nie powinien się tym interesować. On, Robert, był przecież w stanie sobie z tym należycie poradzić. Zaprowadzić porządek. - Co do braku informacji, to kwestia braku czasu i możliwości. Podczas gdy wy szykowaliście się do Beltane, ja musiałem gasić pożar w innym miejscu. Nie chciałem odciągać waszej uwagi od tego, co było istotne dla naszego Mistrza. O ile mi wiadomo, jego plany się powiodły? Tylko i wyłącznie to powinno się teraz liczyć. - wyraźnie zaakcentował ostatnie słowa. Zaznaczył, co miało w tym przypadku znaczenie. Jednostka nigdy nie powinna być ponad całą organizacją. Tak samo nie powinna stawiać siebie ponad Czarnym Panem. Każdy z nich, każdy czarodziej oddany Lordowi Voldemortowi, powinien być świadomym tego, że liczyło się wyłącznie wypełnianie jego woli. Realizacja planów. Celem Roberta zaś przez cały czas było jedynie dopilnowanie tego, żeby przez jeden błąd, wszystko na co pracowali nie posypało się nagle niczym domek z kart.